Być może „od zawsze” jesteś osobą uwielbianą przez otoczenie za swoją uprzejmość, ustępliwość i chęć niesienia pomocy niezależnie od okoliczności.
Rodzina i znajomi wiedzą, że nigdy nie odmówisz pomocy i tak jest – nigdy nie odmawiasz.
Jesteś odbierany jako osoba bezkonfliktowa. W obliczu nieporozumienia wycofujesz się lub przyjmujesz rolę mediatora, rzadko zdecydowanie opowiadasz się po którejś ze stron.
Bez problemu przystajesz na propozycje innych, właściwie – wszystko ci pasuje.
Walkę „o swoje” postrzegasz, jako zbędną utratę energii, wolisz odpuszczać w imię spokoju.
Jesteś bystrym obserwatorem, wyjątkowo wyczulonym na nastroje innych ludzi i dynamikę w relacjach.
Czujesz się nieswojo w obliczu czyjegoś gniewu i niezadowolenia, nawet jeśli nie są wymierzone bezpośrednio w ciebie.
I właściwie nie widzisz w tym nic złego. Taki jesteś – dobry i uczynny, uśmiechnięty i miły, ugodowy, ustępliwy... Super sprawa. Wszyscy cię lubią i doceniają. Chwalą i stawiają za wzór.
A także, świadomie lub nie, wykorzystują i eksploatują twą dobroć i uległość bez umiaru.
Czy w chwilach kryzysu zastanawiasz się, dlaczego jesteś wyczerpany i czujesz się, jakby dopadło cię stado sępów?
Czy pojawia się w tobie frustracja i opór na myśl o kolejnej przysłudze, dobrym uczynku czy uśmiechu wbrew sobie? Czy odpychasz te emocje i wstydzisz się ich, jako niegodnych prawdziwego altruisty, jakim przecież powinieneś być?
Czy zawstydzasz sam siebie wyzwiskami typu tchórz, frajer, mięczak, gdy kolejny raz nie potrafiłeś komuś odmówić lub zawalczyć o swoje?
Czy czujesz wyrzuty sumienia po tym, jak klucząc, kłamiąc i usprawiedliwiając się (bo wprost nie potrafisz odmówić) wymigałeś się od wyświadczenia komuś przysługi?
Być może nie jesteś po prostu uprzejmy. Możliwe, że jesteś jednym z tych, którzy wkraczają w relacje z zaprogramowaną potrzebą uszczęśliwiania innych kosztem własnego dobra. Musisz wiedzieć, że jest nas cała masa – opuszczone i zaniedbane dzieci ukryte w dorosłych ciałach, idące w życie z nienasyconym głodem zewnętrznej walidacji i paraliżującym strachem przed odrzuceniem, gniewem i dezaprobatą.
To nie jest oznaka słabości czy tchórzostwa. To nie jest zwykłe „podlizywanie się”, czy mówiąc ostrzej, „włażenie ludziom w dupę”.
Możliwe, że tak objawia się u ciebie
People-Pleaser Syndrome lub People-Pleasing Syndrome
Co to takiego?
Określenie to powstało stosunkowo niedawno i obejmuje zespół zachowań właściwy szczególnie dla zaburzenia osobowości zależnej lub współzależnej (ang.: Codependency Personality Disorder). Dla wyjaśnienia i w wielkim skrócie – w przypadku osobowości zależnej nie chodzi o uzależnienie od alkoholu, lecz o głód emocjonalny i toksyczną, nałogową potrzebę absolutnej symbiozy z drugim człowiekiem. Oczywiście w obrębie tego zaburzenia mogą pojawić się typowe nałogi, lecz nie one są jego istotą.
Termin ten w języku polskim nie ma oficjalnego odpowiednika. Dosłownie można to przetłumaczyć jako syndrom zadowalacza (lub zadowalania) ludzi... dziwnie, prawda? Póki co używam nazwy angielskiej i tak już raczej zostanie.
Ze względu na możliwe negatywne konotacje tego pojęcia (skojarzenie z alkoholizmem), amerykański psychoterapeuta Ross Rossenberg zaproponował nową nazwę: Self-love Deficit Disorder. Termin bardziej „przyjazny” choć jeszcze trudniejszy do zgrabnego przetłumaczenia.
No co ty, ja jestem po prostu miły.
W porządku. Bycie miłym samo w sobie nie jest złe, dopóki nie odbija się na twoim samopoczuciu, zdrowiu, interesach czy relacjach. Osobiście wolę, gdy ludzie odnoszą się do mnie z szacunkiem, łagodnością i są wobec mnie życzliwi. Ale to nie oznacza, że z automatu mają spełniać moje życzenia, zgadzać się z moimi poglądami czy pomagać zawsze, gdy o to poproszę. Oczywiście bywam rozczarowana w przypadku odmowy, to naturalne. Ale nie szafuję epitetem „egoista” tak łatwo, jak czyni to wielu innych zawiedzionych.
