Na samym początku muszę zawieść tych, którzy spodziewali się opowieści o kwestiach damsko-męskich, gdyż nie o tym tutaj mowa, a o Orfeuszu (L'Orfeo) Claudio Monteverdiego (libretto: Alessandro Striggio, premiera: Mantua 1607) i historii mojego spojrzenia na to dzieło.
Pierwszy raz miałem okazję wysłuchać tej opery w 2016 r. na festiwalu w Jarosławiu. Było to dość kameralne wykonanie, bez szczególnie rozbudowanej orkiestry, pod kierownictwem muzycznym Marco Vitale. Dzięki kameralności wstęp nie musiał kosztować milionów monet, co jest pewnym atutem, choć nie jest to rozwiązanie zgodne z listą instrumentów wymienionych we wstępie do partytury.
Byłem niestety niewyspany, a do tego jarosławskie kościoły bywają latem dość duszne, więc muzyka zdała mi się zbyt apollińska jak na moje możliwości. Cóż, z muzyką barokową jest tak, jak to niezależnie od siebie stwierdziło dwoje moich znajomych, że im lepiej ją grają, tym bardziej usypia. Potwierdza to sama fabuła Orfeusza, gdyż w akcie trzecim śpiew tytułowego bohatera wywiera taki właśnie efekt na Charonie.
Z fabułą też miałem problem, bo w znanej mi wersji mitu Orfeusz po nieudanej próbie przywrócenia Eurydyki do świata żywych miał zginąć rozszarpany przez menady (bachantki). Tutaj jednak pojawia się deus ex machina w osobie Apolla, jego ojca, i zabiera go do nieba (czyt. ponad scenę, o ile warunki techniczne inscenizacji na to pozwalają, a koncepcja przewiduje).
Jednak po jakimś czasie od tego występu złapałem się na nuceniu motywów z Orfeusza. Postanowiłem dać mu kolejną szansę, tym razem w formie nagrań, i się do niego przekonałem. Jest to dzieło bardzo urozmaicone, mieści się w nim i wzniosła, i jak najbardziej ziemska radość, a także krzyk rozpaczy oraz żałosne błaganie o łaskę. Wszystko to oddano w muzyce, której uosobienie pojawia się w prologu i opowiada o gamie emocji, jakie może wzbudzić w człowieku.
Wymowę tego dzieła także uważam za trafną — pokazuje ono jak ulotne jest doczesne szczęście i jak jednym fałszywym posunięciem można wszystko zaprzepaścić. Orfeusz najpierw wzdychał i płakał, zabiegając o względy Eurydyki. Potem, gdy myślał, że jego miłosne cierpienia są tylko wspomnieniem, otrzymał wiadomość o jej śmierci. Kiedy zaś pokonał drogę do królestwa podziemi i uzyskał łaskę Plutona, zniweczył swój własny wysiłek jednym przedwczesnym spojrzeniem na twarz małżonki.
Z drugiej strony strony, jak napisała w jednym ze swoich postów 1, w życiu chodzi o to, by próbować. Orfeusz na koniec doznaje pociechy przewyższającej wszelkie ziemskie szczęście. Zostaje też pouczony, że szlachetnemu sercu nie przystoi zamykanie się we własnej boleści. Trzeba też zauważyć, że siedemnastowieczny Orfeusz, mając wzbudzić sympatię u widza będącego przynajmniej na poziomie nominalnym i deklaratywnym chrześcijaninem, nie mógł być opisanym w Metamorfozach Owidiusza rozpustnikiem pogrążonym w rozpaczy.
Podobnie Apollo nie jest kapryśnym olimpijskim bóstwem, a raczej rozpromienionym (bo to znaczy jego epitet Febus, gr. Φοῖβος) obliczem chrześcijańskiego Boga, przynoszącego w swej łasce radość, jakiej świat dać nie może, a człowiek sam z siebie nie może nawet oczekiwać.
♩Na koniec pewien przegląd wersji, które poznałem choć fragmentarycznie:
-
Marcel Beekman usypia Charona, a przy okazji i mnie (dyr. Marco Vitale, Jarosław, 2016 r.):
-
Jak na początku XXI w. wyobrażano sobie, że w XVII w. wyobrażano sobie antyk (dyr. Jordi Savall):
-
Teatr telewizji przedstawia (dyr. Nikolaus Harnoncourt):
-
Twoja stara klaszcze u Gardinera (dyr. John Eliot Gardiner):
-
Orfeusz mistrz tai chi (dyr. René Jacobs, chor. Trisha Brown):
-
Paul Agnew chciałby zaśpiewać, ale się wstydzi (kier. muz. Paul Agnew):
-
Bazylejski hipster na gościnnym występie we Widniu (dyr. Elam Rotem):
Zwyciężczynią konkursu jest . Poprzedni post zawierał fragment prologu do Orfeusza właśnie.
Obrazek u góry wpisu: Jacques-Louis David, 1817, Koninklijk Museum voor Schone Kunsten Gent. Źródło: Wikimedia Commons .