Przedstawiłam wam ostatnio moich dziadków, Stasię i Wojtka; odsłoniłam także kilka wspomnień z dalekiej przeszłości.
Jest wiele miejsc, których obraz żyje we mnie do tej pory. Początkowo chciałam opisać je szczegółowo, po kolei, okraszając wspomnieniami. Rzeczywistość zweryfikowała te plany. Okazało się, że niektóre z nich wydają się nie mieć dla mnie znaczenia, a te odsunięte na boczny plan wzbudzają ogromne emocje.
Tak było z podwórkiem pod numerem dwudziestym czwartym, do którego ciągnęła mnie ogromna siła, podczas gdy bez żalu zrezygnowałam z próby wejścia pod numer trzydzieści.
Tamtego dnia czekało mnie jeszcze jedno spotkanie, które odsunęło w cień wszystko inne.
Następnym punktem na mojej trasie miał być m.in. park Jalu Kurka, położony obok zrujnowanego Pałacu Tarnowskich, byłej siedziby Radio Kraków. To tam najczęściej zabierali mnie na spacer dziadkowie. Jedyne miejsce w okolicy w miarę przyjazne dzieciom, choć ja go tak wcale nie postrzegałam ;)
Park z moich wspomnień to zieleńce z ubogą trawą i okropne, metalowe huśtawki stanowiące zagrożenie dla życia. Tak właśnie zapisały się w mojej pamięci. Skrzypiące, już wtedy stare i z obłażącą farbą. Okropne drabinki, z których co rusz słychać było wrzask kontuzjowanego malucha. Bałam się ich, a i tak właziłam, kończąc z obdartymi nogami. Generalnie znałam to miejsce na pamięć i zazwyczaj okropnie się nudziłam, poza okresem, gdy można było zbierać żołędzie i kasztany.
Od wielu lat śledzę losy parku. W skrócie, po upadku komunizmu dostał się w ręce jakiegoś zakonu i od tamtej pory trwają próby odzyskania/odkupienia go przez miasto. Niestety zakon zaśpiewał cenę dziesięciokrotnie przekraczającą wycenę przedstawioną przez rzeczoznawców, stąd wieloletnie przepychanki i kombinacje.
Za każdym razem, gdy czytałam wieści o tym miejscu, napotykałam informację, że park jest zamknięty dla mieszkańców. Dlatego przygotowałam się na to, że zobaczę tylko jego skrawek przez bramę. Byłam z tym pogodzona, chociaż miałam ochotę odszukać kasztanowce i dęby, pod którymi zbierałam z dziadkiem materiały na ludziki.
Ale zbieranie rozpoczynało się już po drodze do parku!
Drzewa były zawsze bardzo interesujące, szczególnie kasztanowce:
i "noski", czyli klony.
Czy dzieci wciąż naklejają sobie owoce klonu na nos?
Reszta fajnych drzew i krzewów była w parku.
Otóż jest i on, po drugiej stronie ulicy. Widzicie? Zamknięte.
Pałac Tarnowskich jest obecnie ogrodzony i trwają prace budowlane. Jest nadzieja, że miasto doszło w końcu do porozumienia ze spadkobiercami... a może i ze wspomnianym zakonem?
Po krótkim rekonesansie okolic budynku podeszłam do bramy parku, a ona... była otwarta! Na oścież!
No to weszłam.
Wcale nie byłam pewna, czy jestem w dobrym miejscu... Zerknęłam w prawo.
Tak, to tutaj. Pamiętam tę mozaikę.
Wydaje mi się, że od momentu przekroczenia bramy wpadłam w jakiś trans. Znowu doznałam rozszczepienia - jeden głos ostrzegał, że nie wolno, że to prywatny, zamknięty teren. A drugi kazał iść, bez względu na wszystko.
Byłam zupełnie sama. Słońce, ptaki, coraz dalsze odgłosy miasta.
Trawa do kolan, pokrzywy do pasa, młode drzewka...
Niby to samo miejsce, co kilkadziesiąt lat temu, a jednak zupełnie inne. Nie tak je zapamiętałam.
Dzisiaj panuje tu piękna, wybujała roślinność wpychająca się na betonowe ścieżki.
Gdzie placki łysej ziemi pod drzewami?
Absolutna magia!
Szłam coraz dalej, oczarowana, jak na autopilocie.
Drzewa ogromne, wiekowe. Niektóre złamane i powalone, pochłaniane przez pnącą się zieleń.
Szłam.
Nagle, coś mignęło po lewej stronie, skrawek koloru, który nie pasował do reszty.
Niemożliwe, pomyślałam, to przecież niemożliwe, że one ciągle tu są!
Zaczęłam się przedzierać.
