Po dłuższej przerwie nadrabiam zaległości i tym razem będzie to wpis o dostawach z okresu około majówki — czyli z ostatnich dni kwietnia i pierwszych dni maja. Od razu powiem, że jeździłem wtedy raczej mało. Po prostu wyjeżdżałem na chwilę, jeździłem do momentu, aż mi się znudziło, i wracałem do domu. Ruch nie był szczególnie duży, więc były to raczej drobne zarobki niż jakieś intensywne kursowanie.
Przed majówką wyjechałem na niecałe dwie godziny i zarobiłem 54 złote. Dwa dni później było podobnie — trochę ponad godzina jazdy i 42 złote. Sytuacja powtórzyła się 4 i 5 maja, wtedy zarobki wyniosły odpowiednio około 60 i 43 złote. Dopiero 8 maja pojeździłem trochę dłużej, ponad dwie godziny, i wtedy udało się zarobić 87 złotych. Generalnie jednak były to stawki raczej w okolicach minimalnej godzinówki.
Czy zobaczyłem coś ciekawego? Raczej nie było żadnych wielkich odkryć, ale kilka rzeczy zapadło mi w pamięć.
Przed majówką przejeżdżałem przez Garnizon i zauważyłem, że nowy budynek jest już niemal w stanie surowym. W sumie nie sprawdzałem jeszcze dokładnie, co tam powstaje, ale wygląda na to, że może to być kolejny biurowiec, bo obok stoi już podobny budynek.
Jechałem też ulicą Żołnierzy Wyklętych, wiaduktem koło Galerii Bałtyckiej. Za każdym razem, gdy tamtędy jadę rowerem, mam wrażenie, że wybrałem lepiej niż kierowcy stojący w korkach. W takich miejscach naprawdę widać przewagę roweru w mieście.
W kolejnych dniach miałem między innymi dostawy po Sopocie. Jedna była szczególnie ciekawa, bo odbierałem jedzenie z baru studenckiego mieszczącego się w budynku, w którym kiedyś zdawałem egzaminy wstępne na studia. Nigdy wcześniej tam nie wracałem poza samą salą gimnastyczną, więc było to dość dziwne uczucie po latach znaleźć się znowu w tym miejscu, tym razem jako kurier.
Zapamiętałem też sympatyczną sytuację z ostatniego dnia kwietnia. W lokalu dostałem wafelek, bo — jak powiedział właściciel — następnego dnia miał już być po terminie ważności. Niby drobiazg, ale takie małe gesty człowiek pamięta.
Tego samego dnia miałem też dostawę do klienta, do którego dwa tygodnie wcześniej w ogóle nie udało mi się dotrzeć. Pisałem już kiedyś o tej historii — wyglądało to wtedy bardzo dziwnie. Klamka była jakby wyrwana, nikt nie odbierał telefonu ani wiadomości i po długim czekaniu musiałem wrócić do domu z pizzą. Tym razem trafiłem na tego samego klienta i przy okazji zapytałem, co się wtedy wydarzyło. Powiedział, że rzeczywiście był tam jakiś problem i nie wszystko zależało od niego, bo w mieszkaniu mieszka więcej osób. Ostatecznie wyglądało to po prostu na jakieś niedogadanie.
Sama majówka była świetna — ciepła, słoneczna, wręcz gorąca — ale wtedy akurat nie pracowałem i odpoczywałem. Dopiero po powrocie znowu przez kilka dni jeździłem na dostawach.
To był już jednak moment, kiedy coraz bardziej musiałem martwić się stanem technicznym roweru. Jeszcze przed majówką zauważyłem, że rower potrafi nagle się wyłączyć podczas jazdy. Następował restart silnika i trzeba było ponownie uruchamiać wszystko przyciskiem. Nie było to może bardzo uciążliwe, bo po chwili rower znowu działał normalnie, ale problem regularnie wracał.
Początkowo myślałem, że to kwestia brudnych styków. Kupiłem preparat do ich czyszczenia i próbowałem sobie z tym radzić samodzielnie. Zwykle pomagało na kilka godzin, czasem na jeden dzień, ale później problem wracał. W międzyczasie prowadziłem też wycieczkę rowerową dla turystów i wtedy rower również mi zgasł. Na szczęście szybko sobie poradziłem i grupa chyba nawet niczego nie zauważyła, ale sam czułem się już z tym coraz bardziej bezradny.
Zacząłem więc odwiedzać różne serwisy. W jednym z nich usłyszałem, że prawdopodobnie gdzieś jest luz przy stykach, ale jednocześnie zwrócono mi uwagę na coś ważnego — rower nie ma jeszcze nawet dwóch lat i takie rzeczy po prostu nie powinny się dziać. Doradzono mi oddanie go na gwarancję. Próbowano jeszcze zasugerować, że może problem powoduje rozładowany wyświetlacz, ale jego ładowanie nic nie zmieniło. Ostatecznie kolejnego dnia oddałem rower do serwisu gwarancyjnego i wygląda na to, że czeka mnie nawet miesiąc bez roweru. Nie wiadomo jeszcze, czy gwarancja zostanie uznana, bo z tym bywa różnie.
Wracając jeszcze do samych dostaw — 8 maja znowu jeździłem po Sopocie i to był chyba najciekawszy dzień z całego tego okresu. Trasy zaprowadziły mnie między innymi w okolice skanalizowanych potoków oraz dawnego niemieckiego sanatorium, w którym później mieszkała rodzina artystów i malarzy. Słyszeliśmy o tym miejscu zaledwie tydzień wcześniej podczas wycieczki szkoleniowej po Sopocie, więc ciekawie było nagle znaleźć się tam samemu jako kurier i móc wejść do środka.
Miałem też dostawę do budynku położonego przy głównej ulicy, ale schowanego głębiej od niej. Takie miejsca zawsze są interesujące, bo człowiek trafia do przestrzeni, których normalnie nigdy by nie zobaczył. W jednym z takich miejsc zauważyłem nawet szkołę ze ścianką wspinaczkową zamontowaną na zewnętrznej ścianie budynku, co wyglądało dość nietypowo.
Podsumowując — jeździłem wtedy raczej mało, ruch nie był szczególnie duży, a zarobki trudno nazwać imponującymi. Zdecydowanie bardziej niż samymi dostawami żyłem wtedy problemami technicznymi roweru. Mimo że dało się jeszcze na nim jeździć, to jednak na dłuższą metę dalsza jazda nie miała większego sensu i serwis okazał się koniecznością.