Siedzę sobie tutaj i przystosowuję się do nowego świata. Jakże inny od polskiej rzeczywistości. Ale zacznę od początku.
Tutejszy język, w części niemieckojęzycznej, jest tak podobny do niemieckiego, jak śląska gwara do czystego polskiego, a zwany jest alemański. Słyszałem rodowity język Szwajcarów czyli retoromański, to jakby mieszanka niemieckiego, włoskiego i francuskiego.
Każdy kanton ma swój dialekt, przepisy prawne, podatki. Nawet przepisy dotyczące parkowania są różne. Na powitanie nie mówi się tutaj "Guten Tag" tylko, nie wiem jak to się pisze, ale wymawia "gricci", a bardziej na wschód „grecci”. A mówi się to często, znajomym, mniej znajomym i nieznajomym.
Z angielskim możesz spokojnie się dogadać, a używają tu, w mojej części, niemiecki z zupełnie inną wymową. A właściwie to oni nie lubią mówić w czystym niemieckim, bo nie lubią: Niemców, Austriaków, byłych Jugosłowian, wszystkich o ciemnej karnacji oraz Szwajcarów z części francuskiej i włoskiej. Na szczęście Polacy należą do grupy lubianej lub obojętnej. A to dzięki Robertowi Kubicy, który jeździł na szwajcarskim bolidzie, zbudowanym pod Zurychem. No i Polonii jest tam tak mało, że dotychczas Szwajcarzy nie odczuli naszej obecności. A ci tu obecni, nieformalnie zrzeszeni w kółka wzajemnej adoracji, drą na siebie koty aż pierze lata.
Mania antyniemieckości jest tak duża, że znajomy powiedział mi, żeby nigdy nie mówić, że czekolada Milka jest dobra, grozi to nieotrzymaniem pracy. Dla mało zorientowanych informuję, że Milkę produkuje się w Niemczech. A i na granicy łatwiej jest przekonać celnika do przewiezienia lekkiego nadmiaru kiełbasy niż czekolady (Szwajcaria chroni swój rynek przed zagraniczną czekoladą, kiełbasą i serem).
Prawdą jest, że ponad 90% nowych domów ma schron przeciwatomowy, sam widziałem, i przechodzi on okresowy przegląd. Poza tym codziennie rano na klatce schodowej ładnie pachnie, bo tym zajmuje się administrator, jest to wliczone w cenę wynajmu, jak i również pielęgnacja trawników, chodników i placu zabaw. Chodniki są tak zbudowane, że w czasie długiego deszczu nie ma kałuż, mają odpływy wody. Podobnie ulice, te w mieście, jak i poza miastem.
Wszędzie czysto. Prawdą jest, że nie zabezpieczają tu rowerów, i przed sklepem, i na noc przed blokiem. Ale nie zawsze i nie wszędzie. Mało tego, mają specjalne zadaszone miejsca na rowery i mnóstwo ścieżek rowerowych.
Wiele rzeczy jest tu drogie (lub bardzo drogie), oprócz ciepłej i zimnej wody w mieszkaniu, która jest za darmo (chyba w ramach ceny wynajmu).
Bardzo często spotyka się tutaj, przy ulicy lub ryneczku, takie poidła (hm, nie wiem jak to nazwać, choć najlepsze byłoby „koryto z wodą”), rurką płynie woda (niesamowicie czysta) do zbiornika, którą można śmiało pić, chyba, że jest tablica z ostrzeżeniem (a takiej nie widziałem).
Od dzisiaj Alpy będą mi kojarzyć się z niespodziankami: tutejsze ścieżki są bardzo "zaminowane" przez krowy. A gospodarze wpadli na "genialny" pomysł - pędzą stada krów po ścieżkach dla turystów pozostawiając po sobie smród i błoto. Mało tego, na drodze spotykamy albo krowę (dość łatwo się z nią negocjuje, by zeszła nam z drogi) albo pastuch, czyli drut pod napięciem, by krowy nie uciekły w góry.
Zdjęcie uzupełniające post pobrałem z pexels.com, na zasadzie darmowego udostępniania.