Liverpool FC dokonał niemożliwego i pokonał Barcelonę 4:0 (1:0) w rewanżowym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów. W pierwszym pojedynku Duma Katalonii wygrała 3:0, a to oznacza, że w finale zagrają The Reds. Po dwa gole dla gospodarzy zdobyli Divock Origi i rezerwowy Georginio Wijnaldum.
Jak dobrze wiecie jestem kibicem Liverpoolu od drugiej połowy lat 90, bo w naszej rodzimej parodii ligi piłkarskiej nie kibicuję nikomu, chociaż po cichu sympatyzuję ze zdegradowanym z Ekstraklapy Zagłębiem Sosnowiec.
To co zrobił Liverpool to był cud porównywany z finałem Ligi Mistrzów z 2005 roku, który oglądałem odbywając służbę wojskową. Przegrywając 0:3 z Barceloną w pierwszym meczu i wygrać u siebie na Anfield 4:0. Szczerze mówiąc nie wierzyłem w to, myślałem że Barcelona przejdzie do finału.
W Premier League też nie wierzę w cuda. Liverpool najprawdopodobniej zostanie wicemistrzem Anglii. No trudno, ale sezon mieli bardzo udany. Zajmują drugie miejsce z 94 punktami, ustępując miejsca Manchesterowi City z 95 punktami. Zawsze coś, jak nie potknięcie kilka lat temu Stevena Gerarda w meczu z Chelsea i porażka (remis) w ostatniej kolejce 3:3 z Crystal Pallace, a wygrywali i stracili 3 gole w koncówce... Myślałem, że spalę tą moją koszulkę Gerrrarda. The Citizens raczej nie powinie się noga w ostatnim meczu z Brighton & Hove i pewnie to wygrają. Liverpool natomiast gra z Wolverhampton i może to być ciężka przeprawa.
Wracając do Ligi Mistrzów. Po cichu liczę na to, że do finału wejdzie Ajax Amsterdam. Po tym co zrobili (wywalili Real Madryt i Juventus Turyn) to. .. nie obraziłbym się jakby wygrali Ligę Mistrzów, nawet kosztem Liverpoolu, jak to zrobili w 1995 roku wygrywając z Milanem 1:0.