Pisząc ten tekst uświadamiam sobie jak bardzo otoczona jestem obrazami. Myślę i czuję w sposób zaczerpnięty z dzieł sztuki. Konkretne osoby i nurty zrosły się z moją naturą
i pojmowaniem rzeczywistości tak bardzo, że czasem trudno oddzielić mi to co moje własne przyrodzone, od tego co nabyte, obejrzane, wchłonięte. Dopiero szukając źródeł odkrywam,
że wiele głosów mówiących w moim sercu jest tak naprawdę echem słów już kiedyś wypowiedzianych.
Bardzo dużo zawdzięczam Casparowi Davidowi Friedrichowi. Zachwycają mnie atmosfery które budował, realizm w oddawaniu zmiennych stanów natury, niesamowity klimat jego obrazów. Bijąca z nich samotność, kruchość postaci umieszczonych na obrazach, potęga przyrody. Friedrich postrzegał przyrodę jako przejaw boskości, a sztukę jako sposób pośredniczenia pomiędzy człowiekiem i Bogiem. Wierne przestawianie natury w jego pracach nabrało religijnego znaczenia i miało na celu potwierdzenie istnienia sił boskich. „Muszę całkowicie oddać się otaczającej mnie przyrodzie” - mówił Friedrich. „Zespolić się z moimi chmurami i skałami, aby udało mi się pozostać tym kim jestem. Do mych rozmów z naturą potrzeba samotności”.
Moje poszukiwania nie są aż tak radykalne, jednak odnajduję w pracach tego malarza kawałek swojej prawdy.
Caspar Davd Friedrich Samotne drzewo 1822
Stara Galeria Narodowa w Berlinie