Pewnie większość z odbiorców moich skromnych zasięgów słyszała już o „rozpadzie Konfederacji”, ale zapewne nie każdy zna szczegóły oraz szerszy kontekst tych wydarzeń. Ja śledzę to, co się dzieje wokół Konfederacji dość uważnie (wiem, wiem, polityka to kiepskie hobby, ale na szczęście nie jedyne jakie mam), więc podzielę się swoimi obserwacjami i przemyśleniami w tej kwestii.
Czym jest Konfederacja
Zacznijmy od początku. Konfederacja jest partią „techniczną” utworzoną przez liderów kilku środowisk, z których część posiadała w tamtym czasie swoje partie (jak partia KORWiN lub Ruch Narodowy), a część jeszcze nie (jak Grzegorz Braun, który miał zaplecze polityczne jedynie w postaci ruchu społecznego „Pobudka” ze swoją fundacją). Zamiast stworzyć koalicję, strony zdecydowały o utworzeniu nowej partii, przy pozostawieniu swoich partii w niezmienionej formie. Do nowej partii mieli należeć jedynie liderzy czy najistotniejsi przedstawiciele partii wchodzących w skład Konfederacji. To było praktyczne i skuteczne rozwiązanie problemu, jakim jest 8% próg wyborczy dla ugrupowań koalicyjnych. W 2015 roku środowiska polskiej lewicy właśnie się o ten próg rozbiły i osoby działające w polityce wyciągnęły z tego wnioski. Chociaż zdarzają się wyjątki:
Pierwotnie Konfederację utworzyły w 2019 partie: KORWiN, Ruch Narodowy, a także Grzegorz Braun (z Pobudką), Kaja Godek (ze swoim środowiskiem i fundacją), raper Liroy (ze swoim stowarzyszeniem „Skuteczni”) oraz Marek Jakubiak. Konfederacja w takim składzie wzięła udział w wyborach do Europarlamentu, ale bez sukcesu (4,55%). Wkrótce po nieudanych wyborach, ugrupowanie opuścili Liroy i Jakubiak, a zaraz po nich Kaja Godek. Projekt ograniczony do KORWiNy, RN i Brauna zdołał jednak zwiększyć poziom swojego poparcia i wszedł do Sejmu z wynikiem 6,81%, wprowadzając 11 posłów. Jakubiak i Liroy startowali z innych komitetów, które uzyskały odpowiednio 0,78% i 0,1%.
Dlaczego powstała Konfederacja
Powstanie Konfederacji było wyrazem zjednoczenia tzw. „antysystemu” – pojęcia szczególnie popularnego w połowie lat dziesiątych XXI wieku. Antysystem tworzyli ludzie kwestionujący obecny układ polityczny w Polsce, w skrócie mówiąc tzw. POPiS i lewicę, a także zakłamany przekaz mediów głównego nurtu. Jako antysystemowe postrzegane były przede wszystkim środowiska skupione wokół Janusza Korwin-Mikkego (wówczas ze swoją partią Kongres Nowej Prawicy) oraz Ruch Narodowy. Pomimo pewnej bliskości i podobnej sytuacji, istniały jednak poważne różnice i niesnaski pomiędzy tymi środowiskami. Można powiedzieć, że w obu tych środowiskach istniały frakcje będące zwolennikami i przeciwnikami takiego porozumienia. W którymś momencie, nie pamiętam czy jeszcze KNP czy już KORWiN publikował treści wskazujące na chęć zbliżenia się do środowiska nowo utworzonej partii .Nowoczesna, natomiast w Ruchu Narodowym działało sporo socjalistów i „trzeciodrogowców” (czyli jak dla mnie też socjalistów). Jednak w 2016 roku opublikowany został program Ruchu Narodowego, który w zakresie gospodarczym był nieco bardziej wolnorynkowy od oferty partii głównego nurtu, takich jak PiS, PO czy PSL. Kongres partii w 2018 roku był moim zdaniem wyrazem zwycięstwa frakcji liberalnej RN (co ma swoje uzasadnienie w przedwojennej historii tego ruchu – Rybarski, Heydel).
