Akurat Naruto znam mangę w całości i też widzę trochę rozjazdów, ale wątki z mangi zostały przyzwoicie oddane w anime, natomiast filery... Oj palić na stosie, ale to pół sezonu pierwszego jest do śmietnika, pół drugiego sezonu też leci out. O Boruto to nawet szkoda wspominać, bo już chyba 150 odcinków, a jedyne co było z mangi to remake kinówki Boruto. O wątkach z mangi Boruto to można zapomnieć jeszcze na przynajmniej pół roku anime jak nie dłużej. Inna sprawa, że z racji wieku już nie jestem targetem twórców Boruto. Jestem chyba za stara i zbyt poważna, by takie wątki rodzinne mnie grzały.
SnO (lub Twin Star Exorcist w angielskiej nazwie) na początku też było okej, ale potem wszystko na opak zrobione. Natomiast rozumiem, że twórcom anime nie chciało się czekać na wydawanie mangi (która wychodzi do teraz w cyklu miesięcznym) i woleli sami wymyślić zakończenie fabuły.
Soul Eatera mam całego i to chyba był największy błąd w moim życiu, by kupić wszystkie 25 tomów. Serię mangi oceniam dość słabo, ale anime i stopień cenzury czy odlotu od podstawowej fabuły to dla mnie było za dużo. Mifune zostający nauczycielem w Zawodówce Śmierci? Serio? Maka wykonuje cios odwagi i pokonuje Asurę? Bez jaj. Crona to też inna postać niż przedstawiona w anime. Takich rozjazdów to można mnożyć, bo jest ich mnóstwo.
RE: Sześć najmniej lubianych przeze mnie anime