Na marginesie – zdrowy egoizm uważam za cechę jak najbardziej pożądaną i potrzebną człowiekowi do prawidłowego rozwoju i samorealizacji. Egoizm w rozsądnej dawce nie oznacza zamknięcia się na potrzeby innych, lecz uznanie własnych potrzeb za równie ważne i przyznanie sobie prawa do ich zaspokajania. Bez względu na akceptację (lub jej brak) ze strony otoczenia.
Do niedawna kuliłam się wewnętrznie, gdy ktoś nazwał mnie egoistką i wychodziłam ze skóry, by udowodnić, że to nieprawda. Dzisiaj, gdy z rzadka zdarza mi się to usłyszeć, nadal boli, ale wewnętrznie staję za sobą, silna i niewzruszona i odpowiadam słodko: „Oooo, dziękuję bardzo!”. Szok i niedowierzanie - nie dość, że egoistka, to jeszcze się tego nie wstydzi!
Kiedy więc możemy mieć podejrzenie, że odgrywamy niezbyt zdrową dla nas rolę zadowalacza innych? Oto zestaw najpowszechniejszych symptomów:
- masz problem z odmawianiem wprost i bez tłumaczenia się
- kłamiesz, by wykręcić się z podjętego zobowiązania (bo nie potrafiłeś odmówić), czujesz potrzebę usprawiedliwiana się
- boisz się, czy wręcz oczekujesz odrzucenia ze strony innych, jesteś przewrażliwiony na tym punkcie
- boisz się własnych tzw. negatywnych emocji, wypierasz je
- jesteś wyjątkowo altruistyczny i często na tym cierpisz
- jesteś wciąż wykorzystywany
- masz problem z określeniem własnych potrzeb i stawianiem granic
- wdajesz się w relacje o charakterze współzależnym (twoje przywiązanie do partnera czy przyjaciół ma charakter nałogu – jesteś uzależniony od emocji, jaki daje ci dana relacja, a zerwanie wydaje ci się niemożliwe. Jeśli do niego dochodzi - dosłownie umierasz z bólu)
- jesteś uzależniony od czyjejś aprobaty
- pragniesz być lubiany za wszelką cenę, najlepiej przez wszystkich
- nawet najlżejsza krytyka potrafi cię załamać na wiele dni czy nawet tygodni
- silnie odczuwasz emocje innych, stresujesz się nawet w sytuacjach nie dotyczących ciebie bezpośrednio (np. podczas kłótni obcych ludzi, lub gdy ktoś został w twojej obecności poniżony)
- boisz się rozczarowania, złości i niezadowolenia innych, masz potrzebę łagodzenia i ustępowania, byleby tylko tego uniknąć
- zwracasz pilną uwagę na to, co inni pomyślą o tobie – według tego kryterium podejmujesz decyzje
- potrafisz być empatyczny i wyrozumiały wobec innych, lecz dla siebie jesteś niezwykle surowy i wymagający, nie potrafisz sobie współczuć
- ślepo wierzysz w dobre intencje innych ludzi, tłumaczysz ich postępowanie nawet w obliczu oczywistego wykorzystywania, manipulacji czy przemocy
- masz silną potrzebę samokontroli
- nikt nie zna twojego prawdziwego oblicza, boisz się, że „prawdziwy ty” nie zasługuje na akceptację i miłość
- gdy robisz coś tylko dla siebie czujesz potrzebę usprawiedliwienia takiego kroku, nawet przed samym sobą
- odczuwasz zadowolenie, gdy ludzie proszą cię o pomoc i możesz poczuć się potrzebny, użyteczny
- podświadomie czujesz się odpowiedzialny za samopoczucie ludzi przebywających w twoim otoczeniu, swoim zachowaniem starasz się regulować ich emocje
Lista opracowana z pomocą: https://lonerwolf.com/people-pleasing/
Prawdopodobnie większość z nas (oprócz psychopatów, socjopatów i osobowości typu narcystycznego) przejawia choć część wymienionych zachowań i odczuć. Nie trzeba panikować. Dopiero silne natężenie powyższych oznak może być sygnałem ostrzegawczym. Jak we wszystkim należy zachować umiar i zdrowy rozsądek. Z drugiej strony typową reakcją ludzką jest wyparcie i automatyczna reakcja obronna: mnie to nie dotyczy. Warto zdobyć się na chwilę szczerości wobec samego siebie, od tego może zależeć jakość życia twojego i twoich bliskich.