W podobnym czasie następuje również przesunięcie ku frakcji konserwatywnej w partii KORWiN, co miało wyraz m.in. w sprzeciwie wobec masowej migracji do Polski, a szczególnie istotnym momentem (dla uważnych obserwatorów) jest przemówienie Sławomira Mentzena – który przyznał, że istnieją przypadki, w których ingerencja państwa w gospodarkę jest konieczna, np. z powodu koniezności zachowania zdolności produkcji własnej żywności i uzbrojenia na wypadek wojny, nawet jeśli import byłby bardziej opłacalny. Utworzenie Konfederacji bezpośrednio poprzedziła debata RN – Wolność na tematy gospodarcze, w której lepiej poradzili sobie ówcześni wolnościowcy w osobach Menztena i Berkowicza (z drugiej strony byli Bosak i Wawer). Wkrótce potem została zawiązana Konfederacja, której strona programowa była właśnie pewnego rodzaju kompromisem i wzajemnym uzupełnieniem obu partii. Mówiąc półżartem: „kuce się znarowiły, a narole kucnęły”. Powstała synteza stanowiąca nową jakość, gdyż pojawiła się spora grupa sympatyków właśnie kompromisowego, narodowo-liberalnego programu Konfederacji, a nie jednej z partii składowych.
Koncesjonowany antysystem i niepewne nabytki
W wyborach do europarlamentu w 2014 Kongres Nowej Prawicy pod przywództwem Janusza Korwin-Mikkego zdobył historyczny wynik 7,15% i wprowadził czterech europosłów do Brukseli. W partii zapanował entuzjazm, na fali którego nastąpiło coś, co niektórzy złośliwie określili jako „rewolucja leśnych dziadków”. Starym działaczom KNP udało się usunąć z pozycji przewodniczącego partii JKM-a. Nowym prezesem został Michał Marusik, a jego zastępcą i następcą Stanisław Żółtek. JKM natychmiast postanowił opuścić KNP i założył nową partię, do której przeszła większość, zwłaszcza młodszych działaczy. Ten rozłam ma znaczenie po dziś dzień. Za Korwinem poszli między innymi Konrad Berkowicz oraz mniej znani jeszcze wtedy Dobromir Sośnierz oraz Sławomir Mentzen. W KNP pozostali Jacek Wilk, Artur Dziambor. Rozłam wśród wolnościowców miał z pewnością wpływ na porażkę w wyborach parlamentarnych w 2015 roku (chociaż niewiele zabrakło, bo tylko 0,24% do progu wyborczego). Główną przyczyną braku sukcesu był jednak start w wyborach Pawła Kukiza, który zyskał głosy mniej ortodoksyjnego elektoratu „antystemowego” oraz wyborców z jego pogranicza – głównie rozczarowanych PO. Kukiz'15 zdobył 8,81% głosów i zepchnął partię KORWiN pod próg wyborczy. Byłem jedną z osób ostrzegających przed ruchem Kukiza, jego bezideowością, a nawet niebezpieczeństwem jego poglądów ("jow jow jow" i nic więcej), które nawet jeśli zostaną zrealizowane, to ich efekt będzie przeciwny do zamierzeń (wiemy jaki jest efekt działania jednomandatowych okręgów wyborczych na świecie - zabetonowanie duopolu dwóch "systemowych", partyjnych molochów). Pamiętam, że ludzie patrzyli na mnie jak na kosmitę. Po kilku latach ci sami ludzie lżyli Kukiza od najgorszych. Z list Kukiza weszło m.in. dwóch narodowców: Winnicki i Andruszkiewicz. O ile Andruszkiewicz okazał się przekupnym karierowiczem, to Winnicki z Bosakiem (który był poza parlamentem) umiejętnie wykorzystywali ruch Kukiza jako trampolinę dla rozwoju swojego ugrupowania, nie mając chyba większych złudzeń ani nadziei wobec tego politykującego muzyka. Dostali się też z K’15 m.in. Jacek Wilk, Jakub Kulesza, Stanisław Tyszka, Tomasz Jaskóła, Marek Jakubiak i Liroy. Ci dwaj ostatni okazali się potem niesolidnymi partnerami Konfederacji. Tyszka i Jaskóła zasłynęli z kolei z niewybrednej krytyki Konfederacji, natomiast Wilk i Kulesza do Konfederacji przystąpili, ale dopiero gdy projekt K’15 okazał się klapą i przestał rokować jako stabilny grunt polityczny (w mocno okrojonym składzie wszedł jeszcze do Sejmu z list PSL w 2019).
