Ah, cóż za cudny dzień. Pogoda dopisała, więc wybierając się po dzieci uzbroiłam się w kredę do malowania chodnika, przekąski i wodę i zaplanowałam dłuższy pobyt. Doskonale się złożyło, bo tego dnia najlepsi kumple Bombla też byli długo na dworze. No żeby nie skłamać - byliśmy co najmniej 2,5 godziny. Wypoczęłam znakomicie, ja to jestem jednak naprawdę istota zewnętrzna i słoneczna.
Ah, what a wonderful day. The weather was perfect, so when I went to pick up the kids, I armed myself with sidewalk chalk, snacks, and water and planned a longer stay. It was perfect, because Bombl's best friends were also out for a long time that day. Well, to be honest, we were there for at least 2.5 hours. I had a wonderful rest, as I'm truly an outdoorsy, sunny person.
Mankamentem tej sytuacji jest to, że dzieci wróciły jakoś zmęczone i wcale nie głodne. Nie tknęły kolacji (no ale przyznajmy, że na dworze wciągnęli po 3 racuchy zakupione w garmażerce przez Tatę Wiktorka). Padli spać, a w nocy Loczka dopadł katar. Nie ma opcji, żeby wczoraj któreś dziecko zmarzło czy się przewiało, bo pogoda była cudeńko. Tak więc pewnie witamy kolejny żłobkowy wirus, i mam dość, dość, dość, jak sobie myślę, że zaś jakieś paskudne choroby.
The downside to this situation is that the children returned somewhat exhausted and not at all hungry. They didn't touch dinner (though let's admit, they did eat three pancakes each, bought at the delicatessen by Wiktor's dad). They fell asleep, and during the night, Loczek caught a cold. There's no way any of the children were cold or caught a cold yesterday, because the weather was gorgeous. So, we're probably welcoming another nursery virus, and I'm done, done, done, I think, with some nasty illnesses.