Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Mocno spałam. Naprawdę mega mocno. Może z raz czy dwa razy się obudziłam, ale generalnie spałam jak kamień i miałam duży problem, żeby rano wstać z łóżka. Pewnie to pokłosie wyczerpania organizmu przez ostatnie dni, ale no, można powiedzieć, że pospałam. Rano jednak byłam tak zaklejona, że w pracy aż zwrócili uwagę, że mam małe, zmęczone oczy.
W pracy nic ciekawego. Robiłam swoje, po prostu. Było wesoło, ale to jest u mnie tak sztuczne i wymuszone, że aż mi słabo, bo wcale nie jest mi wesoło i do śmiechu. Niemniej jednak nauczyłam się nosić maskę silnego śmieszka i konsekwentnie jej nie ściągam. Płacę za to wysoką cenę. Bardzo wysoką. Kierownik powiedział, że muszę sobie rozpisać jeszcze tydzień wolnego do odebrania z nadgodzin, a ja nijak nie wiem jak do tego podejść, bo boję się mieć wolne, boję się, że znowu popłynę. Tego weekendu też się boję, bo choć niby jakoś tam sobie go rozplanowałam to nie czuję się zbyt pewnie. Wręcz przeciwnie. Ciężko mi.
Po pracy padłam chwilę spać, bo bardzo tego potrzebowałam. Nie czuję się zbyt dobrze, ale nie chce mi się nad tym rozczulać. Jakoś to będzie. Chcę po prostu przetrwać, bo mam dla kogo i tyle. Wieczorem zadzwonił tata, pogadaliśmy o teściu brata i tyle. Jest ciężko z nim i przez to czuję się dodatkowo przybita, bo naprawdę lubię tego gościa. Poza tym od razu mi się odpaliły wspomnienia jak na glejaka w kilka tygodni odeszła moja przyjaciółka i jestem po prostu totalnie rozwalona, bo wróciły wszystkie tamte myśli, uczucia i wspomnienia. Nie najlepiej radzę sobie ostatnio z moim życiem, cóż..
Między mną, a przyjaciółką jest dzisiaj cisza i rani mi to serce, ale nie umiem się odezwać, bo sobie wkręciłam, że skoro odjebałam to teraz mam.
Z dobrych wieści udało mi się dzisiaj zjeść jeden posiłek. Dużo, niedużo, ale małymi krokami wrócę do normalnego jedzenia.
Do jutra.