Pamiętam te drabinki dobrze, ileż to razy obtłukłam sobie na nich golenie... Nienawidziłam ich.
Ale dziś wybaczam wszystko.
Wyobraźcie sobie, że tutaj była goła ziemia, jak klepisko. Natura jest wspaniała.
Zauważyłam coś jeszcze! Nie chciałam przedzierać się przez to zielone morze przede mną, postanowiłam więc spróbować od innej strony.
Wróciłam na alejkę, po chwili wypatrzyłam wyrwę w zaroślach i weszłam.
Zaginiony świat dziecięcych snów :)
Dopiero teraz, oglądając film po raz kolejny, zauważyłam jeszcze jedną drabinkę! Pojawia się "przelotem" kilka razy. To jest zaginiona drabinka w kształcie łuku, o której myślałam intensywnie przez ostatnie dni - co się z nią stało? Byłam pewna, że po prostu została zdemontowana, sprzedana na złom... A ona tam jest! Tak zarośnięta, że jej nie zauważyłam, choć stałam tuż obok!
Zrobiłam zrzuty z filmu, dlatego wybaczcie fatalną jakość.
Idealne maskowanie!
Czuję się jak badacz, który po powrocie z wyprawy spostrzega na taśmie filmowej kolejne tajemnicze obiekty... I dlatego musi jeszcze raz powrócić w nowo odkryte miejsce!
Tak, wiem, cały czas krzyczę :)
Nie potrafię opisać stanu, w jakim się znajdowałam podczas tego wszystkiego. To było tak, jakby Ktoś pozwolił mi zajrzeć przez okno w czasoprzestrzeń, w której nie ma już nikogo. Taka rzeczywistość równoległa. Portal. Bańka, która za chwilę pęknie.
Nie wiem, gdzie byłam przez tamtą cudowną godzinę, ale to było nierzeczywiste, wręcz oniryczne.
Byłam poza czasem, poza wszystkim.
Widzicie drzewo, które wrosło w huśtawkę?
W końcu poszłam dalej, chciałam obejrzeć wszystko.
Podchodziłam do drzew, dotykałam starej kory, przedzierałam się przez trawy.
Wciąż żadnego człowieka. Tylko pokrzywy i pnącza, które się mnie czepiały chcąc zatrzymać.
O, takie:
Oprócz ogromnej radości i wzruszenia czułam też kiełkujący smutek. Wiem, że to cudo zniknie. Skoro park został otwarty, to znaczy, że wkrótce ludzie wezmą się za jego porządkowanie.
Usuną chwasty.
Wygolą trawę.
Wyrwą młode drzewka, które wyrosły w nieodpowiednich miejscach.
Zerwą z drzew zielone płaszcze.
Wykopią i wywiozą złamane drzewa.
Przytną niesforne gałęzie.
Wiadomo, dzieci w pokrzywach nie będą się czołgać.
Nie wiem, czy odważę się przyjść, by obejrzeć nowe porządki. Dla mnie tak mogłoby zostać, tak jest idealnie.
Kiedy wychodziłam, brama znów była zamknięta.
Pomyślałam o tym, jakie miałam szczęście.
Gdy robiłam zdjęcie z przeciwnej strony ulicy, brama była zamknięta. Kilka minut później, gdy pod nią przystanęłam, była otwarta na oścież. Teraz znowu jest zamknięta.
Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności wstrzeliłam się w idealny czas, a może zostałam zaproszona? Bo wiem na sto procent, że gdybym podeszła pod zamkniętą bramę, to nawet nie nacisnęłabym klamki. Tak mocno miałam wbite w głowę, że park jest zamknięty na cztery spusty.
Ktoś chyba też wiedział, że nie spróbuję i trochę mi pomógł.
Nie wiem Kto lub Co to było, ale jestem bardzo wdzięczna ❤️
Na to popołudnie miałam jeszcze kilka planów, trasa nie była ukończona.
Chciałam odwiedzić Stary Kleparz oraz kościoły św. Filipa i św. Floriana. Poszłam we właściwym kierunku, ale wizyta w parku zamieniła mnie w zombie. Opadłam z sił, parłam przed siebie, ale nie byłam w stanie ogarnąć intelektualnie swojego wcześniejszego planu. Weszłam tylko na chwilę do kościoła św. Filipa, a potem poczłapałam na plac Matejki, by usiąść na ławce.
Na tym chyba zakończę podróże w przeszłość. Mogę śmiało powiedzieć, że to, co znalazłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zeszłam głęboko do króliczej nory i oprócz wspomnień znalazłam tam pewną ważną informację. Powinnam naciskać klamkę zawsze, nawet wtedy gdy wierzę, że drzwi są zamknięte na klucz.
Niby oczywiste, ale jak widać, nie dla wszystkich :)