Kiedyś było tak, że z automatu zgadzałam się na większość próśb i propozycji, czując wręcz wewnętrzną ulgę, że znowu mogę być pomocna i przydatna. Ktoś mnie zauważał, doceniał. Postrzegałam swoją wartość przez pryzmat przydatności. Na miłość i sympatię potrzebowałam „zasłużyć”, nie potrafiłam przyjąć atencji w innej, zdrowej postaci. Nie znałam pojęcia miłości bezwarunkowej, czyli takiej, którą się ma ZA DARMO. Za to, że się po prostu JEST.
Nie, to było nie do pojęcia.
Dlaczego?
Skąd się biorą people-pleasers?
Najczęściej z fabryczki o nazwie Rodzina. Komórka ta wcale nie musi przejawiać cech patologicznych, by wyprodukować osobnika z błędnym oprogramowaniem. Wystarczy, że jest to rodzina dysfunkcyjna na polu emocjonalnym, by z taśmy zszedł produkt o cechach osobowości narcystycznej, zależnej, czy borderline.
Przykro mi, kochani. Wychowanie dzieci to nie to samo, co hodowla świń, a dom to nie cyrk. Nie wystarczy dać żreć i szmatę na grzbiet, zapłacić za dobre szkoły i wytresować do sztuczek, którymi się można pochwalić przed innymi dorosłymi. Zrobiło się niefajnie? Trudno.
Do rzeczy, bo noc ciemna, a mnie się ciśnienie podnosi.
Weźmy takiego malucha, dla którego rodzice są dosłownie – bogami. Jedynym punktem odniesienia, źródłem wiedzy i prawdy objawionej, którą niewinna istota wchłania jak gąbka. Małe dziecko nie jest w stanie krytycznie spojrzeć na zachowanie i słowa opiekunów. Nie może oddzielić ziarna od plew. Ono przyjmie wszystko – zarówno anielską energię jak i wiadro gówna.
Jak każda istota posiadająca zdrowy instynkt przetrwania, dziecko chce przede wszystkim przeżyć i pragnie zaspokojenia najważniejszych potrzeb, jakimi są (według Jeffrey E. Young’a): potrzeba bezpieczeństwa, kontaktu, autonomii, autoekspresji, poczucia własnej wartości i realnych ograniczeń
(za: http://liberalrebel.com/6-potrzeb-dziecka/ - serdecznie polecam cały artykuł!)
Jeżeli warunki są niesprzyjające, to wykształci ono odpowiednie mechanizmy obronne. Niezależnie od tego, w jakim otoczeniu się wychowuje – w domu alkoholików, z narcystyczną matką, poddawane przemocy fizycznej lub psychicznej, wśród wyznawców „zimnego chowu” (wracamy do hodowli świń) lub „tylko” w bliżej nieokreślonym zaniedbaniu – nauczy się, jakie zachowanie zapewni mu przetrwanie i zminimalizuje cierpienie wynikające z braku zaspokojenia podstawowych potrzeb. Cudowna, ludzka właściwość – umiejętność przystosowania się. Siła, ale i przekleństwo. Bo wyuczone za dziecka mechanizmy bardzo ciężko jest zmienić - schodzimy z taśmy i idziemy w świat nieświadomie odtwarzając program przetrwania w dorosłym życiu.
Co robi mały człowiek, by się dostosować i przetrwać?
Uczy się, jak być niewidzialnym - by uniknąć sfrustrowanego pracą ojca, szukającego wiadra na rzyg emocjonalny.
Wystrzega się zachowań, które sprawiają, że mamusia staje się zimna jak głaz - przestaje go widzieć, przestaje do niego mówić. Bo dla niego życie na uczuciowej pustyni jest gorsze od prawdziwej śmierci.
Tworzy indywidualny zestaw neutralizująco-rozweselających zachowań na użytek każdego z domowników. A także na użytek poszczególnych sytuacji kryzysowych. Mała główka wypełnia się z czasem szufladkami, idealnie uporządkowanymi i podpisanymi:
Mama jest smutna
Mama i tata się kłócą
Tata jest zły na mojego braciszka
Rodzeństwo się kłóci i rodzice są źli
Rozlałem herbatkę
Braciszek płacze
Tata przyszedł zły z pracy
Mama pije czwarte piwo
Dziesiątki, setki szufladek z gotowymi schematami zachowań na każdą okazję. Potem dochodzą kolejne – dla dziadków, nauczycieli, kolegów z klasy, partnerów, szefów, pań w sklepie, urzędników...
Wykształca osobny zmysł do pomiaru napięcia panującego pomiędzy domownikami. Dzięki temu wie, kiedy musi być jeszcze bardziej usłużnym, kochanym i grzecznym dzieckiem, by zażegnać awanturę.
Czyta w myślach i z wyprzedzeniem spełnia oczekiwania innych.
Nie sprzeciwia się, nie odmawia, błyskawicznie wykonuje wszystkie polecenia.
