Poniższy opis jest subiektywną, amatorską oceną miasta. Może się Wam wydawać dziwny, przerysowany, karykaturalny. Znaczna liczba uproszczeń może niektórych razić. Może i jestem przewodnikiem, ale jednak po Trójmieście a nie stolicy. Lubię kosztować miasta od strony spacerowo-blokowej.
Odwiedziłem ostatnio Warszawę i poznałem ją w sposób, który lubię najbardziej — nie przez muzea, rynek, zamek czy najbardziej oczywiste atrakcje turystyczne. W tych miejscach bywałem już wielokrotnie, zarówno prywatnie, jak i służbowo. Dla mnie najlepszym sposobem odkrywania miasta jest rower.
Kładka przetestowana! Przydała się
I nie chodzi nawet o testowanie infrastruktury rowerowej czy szukanie „najlepszych tras”. Rower daje mi coś innego — możliwość zobaczenia miasta w skali, której nie da się osiągnąć pieszo. W kilka godzin można znaleźć się w wielu zupełnie różnych miejscach, przejechać przez zwyczajne osiedla, parki, tereny rekreacyjne i po prostu obserwować codzienne życie mieszkańców.
To zdjęcia z pierwszej godziny jeżdżenia. Wszędzie zieleń, którą dało się przejechać z Mokotowa nad Wisłę
Plan tej podróży był właściwie improwizacją. Wiedziałem tylko tyle, że mam siedem godzin wolnego czasu. Dzień wcześniej założyłem konto w systemie Veturilo i wpłaciłem 20 złotych. Start miałem przy ulicy Jana Pawła Woronicza, a zakończyć wycieczkę planowałem na Woli. I to był cały plan.
Reszta wydarzyła się sama.
Zacząłem od Mokotowa i w około 1,5 h dojechałem na Żoliborz. Tam przerwa i powrót tam gdzie było najpiękniej - "dzika Wisła". Na Siekierkach przerwa nr 2, potem kierunek Wola
Najpierw Mokotów, później okolice Arkadii, potem przejazd w stronę Wisły i pomnika Syrenki. Odwiedziłem także Żoliborz, Pragę-Północ, Gocław i Siekierki. Byłem również nad warszawskim Balatonem. Już wtedy zacząłem rozumieć, że Warszawa, którą zobaczę w maju 2026 roku, będzie zupełnie inna od tej, którą miałem w głowie.
Warszawa kojarzyła mi się przede wszystkim z historią, wojną, zniszczeniami, polityką, monumentalną architekturą i wielkomiejskim chaosem. Tymczasem zobaczyłem miasto… zielone.
Najpiękniej było nad Wisłą od strony Pragi. Gdybyście słyszeli te głośne słowiki!
I to zielone w sposób, którego kompletnie się nie spodziewałem.
Przez pierwsze dwie godziny jazdy praktycznie nie było pięciu minut, żebym nie przejeżdżał przez park albo jakiś teren zielony. Co więcej — te parki są ogromne. Naprawdę ogromne.
Z perspektywy gdańszczanina było to wręcz szokujące. W Gdańsku jestem przyzwyczajony do tego, że park zwykle kończy się płotem, a za płotem stoi osiedle. Czasem jeszcze dochodzi furtka techniczna albo nowa inwestycja mieszkaniowa „zintegrowana z zielenią”. Nierzadko mam wrażenie, że to zieleń musi się dostosować do deweloperki, a nie odwrotnie.
Tymczasem w Warszawie odkryłem całe ogromne kwartały zieleni. Parki, które naprawdę żyją własnym rytmem i nie sprawiają wrażenia „dodatku” do zabudowy.
Po powrocie do domu aż usiadłem nad mapą i policzyłem, ile parków zobaczyłem podczas tej sześciogodzinnej wycieczki.
Dwadzieścia.
Ich listę wrzucę poniżej, bo wszystkich nazw z pamięci nie odtworzę.
Lista parków i terenów zielonych, które zidentyfikowałem na mapie
Przejechałem też przez cztery mosty na Wiśle i odwiedziłem naprawdę wiele różnych części miasta. Dzięki rowerowi mogłem zobaczyć zarówno reprezentacyjne miejsca, jak i zwykłe osiedla czy tereny rekreacyjne, do których turysta zazwyczaj nie dociera.
