Od wielu lat w polskich szkołach spotykamy się z pojęciem dysortografii i dyskalkulii. Zastanówmy się, czy to rzeczywiste schorzenia bądź delikatne dysfunkcje czy ściema, która prowadzi do obniżenia wymagań.
Dysortografia to według wikipedii
specyficzne zaburzenie w nauce pisania, objawiające się popełnianiem błędów ortograficznych pomimo znajomości zasad pisowni i odpowiedniej motywacji do poprawnego pisania. Dysortografia może być korygowana, jednak całkowite ustąpienie objawów występuje bardzo rzadko.
wikipedia.pl
Zbadajmy to!
Czy popełnianie błędów ortograficznych można nazwać zaburzeniem? Moim zdaniem zaburzeniem intelektualnym lub pamięciowym może być brak możliwości zapamiętania pisowni poszczególnych słów. Bo przecież to na zapamiętywaniu polega nauka pisowni wyrazów. I rozważając definicję wikipedii, moglibyśmy na tym zakończyć z wyrokiem - wielka ściema. Poszperałem jednak głębiej, popytałem znajomych ze stwierdzoną dysortografią i wysnułem nowe wnioski. Zacznijmy od tego, że defnicja wikipedii jest niepełna. Nie napisano najważniejszego - Skąd ta dysortografia się bierze?
Chodzi o zaburzoną percepcję wzrokowo-słuchową. Kwestie wzrokowe to tendencja do pomyłek związanych z podobnym wyglądem liter np. d i b. Zaburzenia słuchowe to nie problem ze słuchem, ale rozumieniem. Dziecko krótko mówiąc pisze dokładnie to co słyszy np. "Ałsria" , "chleb" czy "staf". Czy są to problemy natury medycznej? Jeśli chodzi o zdanie lekarzy, nie posiadają na ten temat jednoznacznego stanowiska związanego z neurologią. Chociaż niektórzy uważają, że problem może wynikać z niewielkich uszkodzeń układu nerwowego doznanych w życiu płodowym lub podczas porodu. Nie ma reguły u kogo występuje dysortografia. Może pojawiać się zarówno u dzieci o prawidłowym rozwoju i dobrych ocenach, jak i u dzieci mniej zdolnych. Biorąc pod uwagę takie argumenty można usprawiedliwiać dzieci oraz obniżone wymagania.
Jest jednak druga strona medalu. Można z dysortografią walczyć, natomiast wiele zależy od szkoły i rodziców. Moim zdaniem samo obniżenie wymagań to stanowczo za mało. Powinno się kłaść nacisk na naukę pisania i czytania. To naprawdę rozwija, poszerza horyzonty myślowe, a przede wszystkim pozwala zapamiętywać pisownię. Znajomi z dysortografią wspominali, że gdy mieli podejrzenie o dysortografię, przeprowadzono weryfikację. Polegała na zabawie, w której dzieci rzucały do siebie piłkę, a gdy złapali pedagog mówiła wyraz i kazała go napisać. Problem w tym, że dzieci myliły się specjalnie, aby mieć obniżone wymagania...
Reasumując, dysortografia faktycznie ma rację bytu. Jednak kiedyś takim dzieciom nie poświęcano dużej uwagi w celu zażegnania ich problemu. Podobno teraz wcale nie jest lepiej. Łagodniejsze oceny z języka polskiego nie pomogą. Przeciwnie - dziecko będzie miało świadomość, że nic się nie stanie gdy popełni błąd.
Dyskalk... co ?
Za moich szkolnych czasów nikt o tym nie słyszał. Nawet Filip - uczeń z serialu "Rodzina Zastępcza" stwierdził, że ma "dysmatematykę". Żart ten okazał się po kilku dobrych latach prawdą, gdyż wymyślono dyskalkulię.
O co chodzi ?
Wikipedia podaje, że dyskalkulia to zaburzenia zdolności wykonywania działań arytmetycznych, uwarunkowane środowiskowo lub genetycznie. Wyróżnia trudności w stosowaniu pojęć matematycznych, zapisywaniem i odczytywaniem cyfr i symboli, problemy z obliczaniem w pamięci, porównywaniem obiektów i ogólnie zrozumieniem całej idei matematyki. Inne źródła podają, że to po prostu problemy z nauką matematyki. Niektórzy specjaliści twierdzą, że to część mózgu odpowiedzialna m.i.n. za obliczenia nie jest wystarczająco rozwinięta, a inni, że przyczyn należy szukać w percepcji wzrokowo - słuchowej (jak w przypadku dysortografii).
Czyli wszystkie nasze dwóje z matematyki można podpiąć pod dyskalkulię?
Skoro w teorii są to trudności z nauką to wygląda na to, że tak. Sam orłem z matematyki nie byłem, ale moje niższe oceny wiązały się wyłącznie z lenistwem. Wyższej matematyki, którą miałem na studiach nauczyłem się bardzo dobrze, bo po prostu musiałem. Szkoła podstawowa czy gimnazjalna wywierała mniejszą presję na ucznia i stawiała znacznie niższe wymagania. Jedynie z czym się zgadzam to mylenie znaków, bądź pisanie liczb od tyłu. To rzeczywiście można usprawiedliwić pewnymi dysfunkcjami w percepcji i łatwo uwiarygodnić, gdy dziecko stosuje prawidłową metodykę rozwiązania zadania, a zdarzy mu się nazwijmy to "cyfrówka" - odpowiednik "literówki." W pozostałych kwestiach uważam, że to strasznie naciągana teoria i groźna dla edukacji. Idąc tym tropem, niebawem może powstać dyschemia, dysfizyka czy dysgeografia. Nie dajmy się zwariować.
źródła grafik: pixabay