Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wczoraj pisałam, że czuję się jakbym opadała sobie na dno oceanu bez jakiejkolwiek nadziei na ratunek. Tak, tak, tak było. No to dzisiaj sytuacja wygląda tak, że już sobie na to dno opadłam i zaczynam się tu urządzać, bo nie ma absolutnie żadnego potencjału na to, że wypłynę. Moje życie ssie.
Wstałam z bardzo silną awersją do świata i ludzi. Wzięłam telefon do ręki, a tam wiadomości od kilku osób, ale nie miałam w sobie siły i zasobów, żeby z kimkolwiek rozmawiać. Przytuliłam psa, opatuliłam się kocem i próbowałam zebrać się do życia. Topornie mi to szło. Dopiero jak się wymoczyłam pod prysznicem to udało mi się złapać na tyle pion, że stwierdziłam, że może jakoś przeżyję ten dzień. Może.
W pracy było dzisiaj dynamicznie dość, bo coś, co zostałoby określone jako dobry wynik nie oznaczało dzisiaj po prostu realizacji KPI. Musiałam się nagimnastykować, żeby elastycznie reagować na wszystko co się dzieje i w sumie dobrze mi to zrobiło, bo miałam zajętą głowę i chociaż przez jakiś czas nie rozczulałam się nad sobą. Chociaż to trochę brutalnie brzmi, bo czy ja się nad sobą rozczulam? Sama już nie wiem. Czuję po prostu dużo, dużo więcej niż przeciętny człowiek, mam setki dziwnych rozkmin no i tyle, taka jestem, tak działa mój układ nerwowy i mózg i ja już inna raczej nie będę i tak sobie myślę, że żyłoby mi się łatwiej, gdybym to zaakceptowała, a nie tylko się jechała za to. Myślę, że jestem zajebiście daleko od tego, żeby zaakceptować samą siebie, więc nic dziwnego, że przez większość czasu źle się czuję.
Jestem dzisiaj zmęczona jakoś bardziej niż przez ostatnie dni, ale wydaje mi się, że wynika to głównie z przeciążenia układu nerwowego. Albo się starzeję, sama już nie wiem. Chociaż wiadomo, że przez to jak się prowadzę nie ma szans, żeby moje organy wytrzymały do starości, więc może niepotrzebnie się nią martwię.
W całej tej toni złych, przykrych i ciężkich uczyć jest jeden mały promyczek nadziei. Od tygodnia jestem trzeźwa chemicznie i behawioralnie. I oby tak dalej, bo serce mnie tak boli, że nie wiem czy przetrwam kolejną dawkę stymulantów nie mówiąc już o burdelu w głowie jaki mi robią używki. Na razie moje dni są na pełnym gazie to jakoś idzie przetrwać, ale co zrobię kiedy będę miała wolne? A mam ponad 60h nadgodzin do odebrania do końca czerwca. Bardzo się tego boję. Kierownik cały czas dopytuje kiedy zamierzam to odebrać, a ja nie umiem mu odpowiedzieć. Może przyszłą środę wezmę dzień wolnego, bo i tak muszę jechać na badania do szpitala? Nie wiem. Miotam się jak ze wszystkim. Porażka.
Do jutra.