Tak właśnie przez długi czas myślałam. Że nudny, że bez sensu i w ogóle... Co to za język beznadziejny? Nie nadaje się do niczego poza piosenkami, których tak naprawdę słucha się dla melodii i aranżacji a nie dla tekstów; bo tych i tak nikt normalny nie zrozumie.
Skąd u mnie taka fobia?
Język, gdy mu się przyjrzeć na spokojnie, jest naprawdę świetny. Sporo mądrych rzeczy w nim napisano. Jeszcze więcej mniej mądrych, za to poczytnych, stąd chętnie tłumaczonych na pozostałe języki świata.
W kwestiach społecznych wypomina się Anglikom imperializm, Amerykanom mieszanie się w wewnętrzne sprawy Ameryki południowej. Piętnowane są: ekspansywność imperium brytyjskiego i ewidentne ludobójstwo popełnione na rdzennej ludności Ameryki Północnej. Mają zatem rodowici anglojęzyczni sporo za uszami.
Jakby jednak nie patrzył angielski obecny jest wszędzie i w świecie współczesnym bez angielskiego jak bez ręki.
Czemu zatem tyle czasu zajęła mi zmiana podejścia do języka, który sam w sobie jest i melodyjny i tylko z pozoru mało skomplikowany? Ano... uczyli mnie. W pierwszej klasie - angielski. Fajna nauczycielka bawiła się z nami trzy lata przy okazji przerabiając sporo niuansów gramatycznych. Potem poszła na emeryturę, przyszła nowa.... I zaczęliśmy zajęcia od "dzień dobry", "nazywam się", "mieszkam tu i tu". Nie chciało mi się uczyć tego "co już wiem". I tak mi zostało mimo, że po jakimś czasie zaczęły się pojawiać nowe tematy. No to byłam najgorsza a jak kto najgorszy to tym bardziej mu się nie chce słówek wkuwać. Szczęśliwie kobieta po roku poszła na macierzyński i przyszła kolejna - na zastępstwo. I zaczęliśmy zajęcia od "dzień dobry", "nazywam się", "mieszkam tu i tu". Reszta jak wyżej. :)
Potem była szkoła średnia, zapisywali na lekcję języków... To się zapisałam na francuski, bo tego angielskiego to już miałam powyżej uszu. Tylko.. żeby się zapisać potrzebna była zgoda rodziny. A że w pokoleniu rodziców był epizod z mocno tępiącą uczniów francuzicą to oczywiście tej zgody nie dostałam. Ja, że "nie chcę nie angielski", że "w życiu" a rodzina rejtanem i "non possumus". I kto wygrał?
No to zaczęłam naukę od "dzień dobry", "się nazywam", "mieszkam..."
Trudno to było odkręcić, ale mamy internet i jakoś tak - przez osmozę; powoli i bez pośpiechu się przekonałam po latach. Ale nadal się uczę bo swoje braki widzę gołym okiem. Tylko szkoda trochę, że nie było w szkole nikogo kto by dzieciaka jakoś ustawił do pionu zamiast w nieskończoność powtarzać present i past simple.
źródło:Unsplash