Ostatnio wspominałam o tym, jak mieszkałam jakiś czas we Francji w dzieciństwie. Najmocniejsze wspomnienia zebrałam z Muzeów, najmocniejsze - bo wtedy męczące, aby godzinami oglądać coś, czego jeszcze wtedy nie rozumiałam. Owszem byłam w pewnym sensie przyzwyczajona do pięknych widoków - mój dziadek był rzeźbiarzem, w pewnym sensie samoukiem, gdyż wojna pokrzyżowała mu plany.
Nie rozumiałam sensu zachwytu nad wnętrzami w Wersalu, były piękne, ale wtedy mnie przytłaczało to piękno. Nie rozumiałam, który malarz był kim, albo dlaczego rzeźby modernistyczne są tak ciekawe. Pamietam najbardziej zaś, ze największe wrażenie zrobili na mnie impresjoniści. Jeszcze wtedy, jako dziecko, byłam wręcz oszołomiona feerią barw i tych „ciapek” i „plamek”.
Lekcja tańca, Degas, Museum d’Orsay
Trudziłam się, aby zrozumieć to, co rodzice chcieli mi przedstawić, swoim językiem, swoimi przeżyciami i przemyśleniami. Jakiś skutek to odniosło, jednak skłaniam się również ku myśli, ze każdy człowiek do pewnych rzeczy dojrzeć musi. Fundament myślenia jest podstawą.
napisała świetny artykuł o Marku Rothce, który jest przedstawicielem color field painting. Mark Rothko był niezwykłym wizjonerem i geniuszem, który wprowadził wiele wspaniałej myśli do sztuki współczesnej. Niestety, wielu moich (głównie polskich) znajomych nie potrafi docenić jego wkładu i podchodzi doń jak pies do jeża. Nie jest to niestety odosobniony przypadek, że podejście w Polsce do sztuki XX wieku budzi negatywne skojarzenia.
Rothko w muzeum swego imienia w Dyneburgu, ph
Sztuka współczesna często jest niestety przeintelektualizowana, prawda. Ale nie wszyscy są tacy sami, warto odkrywać i poznawać. Lecz ktoś, kto uznany za wielkiego jeszcze przed XXI wiekiem, powinien w nas budzić swego rodzaju podziw.
Pamiętam, gdy rozmawiałam z rodzicami nad wyborem szkoły licealnej, moje marzenia krążyły wokoło szkoły plastycznej na południowym wschodzie Polski, gdzie wtedy jeszcze mieszkałam. Mój tato, absolwent jednej z lepszych, po maturze został żołnierzem. Swoje pragnienia sformułowam rodzicom dosyć jasno. Odpowiedz ojca do końca mojej matury nie dawała mi spokoju - „albo chcesz iść na studia, albo do tej szkoły”.
Po powtórnym wyjechaniu w dalekie krainy Zachodu, po jakimś czasie zrozumiałam przesłanki taty, zrozumiałam tez, jak wiele dobrego z tego wynikło.
Edukacja artystyczna na niższych szczeblach w Polsce leży i nie podnosi się. Jest tak słabo, ze aż trudno mi ująć jak bardzo. Taka edukacja to nie tylko nauka o artystach ich życiorysach i ich pracach, ale przede wszystkim dobrze pielęgnowana to nauka wrażliwości i patrzenia. Coś, co w dzisiejszym świecie jest na wagę złota.
Angielskie, francuskie, włoskie muzea tętnią życiem, odbywa się mnóstwo zajęć szkolnych dla dzieciaków w różnym wieku, są to i zajęcia artystyczne w muzeach, wśród obrazów, artystów, nie tylko zajęcia dydaktyczne.
W Polsce jest niestety tego ogromnie mało. Dzieci zamykane są w szkołach, zajęcia plastyczne to zapchaj dziura, często prowadzone przez ludzi bez przygotowania plastycznego. Mamy za to w szkole podstawowej po kilka godzin wuefu i religii, które kompletnie nic nie wnoszą. Małe umysły są chłonne jak gąbka. Dobra edukacja polega na patrzeniu i odkrywaniu, bo w sztuce jest tego mnóstwo.
A jak później mamy szkolić przyszłe pokolenia?
Na to pytanie pozwolę odpowiedzieć Wam, drodzy czytelnicy.