Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Ciężka to była dla mnie noc. Niby spałam, ale sen był bardzo niespokojny. Koło 3 moje kudłatego szczęście uznało, że rozpoczynamy dzień. A w sumie nie tyle rozpoczynamy dzień co po prostu chciał się utulić, a on nie umie się przytulić jak normalny pies tylko rzuca się na mnie jakby mnie rok nie widział. Kocham go, ale jak ma napad czułości o takiej godzinie to mam trochę mordercze myśli. Mimo wszystko jak już się ułożył to jeszcze pospałam. Wstałam z takim lękiem i stresem, że miałam atak duszności. Martwię się po prostu i nie umiem uspokoić głowy.
Droga do pracy była dla mnie trudna emocjonalnie, bo cały czas coś w kole hałasuje. Znam ten dźwięk, miałam już taką usterkę, ale nijak nie mogę sobie przypomnieć jaka była diagnoza i rozwiązanie. Cały czas miałam to z tyłu głowy, ale naprawdę nie mogę sobie przypomnieć. Wiem jednak, że na bank już taką usterkę przerabiałam w poprzednim aucie. W pracy jak to w pracy. Jesteśmy bardzo przeładowani robotą i nie dowozimy. Dwoję się i troję, ale chyba po prostu brakuje nam pracowników. Tak mi się wydaje i tak wynika z moich kalkulacji, które na szybko zrobiłam. Wydaje mi się, że aktualnie brakuje nam około 6 - 7 osób w pełni wyszkolonych, żeby realizować postawione przed nami zadania. Rozmawiałam też z kierowniczką na temat pracownika, którego chcę zdegradować i po tym jak uzasadniłam jej mój punkt widzenia to dostałam jej pełne wsparcie. Bardzo mnie to ucieszyło, bo bałam się, że będzie miała obiekcje, ale nie, wszystko poszło po mojej myśli. Wytypowałyśmy też potencjalną osobę, która mogłaby go zastąpić, ale to wyjdzie w praniu czy to dobry typ. Jutro mamy spotkanie z HR w tej sprawie jak to przeprowadzić zgodnie z procedurami. Wiem, że to będzie trudna sytuacja, bo spodziewam się oporu totalnego, bo ów pracownik w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że robi lipę, ale nie widzę innej możliwości jak doprowadzić to do końca. Spodziewam się stresu i trudnych, emocjonalnych rozmów, ale tak jak dzisiaj powiedziałam mojej kierowniczce: czas się wziąć za ludzi, bo skupiłyśmy się tylko na realizacji targetów, a jeśli chodzi o zachowanie i podejście do pracy to nastąpiło jakieś totalne rozpasanie. Z pracowników z umowy zlecenie zostały mi jeszcze dwie osoby, które prawdopodobnie będzie trzeba zwolnić, bo rozmowy nic nie dają, więc czas też wziąć się za umowę o pracę. Pod koniec pracy zadzwonił główny kierownik logistyki i w sumie mnie pochwalił. Rano wrzuciłam nowy raport, który udało mi się stworzyć z IT, a który mocno nam ułatwia pracę za co szczególnie mocno mnie pochwalił no i pogadaliśmy o bieżącej sytuacji na magazynie i przedstawiłam mu mój punkt widzenia i jakie kroki wykonuję, żeby ciągnąć jakoś naprzód no i też mnie pochwalił. Zrobiło mi się bardzo, ale to bardzo miło.
Po powrocie z pracy zabrałam psa na spacer i w trakcie spaceru zadzwoniła do mnie kierowniczka. Okazało się, że nie przypilnowałam ważnej sprawy. Nie dlatego, że ją olałam czy coś tylko po prostu komunikaty na ten temat były tak chaotyczne, że ja zrozumiałam, że mamy dopiero czekać na dalsze dyspozycje, a nie już aktywnie w tym temacie działać. Totalnie się nie usprawiedliwiam, bo mogłam dopytać czy cokolwiek, a ja podeszłam do tego bardzo pasywnie. No i wyszła z tego wielka lipa, bo wydaliśmy od groma paczek nie wiadomo komu i nie wiadomo kiedy. Nogi się pode mną ugięły, bo sprawa jest bardzo poważna i czuję, że poniosę surowe konsekwencje. Jakaś totalna porażka. Nawet nie potrafię wytłumaczyć dlaczego tak się wydarzyło. Wiem też, że dla nikogo nie będzie usprawiedliwieniem to, że czegoś nie zrozumiałam lub zrozumiałam inaczej niż autor chciał. Masakra.
