Uczymy nasze dzieci, że po posiłku należy odpocząć, że jak jest 21/22 to czas do łóżka! Nie ma zabawy, nie ma kolejnego odcinka psiego patrolu na netflixie, do łóżka i koniec! Uczymy, że nie można jeść słodyczy przed obiadem, że piąty mus owocowy czy czwarta czekoladka tego dnia to już trochę za dużo, nie zdrowo. Nawet jak dziecko kopie, płacze, marudzi jesteśmy konsekwentni. Nie i koniec.
Wiemy,gdzie są zdrowe granice i że po tych zachłannych zachciankach będzie cierpiał. Jak nie odpocznie chociaż tych 10 min po posiłku, w żołądku mu się przecież poprzewraca i może mieć nie strawności, jak nie odpuści tej zabawy przed snem to nici ze zdrowego układu nerwowego i jakichkolwiek rozsądnych decyzji i działania w jego zachowaniu następnego dnia. Jak zje te cztery czekoladki tego dnia to zęby zepsute, brak chęci na kolacje i organizm nie będzie odżywiony wartościowymi składnikami. Nie chcemy tego dla naszym dzieci... Co się dzieje z tymi wszystkimi lekcjami w naszym życiu?
Kończymy chodząc po lekarzach, zrzucając winę na geny, wypadki losowe, obowiązki, dziwiąc się, ale skąd ten zespół jelita drażliwego u mnie? Szprycują nas jakimś g*wnem to wszystko ich wina. Skąd ta mgła mózgowa i totalny brak chęci do życia codziennie rano, a bez czwartej kawy tego dnia to nie przeżyje? Czy jak dorastamy nasze ciało nagle zmienia się w super roboty, które działają na kompletnie innych mechanizmach niż dzieci? Czy dzieci to jakiś inny rodzaj z gatunku homo sapiens? Teoretycznie zwykle to one mają większe zdolności regeneracyjne i adaptacyjne do środowiska.
Dla nich potrafimy być konsekwentni w wyborach i kontrolowaniu co, gdzie i jak mają robić. Widzimy z zewnątrz co jest okey, a co nie i jakie to może mieć konsekwencje.
Co jakby zacząć być takim rodzicem dla samego siebie? Stanąć czasami tak obok siebie i popatrzeć jak na takie dziecko, jak na istotę z zewnątrz. Prześledzić swój cały dzień/ tydzień/ miesiąc i zastanowić się. Jak wygląda mój dzień, co uważam, że jest w nim nie w porządku. Czy jakby moje dziecko żyło w ten sposób doradziłbym mu, żeby coś z tych czynności zaczął robić inaczej, poradziłbym mu żeby z czegoś zrezygnował lub po prostu przytulił i powiedział "jest dobrze, kocham Cię". Jedna i druga opcja jest okey. Nie zachęcam do nadmiernego szukania problemów czy podbijania naszej ludzkiej potrzeby ciągłych zmiany/poprawy/naprawiania, rzeczy nie idealnych, bo przecież "zawsze coś", ale do przejrzenia swojego ostatniego dnia i przemyślenia/zapisania krok po kroku jak on wyglądał. Ile jadłem, kiedy jadłem, co zacząłem robić zaraz po przebudzeniu, czy chociaż na 10-15 min w ciągu dnia usiadłem i zamknąłem oczy, żeby odetchnąć i pomyśleć co dalej, czy wziąłem chociaż jeden głębszy wdech i rozluźniłem spięte ciało z niewygodnych emocji, czy zrobiłem coś co szczerze przyniosło mi uczucie zadowolenia i przyjemności jak smaczny posiłek, szczery uśmiech do drugiej osoby, dobry żart który mnie rozśmieszył, patrzenie w słońce czy na drzewa i zielony kolor liści (na przykład).
Lub po prostu położyłem się i "leżakowałem".
Skoro uczymy dzieci "jak żyć dobrze", a potem sami się do tego nie stosujemy, to jaki to ma sens? Może po prostu dajmy je od razu do pracy.
Miłego dnia :)
Możecie pisać w komentarzach czy udało Wam się kiedyś spojrzeć na siebie z perspektywy dorosłego patrzącego na dziecko, które wymaga zaopiekowania. Bo przecież nadal wszyscy jesteśmy tymi małymi dziećmi w środku potrzebującymi miłości i spokoju :)