Tak po ichniemu mnie przezwali tutaj - swamp thing się to pisze.
Bóg wie z jakiego powodu ukrywający się na bagnach Joszko dorobił się przydomka, który potem jeżdżące za chlebem bidoki przeniosły do nowej ojczyzny. I po drobnych z początku, a potem większych przeróbkach, włączyły przywiezioną historię w nurt tamtejszych legend.
Źle mówię - powód był konkretny i w sumie żeśmy ciężko pracowali by nań zasłużyć.
żródło:Pixabay
Stryjek Joszko nie miał wyjścia - gdyby nie uciekł na pustkowie wzięli by do wojska. Z carem wojować nie po drodze, z carskimi do spółki też nie chciał - zebrał rzeczy w tobołek i ruszył gdzie oczy niosły.
Byłem częścią tobołka - matula w połogu mnie obumarła. Częste to było wtedy - opieka medyczna, choć dzisiaj powoli równa w dół, w tamtych czasach była jaka była - kto miał mocny organizm ten dał radę. Ona nie dała. A że Pan Ojciec się pokłócił z okupantem to go wzięli i posłali gdzieś tam, by spod lodu korzonki kopał.
I zostawił mnie stryjkowi - bo gdzie to na Sybir niemowlę brać.
Chałupinkę na Morawach opuszczoną stryjcio wyszukał. Miejsca było mało, tzn. suchego miejsca bo bagna wokół; to i dorastałem z żabami się bawiąc, ludzi nie widząc. Za to bezpiecznie było. Mieliśmy taki kostium z sitowia - coś jak chochoł - stryj mówił. Choć chochoła nie widziałem, wierzyłem na słowo.
źródło:Pixabay
Ubierał się w tę trawę - miejscowych straszyć. Z początku - gdy jeszcze po okolicy chodzili. Ponoć w chatce naszej dawniej wiedząca mieszkała, to i odzwyczaić ich było trudno od szukania pomocy gdy kto chory we wsi.
A że rozgłosu nie potrzebowaliśmy to się ich straszyło. I poskutkowało.
Jeden stryjcia zobaczył, drugi coś zmyślił...Zaczęli się wzajem ostrzegać, że na bagnach potworzaste mieszka; że Zły Jożin kości łamie, szpik wysysa i takie tam. Cóż zdarzało się, że któryś nie wrócił jak się zabłąkał kole nas...
Tyle, że wybredny był "Jożin" i byle kogo "na zatracenie" nie wodził.
Nasi to byli. Patrioci. Polacy. Ci co wiedzieli do kogo iść gdy już im się ziemia pod nogami paliła. Z polecenia przychodzili z wiarą i determinacją, że na obczyźnie lepszy dom zbudują; grosz zarobią i wrócą gdy już Kraj wolnym będzie. Tych jedynie co hasło znali przewodnik do nas prowadził.
Tuziemców nie ruszalim, bo na co im o nas wiedzieć było.
źródło:Pixabay
A z Naszymi to tak sprawa stała: słaliśmy ich na statkach za ocean. Jeden sobie miejsce wyszukał w pobliżu osiedla gdzie Francuzi mieszkali - choć trochę "swojskiej" mowy chciał wokół. Swojskiej, nie swojskiej - każdy przecież od małego francuskiego uczony; to prawie jak w domu się czuł.
Mniej tęskno było.
Zaraz i inni przy nim się zbierać zaczęli - działki grodzić. I powstała w okolicy Nowa Polska prawie, choć wiedzieli o niej tylko ci co wiedzieć mieli. A my?
A ja?
Dość powiedzieć, że i na mnie czas przyszedł na statek wsiadać gdy stryjcio już stareńki jechać kazali. "Lat ze mną tutaj przemieszkałeś za wiele; trzeba ci teraz żonę znaleźć, o dzieciach pomyśleć" - mówił. Starowiny zostawiać nie chciałem, ale uparł się, że to jedno już tylko co musi - nadzieję mieć, że lepszy los odnajdę.
Ale nie ułożyło mi się w nowej krainie.
Za długo sam byłem i z sąsiadami już nijak dogadać się nie szło. Nawet nasi patrzyli na mnie dziwnie i jakoś tak... Tęskno mi też było do chatynki bez ludzi wokół. Ziemi żem kupił, dom postawił na bagnach...
źródło:Pixabay
I znowu miejscowi szeptać zaczęli, że strachy za nimi na wiatrach przyleciały i tylko czekają by ubić nieostrożnych. Boli trochę, bo i dzieci, tych cośmy ich ze stryjkiem w podróż słali, przyswoiły historię nieprawdziwą. Wzmaga ból to, że z rzadka tylko szepczą; wtedy jedynie gdy rum czy piwo wypite, języki rozwiązują.
Com ich ratował, rodacy się boją. Właśnie mnie.