Not everyone is that lucky...– on violence, strength, and breaking the silence
Sometimes I sit down in the evening and can't shake the thoughts that have followed me for years. Faces of people I knew as a child. Stories I only half-understood back then. And questions—questions that still don’t let me sleep.
In elementary school, I had a friend—a sweet, quiet girl who tried to fit in, to be noticed. Even then, you could feel she was hiding something. One summer, she told me her father had beaten her legs with a metal rod. It was a miracle he didn’t break them. I was maybe 12 or 13. I didn’t know what to do. All I could offer was my presence. I didn’t tell anyone. No one had prepared me for situations like that. And the adults? They didn’t notice—or didn’t want to.
As I grew older, I met more people with difficult stories. As a teenager, I met my half-sisters and learned how traumatic their childhood was—along with my half-brother’s. Their father took his own life. Their mother disappeared—left three kids alone without food or care. Luckily, a neighbor stepped in and called their grandmother, who took them in. Their grandfather drank. Their grandmother got sick. The oldest sister took care of her as she was dying of cancer. The younger one was sent to live with a family in Warsaw, where things weren’t good. Eventually, their father’s brother and his wife took her in.
My sisters managed to find their footing. They started families. They became strong, loving women. But my brother? He didn’t have that kind of luck. He fell in with the wrong crowd, turned to drugs. Ended up in prison. Recently, he died under mysterious circumstances. He was only 37.
Years later, I met that childhood friend again—on the maternity ward, during the birth of my fourth child. She was also giving birth to her fourth. Her partner was already out partying, “celebrating” the birth before the baby had even arrived. He left their three children home alone. She was calling her sister from the delivery room, trying to arrange childcare so she could give birth in peace.
She looked at me and said something I’ll never forget:
“Not everyone is as lucky as you.”
And she was right. I was lucky. I grew up in a loving home—with my mom, my stepdad, my younger brother, and my grandparents. It wasn’t perfect, but I felt safe and loved. And yet—even in a loving home, there were things I now find unacceptable. Children at parties where alcohol flowed. Relatives in states children shouldn’t witness.
My children don’t know that world. They’ve never seen me drunk. They don’t have to watch what I once saw. I broke the cycle. So did my husband—his childhood wasn’t easy either, but he became the kind of father who loves, supports, and shows up. We’ve built a home full of respect and warmth.
But the world outside our home? Still so full of pain. Children are still being hit, shamed, and emotionally abandoned. Still, people turn away. Still, silence prevails. Still, children die—despite laws, reforms, and campaigns.
We have to educate. We have to speak up.
We have to teach both children and adults. Teach them how to react. How to speak out. How to spot the difference between normal behavior and abuse. In Poland, the “Kamilka Act” was passed after the tragic death of a child—a death that could have been prevented. But laws alone won’t change the world. People will.
A child can’t protect themselves. Many of them—eyes full of sadness—learn to pretend everything’s fine. Because pretending feels safer. Because pretending is survival.
I believe each of us can be the kind of adult a child once needed.
Not everyone is lucky enough to be born into a good home.
But each of us can choose who we become to someone else.
Let that choice be conscious. Let it be brave.
Nie każdy ma tyle szczęścia…– o przemocy, sile i przerwanym łańcuchu milczenia
Czasem wieczorem siadam i myślę o ludziach, których spotkałam na swojej drodze. O ich historiach. O losach, które naznaczyły ich na całe życie. I o tym, jak wiele zależy od tego, w jakim domu się urodzimy.
W podstawówce miałam koleżankę – sympatyczną, cichą dziewczynę, która próbowała zaistnieć w towarzystwie. Już wtedy czuło się, że coś ukrywa. Pewnego lata powiedziała mi, że ojciec uderzył ją metalowym prętem po nogach. Cudem ich nie połamał. Miałam może 12 albo 13 lat. Nie wiedziałam, co robić. Dałam jej tylko to, co mogłam – swoją obecność. Nikomu nie powiedziałam. Nikt nas nie przygotował na takie sytuacje. Dorośli nie zauważyli, albo nie chcieli zauważyć.
