Wojna wszystko zmienia. W obliczu globalnego konfliktu to, czym żyjemy obecnie (choćby korekta bitcoina) przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Im bardziej przywykliśmy do pokoju i dotychczasowego ładu, tym większe będzie zaskoczenie, gdy on się skończy.
W listopadzie 2015 roku po raz pierwszy posłuchałem Jacka Bartosiaka. Jego wykład zrobił na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłem stworzyć grę planszową, która ukaże wszystkie mechanizmy, o których mówił. Od tamtego czasu o wiele bardziej zainteresowałem się geopolityką. A każdy test mojej gry tylko potwierdzał, że ład światowy zależy od wielu czynników.
Na filmie: geopolityczna gra planszowa mojego autorstwa.
Najważniejszą rzeczą, którą uświadomił mi dr Bartosiak jest znaczenie mórz. Być może mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale to właśnie tą drogą transportowana jest większość towarów. To krwiobieg światowego handlu. Skalę pokazuje m. in. mapa przygotowana przez UCL's Energy Institute. Uświadomienie sobie tego faktu jest warunkiem sine qua non zrozumienia geopolityki. Pozwala to bardzo łatwo dojść do wniosku, że dominację na świecie może osiągnąć tylko ten, kto kontroluje morskie szlaki handlowe. Kiedyś robiła to Wielka Brytania. I dlatego wybuchła I wojna światowa. Dziś mocarstwem są Stany Zjednoczone, które dzięki lotniskowcom mogą w każdym momencie podjąć interwencję w dowolnym miejscu na świecie. To kolejna zasada geopolityki. O sile nie decyduje ilość wojska, tylko możliwość projekcji.
Polskie spojrzenie na kwestię bezpieczeństwa zwykle jest bardzo wąskie i sprowadza się do Rosji. Wiele osób ulega magii liczb i wyciąga błędny wniosek, że starcie z taką potęgą musi skończyć się klęską. Sęk w tym, że żadne państwo nie może rzucić wszystkich swoich sił do ataku. Rosja jest ogromna. Fakt. Utrzymanie jednak tak dużego terytorium pochłania sporo energii i wymaga ogromnych środków. Inna kwestia, że państwo Putina jest ważnym, ale bynajmniej nie głównym graczem. W globalnej rozgrywce pozostaje daleko w tyle za Stanami Zjednoczonymi i Chinami. To te państwa prowadzą rywalizację o dominację. I o tym właśnie mówił Bartosiak w pamiętnym wykładzie, którego wysłuchałem w 2015 roku. Dziś to się spełnia.
fot. US Army w Tarnowie, maj 2016.
Bartosiak wiele razy zwracał uwagę, że obecny ład, przestał być korzystny dla jego architekta, czyli Stanów Zjednoczonych. Po Zimnej Wojnie doszło do sytuacji wyjątkowej. Związek Radziecki upadł, nie powstała jednak żadna koalicja balansująca wpływy USA. Amerykanie nie mieli równego sobie przeciwnika a ład, którego byli gwarantem, oparty na wolnym handlu, był korzystny dla wszystkich. To uśpiło ich czujność. Wdali się w wojnę z terroryzmem (mało istotną z punktu widzenia geostrategicznego), która pochłonęła sporo energii. Chiny nie przespały tego okresu i wzmocniły swoją potęgę. Piwot, który zapowadział Obama, czyli wycofanie się z Europy i skupienie się na Azji, był reakcją spóźnioną. I tu dochodzimy do punktu wyjścia, czyli do tytułowego pytania o wojnę. Jeśli bowiem status quo zostanie utrzymany, wówczas Chiny najprawdopodobniej dogonią Stany Zjednoczone, a na taki obrót sprawy administracja Trumpa nie może sobie pozwolić. Chodzi przecież o utrzymanie dominacji, o pozycję, do której Amerykanie mocno się przyzwyczaili. Trudno jednak uderzać w ład, który jest podstawą dobrobytu...
To, o czym trzy lata temu Bartosiak jedynie dywagował, dziś staje się faktem. Na początku marca Donald Trump ogłosił taryfy na import stali i aluminium. Końcem marca Chiny zapowiedziały cła odwetowe. Wojna handlowa staje się faktem. Jeszcze jej nie odczuwamy i rodzime media wciąż bardziej interesują polityczne rozgrywki między partią rządzącą a opozycją. To jednak kwestia czasu, gdy Polacy zrozumieją, że rywalizacja amerykańsko-chińska naruszy obowiązujący ład i możliwe, że mocno przemebluje świat, w którym żyjemy. Choć niekoniecznie przy użyciu czołgów i bomb.
PS. Osobom zainteresowanym tematem polecam godzinny wykład Jacka Bartosiaka, który odbył się 27 marca 2018.