Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Nie wrzuciłam wczoraj wpisu, bo się jakoś zakopałam sama w sobie i zapomniałam. W każdym razie po pracy długo siedziałam [jak zawsze, bo ja nie umiem się wcześnie położyć spać] i o wpisie przypomniało mi się jak już leżałam w łóżku i nie było żadnych szans na to, że się podniosę i nadrobię zaległości. Bywa.
Położyłam się meeeega późno i ze snu wyrwał mnie telefon od przyjaciółki. Poziom mojego zaklejenia musiał być kosmiczny. Nie przeszkadza mi, że budzą mnie telefony od niej. To jeden z nielicznych ludzi, który może się do mnie dodzwonić, gdy śpię. To dla mnie bardzo cenne, że poświęcamy sobie nawzajem czas. To dla niej próbuję trzymać się w pionie, a jak upadam to próbuję się pozbierać. Nie znam drugiego tak wyjątkowego i dobrego człowieka. W każdym razie jak już wiecie ja wstawać rano nienawidzę, więc po rozmowie z Gosią nawet nie wiem kiedy oczy mi się znowu zamknęły i finalnie wstałam o 12:15. Raczej nie wstaję w tygodniu AŻ TAK późno, ale dzisiaj tak wyszło, no bywa.
W pracy jak w pracy. Ten tydzień jest strasznie słaby jeśli chodzi o wyniki. Abstrahując już od wyników to ja jestem jakaś przepracowana przez ostatnie dni. Myślę, że to pokłosie tego, że ostatnie wolne zamiast odpocząć to rozrabiałam, więc nijak nie naładowałam baterii. A teraz jestem w takim punkcie, że boję się wziąć dłuższe wolne, bo boję się, że znowu coś odpierdolę. Jak byłam w pracy to zadzwoniła do mnie bliska koleżanka z AA, do której dość długo się nie odzywałam no bo byłam zajęta łamaniem abstynencji. Daria zaczęła rozmowę tekstem, że siema laska, co się dzieje, że tak mi dzisiaj chodzisz po głowie? Więc jej powiedziałam, że jak zwykle rozrabiam jak to ja i że zdzwonimy się jutro do południa, bo jestem w robo. Jakbym się trzymała takich ludzi jak Daria, a nie patusów to byłabym trzeźwym i być może szczęśliwym człowiekiem. Whatever. Miałam dzisiaj rozmowy 1-2-1 z pracownikami i wyssały one ze mnie totalnie energię.
Jak tak się obijałam w pracy, bo serio nie miałam dzisiaj ani weny ani siły na wydajną pracę to zadzwoniła przyjaciółka, bo po prostu chciała mnie usłyszeć. Jakie to jest kurewsko miłe i ważne dla mnie, że jestem dla niej ważna to szok.
Po pracy spacer z psem i koleś mi się wytarzał w jakiś kwiatkach i musiałam mu z sierści wyciągać płatki wielkości jednogroszówki. Myślałam, że mnie zapali. Ogólnie dzisiaj mam dość krótki lont, bo boli mnie dusza. Czuję się strasznie zagubiona, pusta i nieszczęśliwa. Pusta, ale jednocześnie czuję w sobie ciężar tak wielki, że jeśli dusza człowieka waży 21 gramów to moja waży 21, ale kilogramów. I nawet nie wiem co mi dokucza. Tzn. wiem, ale to nie są rzeczy, na które mam wpływ, więc nie powinnam się nimi przejmować, ale wygrywa moja wysoka wrażliwość i czuję się sprowadzona do parteru. Nie podoba mi się to jak wygląda świat, nie podoba mi się to co robią ludzie wokół mnie, a do tego jeszcze znowu mi żałoba wtórna wystrzeliła w kosmos. Czy ja się kiedyś pozbieram? Nie wiem, mam wątpliwość. Moja żałoba wtórna dotyczy dwubiegunówki i poczucia straty normalnego życia jakie mogłabym mieć, gdyby nie choroba. I celowo używam formy "mogłabym", ponieważ ja nie znam siebie bez choroby, więc tak naprawdę chuj wie jakim byłabym człowiekiem. Odkąd pamiętam mam nasrane we łbie i co gorsze tego typu rozkminy i analizy wcale nie pomagają mi się pozbierać. A ja takich rozkmin mam tysiąc na godzinę, głowa paruje mi całą dobę, więc jak ja mam być normalna?
Mam na ręce bliznę po nożu i dzisiaj pierwszy raz zostałam o nią zapytana i wprowadziło mnie to w lekką konsternację, ale z racji tego, że jestem mistrzynią wymówek wszelakich i potrafię nimi rzucać bez mrugnięcia okiem to padło hasło, że jak zwykle gdzieś przywaliłam ręką w pracy. No i baja. Mówiąc ludziom to, co chcą usłyszeć można sobie samemu zapewnić święty spokój.
Ciężko mi dzisiaj. W ogóle ostatnie dni są bardzo ciężkie. Niby się uśmiecham, niby żartuję i pajacuję, ale wcale do śmiechu mi nie jest. Przydałby się urlop od życia, ale u mnie urlop od życia wiąże się z używkami, więc lepiej jednak będzie jak pozostanę tu i teraz. W końcu przecież ta chujnia przestanie na mnie spadać. Tym miłym akcentem kończę i idę pooglądać jakiś badziew i pogadać z kumplem, bo przecież jest dopiero pierwsza, więc za wcześnie, żeby się kłaść. Amen.
Do jutra.