Zobaczyłem również słynną pieszo-rowerową kładkę nad Wisłą. Wrażenia mam zdecydowanie pozytywne. Sama przeprawa robi bardzo dobre wrażenie i świetnie wpisuje się w nadrzeczną przestrzeń miasta. Widać też, że jest intensywnie używana — zarówno przez spacerowiczów, jak i rowerzystów.
Przejechałem także ulicą Świętokrzyską. Ostatnio widziałem gdzieś internetową dyskusję, w której ktoś narzekał, że „nie da się tam zaparkować” i że kierowcy stoją w korkach. Tymczasem z perspektywy roweru wyglądało to zupełnie inaczej. Jechało się tam bardzo wygodnie. Droga rowerowa poprowadzona wzdłuż ulicy była komfortowa, logiczna i po prostu przyjemna w użytkowaniu.
Totemy na Świętokrzyskiej
Ciekawym doświadczeniem były też warszawskie „totemy” z syrenkami przy sygnalizacji świetlnej dla rowerzystów. Kiedyś o nich czytałem i wydawały mi się ciekawostką, ale teraz mogłem sprawdzić je w praktyce. I rzeczywiście — to działa. Przy czerwonej syrence zwolniłem tempo jazdy, a na kolejnych światłach mogłem już płynnie przejechać przez skrzyżowanie bez zatrzymywania się. Niby drobiazg, ale właśnie takie rozwiązania sprawiają, że miasto staje się bardziej przewidywalne i wygodne.
Gdybym miał w kilku punktach powiedzieć, czym Warszawa mnie zachwyciła, byłyby to przede wszystkim:
- absurdalnie duże (z perspektywy gdańskiej) tereny zielone,
- płaskość miasta,
- darmowe toalety na stacjach metra.
Tak, ten ostatni punkt może wydawać się zabawny, ale dla osoby poruszającej się cały dzień po mieście naprawdę ma znaczenie. W Warszawie można wejść do metra i po prostu skorzystać z toalety. Bez kombinowania, bez szukania galerii handlowej czy kawiarni.
W Gdańsku czegoś takiego praktycznie nie ma. Nie ma darmowych toalet ani na dworcach kolejowych, ani na przystankach SKM czy PKM. Najczęściej pozostają galerie handlowe albo pojedyncze miejsca, jak choćby toaleta w Palmiarni w Oliwie.
To właśnie takie drobne rzeczy pokazują później, jak bardzo miasto jest przyjazne mieszkańcom i osobom, które po nim się przemieszczają.
Anegdotka: znajomi pytali mnie czy jechałem Marszałkowską i czy widziałem Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jechałem tamtędy, ale dużego gmachu nie zauważyłem przez nasadzenia zieleni :)
Tu było najbardziej snobistycznie. Nie było nawet ławeczki by usiąść i coś zjeść. Pewnie mieszkańcy Siekierek nie chcą "meneli" pod oknami
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie także płaskość Warszawy. Jeździłem zwykłym rowerem, nie elektrycznym. Zrobiłem około 50 kilometrów i praktycznie nie czułem zmęczenia. 3 przerzutki w zwykłym rowerze wystarczyły. Owszem, podjazd przy Agrykoli faktycznie istnieje, ale poza skarpą warszawską cała reszta była zaskakująco łatwa i płaska.
Po gdańskich doświadczeniach było to wręcz niezwykłe.
Przypomniały mi się wtedy słowa gdańskiego historyka sztuki Jacek Friedrich, który podczas jednej z debat powiedział kiedyś, że przez to, iż Gdańsk ma las i morze, przestrzeń pomiędzy nimi przez lata była dość zaniedbana pod względem zieleni i infrastruktury rekreacyjnej.
Oczywiście przez ostatnie kilkanaście lat wiele się poprawiło. Powstają nowe parki, zbiorniki retencyjne są zagospodarowywane, pojawia się więcej zieleni miejskiej. Ale mimo wszystko nadal widać pewne opóźnienia.
I właśnie to zobaczyłem w Warszawie bardzo wyraźnie. Stąd słowa o absurdalności rozmiaru parków. Deweloper gdański myślę, że może w stolicy czuć olbrzymie marnowanie przestrzeni.
Warszawa okazała się więc miastem znacznie bardziej wygodnym, zielonym i funkcjonalnym, niż się spodziewałem i jakim je zapamiętałem. I przyznam szczerze — od tamtej wycieczki, kiedy poruszam się po Gdańsku, coraz częściej patrzę na Warszawę z pewną zazdrością.