Dziennik Abstrakcji
Coś tu nie gra
Dzień jak co dzień: rano odbębnić swoje w szkole, potem do domu i resztę dnia "przeczekać" w myśl zasady "byle do kolejnego ranka". Tylko dzisiaj musiało coś zepsuć tą piękną harmonię mego życia. W domu nikogo nie było, ja (jak zwykle) nie miałem przy sobie kluczy, a na dodatek zbierało się na ulewę. Chwile postałem wkurzony pod płotem i poszedłem do centrum.
Idąc w kierunku rynku stwierdziłem, że muszę coś zjeść. Wyciągnąłem z kieszeni portfel. Przejrzałem go. Może w środku było parę drobniaków, co najwyżej na bułkę by wystarczyło. Nagle jakiś bachor wyrwał mi go z dłoni i zaczął uciekać. Przez chwile nie za bardzo ogarniałem co się stało, ale po chwili stwierdziłem, że dobrym pomysłem było by złapać tego dzieciaka. I nie dla samego odzyskania pieniędzy, raczej dla portmonetki która była w tej chwili więcej warta od jej zawartości. Po przebiegnięciu może trzystu metrów, zrobiło się dziwnie. Złodziejaszek zrobił nagły "w tył zwrot" i rzucił mi moim portfelem prosto w twarz. Zaczął uciekać w kierunku z którego przybyliśmy. Schyliłem się po portmonetkę. Otworzyłem ją. Zawartość na oko się zgadzała.
Zaczęło padać. Ja oczywiście w samej bluzie więc najprawdopodobniej zmoknę do ostatniej suchej nitki. Z chwilowej "paniki" poszukiwania jakiegoś schronienia wyrwał mnie bardzo głośny huk. Na dodatek zorientowałem się, że wokół mnie nie było żadnej żywej duszy.
- Dziwne - Pomyślałem na głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem jakiegoś mężczyznę. Leżał na środku pustego chodnika. Jego głowa (a raczej to co z niej zostało) była doszczętnie rozwalona. Fragmenty jego mózgu były widoczne na fasadzie najbliższego budynku. Nie zastanawiając się długo podszedłem do martwego ciała i zacząłem mu się przyglądać. Nie zauważyłem przy nim nic ciekawego, ale na ścianie obok niego była dziura, najprawdopodobniej po pocisku, dużym pocisku. Porobiłem zdjęcia tego miejsca bo zauważyłem, że deszcz zaczął je "oczyszczać". Oddalając się, próbowałem dodzwonić się do domu. Nikt nie odbierał. Cały mokry usiadłem pod jakimś daszkiem i zadzwoniłem na policje. Cisza, żadnej reakcji. Telefon pokazywał, że ktoś odebrał połączenie, ale mimo to nikt się nie odzywał. Nawet pomimo mojego uporczywego wołania "Halo, halo!".
Padało coraz mocniej. Kontem oka dostrzegłem dwóch mężczyzn kręcących się wokół ciała. Jeden z nich wyciągnął ze swojej torby jakiś czarny, duży, plastikowy wór. Zapakowali tam ciało, wyciągnęli pocisk ze ściany i jak gdyby nigdy nic poszli sobie. Ulewa zdążyła zmyć krew i resztki trupa z budynku i chodnika. Przestało padać. Ja jeszcze przez chwile siedziałem pod tym daszkiem jak wryty zastanawiając się, co tutaj właściwie się stało.