Wróciłam do domu strasznie przybita i przyznam się bez bicia, że poszłam po kebaba. Było mi tak przykro, tak źle i ciężko, że całą swoją nadzieję przekierowałam na myśl o tym, że jak zjem kebaba to będzie mi lepiej. I szczerze mówiąc trochę tak było. To nie tak, że nagle dostałam euforii czy coś, ale po prostu zapchałam ryja i było mi lepiej. Po jedzeniu poszłam spać, bo byłam totalnie nieprzytomna. Czy ja już mówiłam, że nienawidzę pierwszych zmian?
Wieczorem pojechałam do wujka diagnozować auto. Tylko wsiadł i ruszył i od razu postawił diagnozę: pękła sprężyna. Wysiedliśmy, obejrzał auto z każdej strony i diagnozę potwierdził. Aż samochód siadł o kilka cm. Generalnie jestem załamana, ALE mogło być gorzej. Wujek powiedział, że zrobi mi to za około 300 zł. Myślę, że naprawdę mogło być gorzej. I nawet wiem kiedy uszkodziłam tę sprężynę, ponieważ wjechałam w dziurę. Nie mogłam jednak zadzwonić na policję, żeby to zgłosić, spisać protokół i targać odszkodowanie od zarządcy drogi dlatego muszę sobie z tym poradzić na własną rękę. I oświeciło mnie, że w pierwszym golfie jakiego miałam też mi kiedyś strzeliła sprężyna. Nie mogłam totalnie przyporządkować tego dźwięku do usterki, ale jak wujek powiedział o sprężynie to od razu mnie oświeciło. Lipa jest taka, że nie mogę mu wstawić teraz auta do naprawy, ponieważ po pierwsze nie mam kasy, a po drugie muszę jakoś jeździć do pracy, a aktualnie przez najbliższe jeszcze dwa tygodnie nie mam z kim do tej pracy dojeżdżać. Wujek pooglądał auto z każdej strony i powiedział, że jak będę jeździć ostrożnie i faktycznie tylko do pracy to nie powinno się nic złego wydarzyć. Mam nadzieję, bo stoję trochę pod ścianą i nie jest to kwestia wyboru czy wygody.
Wróciłam do domu i przespacerowałam się z psem, żeby trochę ostudzić emocje. Nie czuję się dobrze. Pisałam ostatnio, że jest jakaś tam nadzieja, że wyjdę z kryzysu, bo ustały mi myśli samobójcze, ale to wszystko wróciło. Problem z samochodem tak mnie rozstroił, że znowu jestem na dnie. Wiem, że sobie nic nie zrobię, ponieważ bardzo pragnę żyć i przede wszystkim mam dla kogo żyć i jestem szczęśliwa, że mam moich bliskich, ale takie życie z takimi myślami nie jest łatwe. Najgorszy jest lęk. Lęk przed tym, że kiedyś przyjdzie tak silny impuls, że coś sobie zrobię. Na szczęście mam na takie sytuacje przygotowany plan awaryjny. Ostatnio nawet sobie zapisałam numer do pogotowia kryzysowego, ponieważ mamy takowe i całą dobę jest tam opieka psychologiczna w trudnych chwilach i nawet oferują, że przyjadą. To normalnie miejska placówka, nie żadne tam wymysły także spoko. Plus moja przyjaciółka jest całą dobę pod telefonem i bardzo się mną opiekuje. Będzie dobrze. Trzeba tylko to przetrwać i tyle. To gówno tak samo jak przyszło tak samo odejdzie w niebyt.
Ciężki to był dzień, ale go przetrwałam i to jest najważniejsze. A dobra wiadomość jest taka, że już w piątek mam wizytę u psychiatry, więc już w ogóle będzie lepiej.
Do jutra.