Nie płacze, choćby nie wiem jak bardzo bolał brzuszek. Wie, że tata nazwie je wtedy mazgajem i nie będzie się do niego odzywał przez godzinę. Czyli całą wieczność.
Nie skarży się na nic i na nikogo. Nie ważne jak ono się czuje, ważne, że mama i tata są uśmiechnięci i się nie kłócą. Choć przez chwilę.
Jest zawsze czujne i gotowe do akcji.
Tak. Takie dziecko pozbędzie się wielu naturalnych, ludzkich potrzeb. Zamknie je w swojej piersi, w betonowym grobowcu, by nie odzywały się i nie raniły niepotrzebnie. W ich miejsce wstawi potrzeby innych – najpierw swoich rodziców. Potem, już w dorosłym życiu, będą to potrzeby przyjaciół, partnerów, szefów, a w skrajnych przypadkach nawet zupełnie obcych ludzi.
Takie dziecko najbardziej boi się opuszczenia, dezaprobaty i gniewu. Ono nie zna miłości bezwarunkowej – na akceptację musi sobie ciężko zapracować. Wie, że tylko spełniając określone warunki ma szansę uniknąć bólu czy zgarnąć okruszki ciepła.
Takie dziecko żyje w wiecznym poczuciu winy. Jeżeli opiekunowie są wciąż z niego niezadowoleni, znowu dostało lanie lub, pomimo jego usilnych starań, w domu wybuchła kolejna awantura - to dojdzie do wniosku, że to z nim coś jest nie tak. Widocznie za mało się stara, nie jest wystarczająco grzeczne i dobre. I rozpocznie ulepszanie systemu, stanie się jeszcze bardziej ciche, kochające, wyrozumiałe i do rany przyłóż. Będzie się uwijało pomiędzy domownikami zbierając ich niezadowolenie i frustrację. Będzie piorunochronem, kozłem ofiarnym, słodkim szczeniaczkiem lub błaznem wyskakującym z pudełka - udźwignie każdą rolę.
Będzie żyło w ciągłym napięciu, z ustawionymi na najlepszy odbiór czułkami.
Większość dzieci funkcjonujących w takich warunkach doświadcza trwałej traumy interpersonalnej i cierpi na Złożony Zespół Stresu Pourazowego - często przez całe swoje życie.
W dorosłym życiu taki człowiek nie będzie w stanie zmierzyć się z niezadowoleniem czy złością bliskiej osoby – za każdym razem pojawi się nieuświadomiony, dziecięcy strach przed odrzuceniem. Z automatu więc zachowa się według wypracowanego lata wcześniej przymusu zadowalania, uspokajania i zasługiwania. Nosząc maskę altruisty będzie żył w nieustannym napięciu i zakłamaniu – nikt tak naprawdę nie pozna jego prawdziwych pragnień, preferencji, marzeń i myśli. Nawet on sam. Nieustannie będzie próbował, tak jak kiedyś, kontrolować i wpływać na emocje i reakcje otoczenia – potwornie wyczerpująca sprawa.
Będzie tłumił i wypierał własne emocje, szczególnie te powszechnie (i błędnie) oceniane, jako negatywne: złość, nienawiść, rozdrażnienie czy zazdrość... Wszystkie te „niegodne” wizerunku altruisty. A niedopuszczone do głosu emocje nie rozpuszczają się w oceanie bezgranicznej miłości, jakbyśmy sobie tego życzyli – nagromadzone w ciele powodują wiele chorób psychosomatycznych i prowadzą do depresji*.
*zobacz: Alexander Lowen, "Lęk przed życiem"; Peter A. Levine, Ann Frederick, "Obudźcie tygrysa. Leczenie traumy"
Być może za którymś razem zada sobie kluczowe pytania: dlaczego nie potrafię odmówić? Dlaczego tak bardzo zależy mi na samopoczuciu ludzi wokół mnie? Dlaczego boję się gniewu i dezaprobaty? Dlaczego wciąż jestem wykorzystywany?
I postanowi coś z tym zrobić.
Być może.
Wciąż żyjemy w źle pojmowanym kulcie rodziców: „czcij ojca swego i matkę swoją”... Ja dopowiadam zawsze: gdy na to zasługują.
Jeszcze nie wiem, czy ja zasłużyłam.
„Rodzice — zdaje się im przypominać Boże przykazanie — postępujcie tak, aby zasłużyć na cześć (i miłość) ze strony Waszych dzieci! Nie pozostawiajcie Bożego wymagania czci dla Was w „moralnej próżni”! Chodzi więc ostatecznie o cześć, która jest wzajemna. Przykazanie „czcij ojca i matkę” pośrednio mówi rodzicom: Czcijcie Wasze dzieci, synów i córki tak, jak one na to zasługują.”
Jan Paweł II, List do rodzin Gratissimam Sane, 1994