Dobry wieczór.
Wróciłam z pracy przed godziną piątą, zasnęłam i po godzinie 8 byłam już na nogach. Po zobrazowaniu punktu wyjścia dnia dzisiejszego mogę przejść do jego dalszego opisu.
Wstałam, ogarnęłam siebie, zakupy i pojechałam do babci i dziadka. Wizyta jak zawsze przebiegła wspaniale, objadłam się ciastem i dostałam słoik pomidorówki i ogórkowej. Nice. Na temat wizyty nie chce mi się jakoś mocno rozpisywać. W każdym razie po wyjściu od nich oddzwoniła do mnie pani z sekretariatu poradni zdrowia psychicznego, że na nową terapeutkę będę czekać... rok. Bo wtedy było pół, ale postanowiłam zaryzykować innego terapeutę, w międzyczasie przyszli nowi pacjenci i niestety. Kurewsko się podłamałam.
Tak naprawdę nie mogę zrobić nic na ten moment. Do tego oszołoma chodzić na terapię nie chcę, bo mi to nie służy, jestem zniechęcona do sprawdzania terapeutów z łapanki, a rok czekania.. No cóż. Wyboru nie mam żadnego. Jestem na siebie zła, bo trzeba było nie kombinować tylko cierpliwie czekać na swoją kolej, a ja jak zwykle chciałam lepiej i mam. Nie wiem, może z drugiej strony będę miała czas na ugruntowanie swojej trzeźwości zanim zacznę cokolwiek rozdrapywać.. Jestem zła i przygnębiona.
Wróciłam do domu kurewsko zmęczona [przypominam po 3 godzinach snu i całej nocy pracy], ale miałam do zrobienia jeszcze trening. Ciężko to nazwać treningiem, po prostu walczyłam o życie. I nie dlatego, że był to ciężki trening, ot miałam truchtać i maszerować w pięciominutowych interwałach. Jestem po prostu tragicznie zmęczona. Zresztą chyba widać to po średnim tempie.
Ledwo doszłam do domu.
Źródło: fotografia własna
Po powrocie rozciąganie, prysznic i pomidorówka od babci.
Źródło: fotografia własna
Nie mam siły, po godzinie 19 idę spać, pierdolę. Body battery i tak jest wysoko w porównaniu z tym jak bardzo zmęczona się czuję.
Rano jadę się dziarać, bang. Co dalej z terapią i leczeniem nie wiem. Potrzebuję czasu i odpoczynku, żeby się nad tym zastanowić.