Powiem wam, trafiła mi się ta wycieczka do Szwajcarii jak ślepej kurze ziarno. Gdybym była grubą rybą, pewnie szybko przerzuciłabym się na ten milionerski luz. Ale ja, sercem i duszą proletariuszka od 20 lat przyzwyczajona przeliczać każdą kwotę na liczbę radegastów, czuję się tutaj trochę nieswojo. Ponoć możesz tutaj zostawić torbę, narty, kurtkę, a nikt ci nie ukradnie. Ha, jasne, nie łykne tego. Prosta proletariacka logika: skoro ci ludzie tutaj są tak bogaci, to pewnie musieli nakraść. Główka pracuje. Wiec nie zostawiam tutaj swoich nart, co dostałam za maturę, nieprzypiętych przed barem, sweter z vinted nie wisi przerzucony przez krzesło, zabieram go z sobą na toaletę. Wiem, co myślicie, ale nie obijam się tutaj, pilnie degustuję. W sklepach i knajpach piwa szwajcarskie i niemieckie. Te drugie zdecydowanie lepsze. Jedyne piwo szwajcarskie, które naprawdę mi smakowało to FWT od Whitefrontier (w przeliczeniu na moją walutę małe kosztowało 6 radegastów). Po otworzeniu zapachniało na stoku chmielem: 8/10.