Z wiekiem poznałam kolejne osoby z trudnymi historiami. Jako nastolatka poznałam swoje przyrodnie siostry i dowiedziałam się, jak dramatyczne dzieciństwo miały one i mój brat. Ich ojciec popełnił samobójstwo, a matka zniknęła – zostawiła trójkę dzieci bez opieki i jedzenia. Na szczęście sąsiadka zareagowała i powiadomiła babcię, która przygarnęła wnuki. Dziadek pił. Babcia zachorowała. Starsza z sióstr opiekowała się nią, gdy umierała na raka. Młodsza została oddana do rodziny w Warszawie, gdzie nie miała lekko. Dopiero brat ojca i jego żona zapewnili jej bezpieczny dom.
Obie siostry wyszły na prostą. Mają dziś rodziny. Są silne. Ale brat – nie miał tyle szczęścia. Wpadł w złe towarzystwo, używki. Trafił do więzienia. Niedawno zmarł. Miał 37 lat. Okoliczności jego śmierci wciąż są niewyjaśnione.
Kilka lat temu, na porodówce – gdy rodziłam swoje czwarte dziecko – spotkałam moją dawną koleżankę z podstawówki. Również rodziła czwarte. Jeszcze zanim zaczęła rodzić, jej partner już "świętował" narodziny – zostawił trójkę dzieci w domu i poszedł pić. Ona z sali porodowej dzwoniła do siostry, by przyjechała do dzieci i mogła spokojnie urodzić. Spojrzała na mnie i powiedziała tylko jedno zdanie, które zostanie ze mną na zawsze:
„Nie każdy ma tyle szczęścia co ty.”
Zamilkłam. Bo miała rację. Ja miałam szczęście. Wychowywałam się w kochającym domu – z mamą, przybranym tatą, młodszym bratem i dziadkami. Może nie wszystko było idealne, ale czułam się bezpieczna i kochana. A mimo to – nawet w takim domu bywały rzeczy, które dziś uważam za nie do pomyślenia. Dzieci obecne na imprezach z alkoholem, bliscy w stanie, którego dziecko nie powinno widzieć.
Dziś moje dzieci tego nie znają. Nie widziały mnie nigdy pijanej. Nie muszą patrzeć na to, co ja kiedyś widziałam. Przerwałam ten krąg. Tak samo jak mój mąż – mimo że jego dzieciństwo też nie było łatwe, jest ojcem, który kocha, dba, wspiera. Zbudowaliśmy razem dom, w którym panuje szacunek i miłość.
Ale wokół nadal jest tyle bólu. Nadal dzieci są bite, krzywdzone, upokarzane. Nadal są emocjonalnie porzucane. Nadal ktoś odwraca wzrok. Nadal ktoś milczy. Nadal dzieci giną – mimo ustaw, przepisów, kampanii.
Musimy uczyć – dzieci i dorosłych.
Uczyć reagować. Uczyć mówić. Uczyć odróżniać normę od przemocy. W Polsce powstała tzw. Ustawa Kamilkowa – po tragicznej śmierci dziecka, której można było zapobiec. Ale ustawy nie wystarczą, jeśli nie zmieni się świadomość. Jeśli nie zmieni się reakcja.
Dziecko nie obroni się samo. A wiele z nich – choć mają oczy pełne smutku – nauczyło się udawać, że wszystko jest w porządku. Bo tak jest bezpieczniej. Bo tak trzeba.
Wierzę, że każdy z nas może być tym dorosłym, jakiego dziecko potrzebuje.
Nie każdy ma tyle szczęścia, by urodzić się w dobrym domu.
Ale każdy z nas ma wybór, kim chce być dla drugiego człowieka.
Niech ten wybór będzie świadomy. I odważny.