Dokończyłem opowieść. Byłem tu sześć lat temu, pierwsze dni pierwszego razu w Rosji. Nie Moskwa, nie Petersburg, a właśnie Biesłan. Wtedy był początek września, zbliżała się rocznica. Nie było jak zobaczyć. Trwały przygotowania.
Teraz odwiedziłem tę szkołę i ten cmentarz. Symbole zbrodni, które na zawsze odwróciły postrzeganie na świecie Czeczenów. Powoli odchodziły w cień zrównane z ziemią miasteczka i wioski tak zwanej wtedy Iczkerii. Ponad 300 ofiar biesłańskiej rzezi bojowników Basajewa przeważyło szalę nad tysiącami zabitych nad Terekiem. Ciężko się dziwić. Czemu winne były dzieci? Tak, Osetyni od dawien dawna delikatnie mówiąc mieli skomplikowane relacje z bliskimi Czeczenom Inguszom. Tak, od rosyjskich bomb też ginęły dzieci. Ale tamtych ofiar widać nie było. Znikały w wojnie, której nie było. Poza tym Biesłan to 2004 rok, a Druga Czeczeńska Wojna to przełom tysiącleci.
Basajewcy myśleli, że się uda tak jak się udało Budionowsku kilka lat wcześniej. Nie udało się. Putin to nie Jelcyn. 334 to statystyka. Rosję stać było na taką cenę. Stać na każdą. Stać na wszystko. Stać było na Dubrovkę, stać było na Wołgograd. Tylko nie na godne życie.
Można szukać środka. Tłumaczyć zdesperowanych bojowników. Nie chcę.
Dziesięć lat później czeczeńscy dżihadyści odcinali głowy Kurdom w Kobane. Sziszani, jak po arabsku nazywa się Czeczenów.
Biesłan to tylko jeden akapit w długiej, nadal niedokończonej historii.