W lipcu zeszłego roku zafarbowałam włosy na zielono, chciałam być YOLO. Mam 24 lata i jestem od jakiegoś czasu nudziarą. Nawet jak jest okazja wyjść na miasto wolę siedzieć w domu, bo nie będzie jak wrócić albo wrócę tak późno, że następnego dnia będę pół żywa.
Od jakiegoś 1,5 roku nie farbuje po chyba 6 latach włosów. Mam teraz swój naturalny kolor włosów. Postanowiłam coś zmienić, zaszaleć. Inernety były pełne od festiwalowych blogerskich look’ów. Pięknie uplecione włosy w kolorach tęczy! Też tak chciałam 😍
Mały reascher na youtube i już wiedziałam, że hitem lata są spraye i kolorowe farby do tygodniowej koloryzacji. Poczytałam, posłuchałam blogerek w większości przypadków kolor trzymał się max 2 tygodnie i to na jasnych blondach. Poleciałam do Rossmana na zakupu. Wahałam się nad kolorem, różowy czy zielony(aqua hair). Padło na aqua i w tym momencie powinnam wiedzieć, że popełniam błąd i jestem nudziarą, a nie yolo dziewczyną.
Farbkę nałożyłam, zgodnie z instrukcją zmyłam i moje włosy od połowy były w fajnym zgniło zielonym kolorze. Wszystko spoko, fajnie wyglądało, ale się nie zmywało!!!
Chodziłam z zielonymi włosami dobre kilka miesięcy… Okazało się, że moje włosy po intensywnych rozjaśnianiach są bardzo przesuszone. Dlatego farba się po prostu wżarła w moje końcówki…
Farba się wypłukiwała w arcy wolnym tempie w końcowej fazie wyglądało to tragicznie. Wypłukiwała się nierównomiernie i zaczynała miejscami wyglądać na zielono-zółty kolor.
Przestroga dla mnie , żeby odpuścić sobie modne sezonowe eksperymenty ;) Jako nastolatka miałam rude, brązowe a nawet czarne włosy no i nie zapomnę o ukochanym blondzie.
A czy wam się zdarzyła jakaś fryzurowa wpadka, z którą nie było co zrobić? Jakaś grzywka albo balejaż?