Not every pain leaves bruises
This week was hard. Not because of too many tasks, not because of chaos, and definitely not because of the children—the children are always my strength. It was hard because of what can’t be seen with the naked eye. Because of the suffocating tension that doesn’t go away after work. Because of the emotional weight that leaves a mark on the body.
My body hurts. My muscles are tense, as if constantly bracing for impact. My heart races at the thought of walking into that same room again. I feel nauseous. Not metaphorically—really, physically. It’s as if my body is screaming what I can’t say out loud.
This isn’t just stress. This is mobbing. A word that may sound too harsh to some—but not to me.
Because what else can you call it, when a grown woman deliberately poisons the atmosphere day after day, spreading whispers, creating division, and undermining me? When I can't leave, can't fix it, can't speak up—only endure? And even though I fight it, my body tells the truth.
I’ve never felt such aversion to another person before. I've worked in many places, with many people—there were hard moments, sure—but I always tried to find common ground. Here? I feel like I’m sitting next to poison, day after day, and it's seeping into me. I resist, but it’s exhausting.
I’ve started to feel pain that no massage or bath can fix. Pain that doesn’t go away on the weekend. Emotional pain with physical consequences. Sometimes I catch myself thinking about it even when I’m with my family—when I should be resting. But I can’t fully breathe out.
And all I want is to work in peace. To give children safety, care, and love. And I know I do. But the cost I’m paying for it has become too high.
On one hand, I feel helpless—because I can’t just walk away. On the other, I know this will end. It's only a phase. Just a few more weeks, and September will bring relief. What keeps me afloat are the children—their laughter, their little arms wrapped around my neck. Their honesty. Their presence.
For them, I won’t let this break me.
For myself, too.
Every day, I remind myself that I don’t have to carry someone else’s bitterness, frustrations, or insecurities. That gossip, slander, and the constant attempts to diminish my worth say more about her than they ever will about me. But that doesn’t mean it doesn’t hurt. That it doesn’t affect me.
So today, I’m giving voice to the part of me that stays silent most days. Because sometimes, it’s okay to say: this is hard. But it doesn’t mean I’m weak. I’m strong—because in spite of everything, I show up, I give my all, I protect the children, and I try to protect myself as best as I can.
Not every pain leaves bruises. But every pain deserves to be acknowledged.
And if you’re also in a place that makes you feel small, overwhelmed, or silenced—you are not the problem.
You don’t have to adapt to toxicity.
You’re allowed to feel.
You’re allowed to speak.
You’re allowed to protect yourself.
Just a little longer. A few more steps. A few more deep breaths.
It will get better. I promise.
Nie każdy ból zostawia siniaki
To był ciężki tydzień. Nie przez nadmiar obowiązków, nie przez chaos, nie przez dzieci – dzieci zawsze są moją siłą. To był ciężki tydzień przez to, co niewidoczne dla oka. Przez duszące napięcie, które nie mija po pracy. Przez emocjonalny ciężar, który odciska się na ciele.
Moje ciało boli. Mięśnie spięte jakby czekały na cios. Serce bije szybciej, gdy wiem, że mam znów wejść do tej samej sali. Czuję mdłości. Nie symboliczne – prawdziwe, fizyczne. Jakby mój organizm próbował wykrzyczeć to, czego nie da się powiedzieć głośno.
To nie stres. To systematyczne podkopywanie gruntu pod nogami. To codzienne bycie świadkiem małych gestów, szeptów za plecami, insynuacji. To patrzenie, jak ktoś z pełną premedytacją zatruwa atmosferę, rozpyla wokół siebie niepewność i złość. A ja – muszę tam być. Udawać, że nie słyszę. Że nie widzę. Że to mnie nie dotyka. Ale dotyka. Bardzo.
Nigdy wcześniej nie miałam w sobie takiej niechęci do drugiego człowieka. Pracując w różnych miejscach, z różnymi ludźmi – bywało trudno, ale zawsze szukałam punktu wspólnego. A tu? Czuję się jakbym codziennie siadała obok trucizny, która powoli wnika we mnie. I choć się bronię, ciało nie kłamie.
Zaczęłam odczuwać ból, który nie przechodzi po masażu czy kąpieli. Ból, który nie znika po weekendzie. To ból emocjonalny, który ma swoje fizyczne konsekwencje. Czasem łapię się na tym, że moje myśli krążą wokół tego nawet wtedy, gdy jestem z rodziną. Gdy powinnam odpoczywać. Nie potrafię w pełni odetchnąć.
A przecież chcę tylko pracować w spokoju. Dawać dzieciom bezpieczeństwo, czułość, uwagę. I wiem, że daję. Ale koszt, który za to płacę, jest ostatnio zbyt wysoki.
Z jednej strony czuję się bezradna – bo nie mogę tej sytuacji po prostu przerwać. Z drugiej – wiem, że to się skończy. Że to tylko etap. Że jeszcze trochę, jeszcze parę tygodni i wrzesień przyniesie ulgę. To, co trzyma mnie przy życiu, to dzieci. Ich śmiech, ich rączki oplatające moją szyję. Ich szczerość, ich obecność.
Dla nich nie dam się złamać.
Dla siebie też.
Codziennie na nowo przypominam sobie, że nie muszę brać na siebie cudzych złości, frustracji i kompleksów. Że obgadywanie, oczernianie i próby umniejszania mojej wartości – mówią więcej o tej osobie, niż o mnie. Ale to nie znaczy, że nie boli. To nie znaczy, że mnie nie dotyka.
Dlatego dziś piszę to, żeby dać głos tej części mnie, która na co dzień milczy. Bo czasem warto powiedzieć głośno: jest mi ciężko. Ale nie jestem słaba. Jestem silna, bo mimo tego wszystkiego – wstaję, działam, chronię dzieci i siebie na tyle, ile mogę.
Nie każdy ból zostawia siniaki. Ale każdy zasługuje na zauważenie.
I pamiętaj – jeśli też jesteś w miejscu, w którym czujesz się przytłoczony, niezauważony, zastraszany… to nie Ty jesteś problemem.
To nie Ty musisz się dostosować do toksyczności.
Masz prawo czuć. Masz prawo mówić. Masz prawo się bronić.
Jeszcze tylko trochę. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze kilka oddechów.
Potem będzie lżej. Obiecuję.