Podsumowując – Kukiz’15 to była dziwna mieszanina ludzi, którzy weszli do Sejmu jakimś zupełnym przypadkiem. Część z nich była ideowa i uczciwa (na chwilę obecną wygląda na to, że Wilk i Winnicki wybronili się z przeszłości w K’15), ale większość stanowili cwaniaczki i karierowicze. Tutaj słowo o Jakubie Kuleszy. Nie działał on w KNP, lecz w stowarzyszeniu KoLiber, które programowo było zbieżne z partiami konserwatywno-liberalnymi JKM-a. Kiedy zgodził się dołączyć do Konfederacji (wcześniej, ale już jako poseł, zapisał się do KORWiN-y), wziął ze sobą Marka Kułakowskiego, odpowiedzialnego za Centrum Analiz KoLibra. W 2021 miał miejsce rozłam w KoLibrze, co wynikało z niezgody części członków na poglądy prezentowane w analizach Centrum Analiz, które odchodziły od profilu ideowego, który miał przyświecać temu stowarzyszeniu. Przyczyna dla mnie jest jednoznaczna – te analizy musiały być kupowane. Przez kogo i po co – nie wiem, ale byłby to fascynujący temat dla dziennikarza śledczego, jeśli któremuś chciałoby się pochylić nad tym.
Przepychanki o schedę po „Krulu”
W styczniu 2020 roku odbyły się prawybory prezydenckie Konfederacji, które wygrał Krzysztof Bosak. W środowisku partii KORWiN doszło do sensacji, gdyż kiedy okazało się, że gdy z 4 kandydatów tej partii najwięcej głosów zebrał Artur Dziambor, postanowiono przerzucić głosy na Grzegorza Brauna. Analizując wypowiedzi obu stron na ten temat i zbierając jakieś punkty wspólne, sądzę, że uznano w kierownictwie partii KORWiN, że nie można dopuścić Dziambora do tak wysokiej pozycji, nawet kosztem oddania pozycji kandydata na prezydenta sojusznikom. W tym czasie miała bowiem miejsce rywalizacja o przejęcie partii z rąk Korwina, czyli powtórka z „nocy leśnych dziadków” i to inspirowana właśnie przez człowieka, będącego „spadochroniarzem” po KNP, czyli Dziambora. Miał on namawiać Mentzena do przyłączenia się do spisku przeciw Korwinowi, co ten odrzucił. Mentzen słusznie odrzucał tzw. „teorię 1%”, w myśl której „miałoby być tak wspaniale, gdyby nie ten Korwin, jak on gada o Hitlerze albo niepełnosprawnych to nam poparcie spada”. Żeby obalić tę fałszywą teorię wystarczy uruchomić myślenie analityczne zamiast emocji (które mogą się pojawić przy n-tej prośbie redaktora o egzegezę słów prezesa). Wszystkie sukcesy środowiska wolnościowego były osiągane pod przywództwem Korwina, a kiedy się go pozbywano, właśnie wtedy poparcie spadało do symbolicznego 1% jeśli nie gorzej. Sposób oddziaływania JKM-a to w ogóle osobny temat do rozważań. W skrócie powtórzę, że to on, swoimi kontrowersyjnymi wypowiedziami zbudował popularność ruchu i wprowadził go do Sejmu, ale w miarę wzrostu popularności warunki się zmieniają i mogą być potrzebne inne metody, a ponadto również Korwina starość nie omija i ostatnio bystrość jego umysłu niestety się zauważalnie zmniejszyła. Nie należy jednak odmawiać mu zasług. Ostatecznie następcą został Sławomir Mentzen, a dziedzictwo Korwina zostało zachowane.
Partia tysiąca nazw
W tym miejscu jak sądzę konieczne jest dla uporządkowania wyjaśnienie, jak przebiegały zmiany nazw partii Korwina.
1984 – Partia Liberałów „Prawica” (wraz z Kisielewskim)
1987 – Ruch Polityki Realnej (z Kisielewskim i Michalkiewiczem)
1989 – Unia Polityki Realnej (zmiana nazwy)
2009 – JKM występuje z UPR, zakłada Platformę JKM
2011 – Unia Polityki Realnej – Wolność i Praworządność
2011 – zmiana nazwy na Kongres Nowej Prawicy
2015 – JKM opuszcza KNP, zakłada partię: Koalicja Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja (KORWiN)
2016 – członkowie partii przegłosowują zmianę nazwy na „Wolność” (w skrócie „KORWiN”)
2019 – powrót do nazwy Koalicja Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja ze względu na niezaakceptowanie zmiany przez sąd (skrót nadal „KORWiN”)
2022 – zmiana nazwy na Nowa Nadzieja (po przejęciu władzy przez Sławomira Mentzena z błogosławieństwem JKM)
Korzenie ruchu sięgają aż do czasów Gomułki:
Partia Węży
Od prawyborów w 2020 tarcia w partii KORWiN narastały. Głównymi opozycjonistami byli Artur Dziambor i Jakub Kulesza, którzy nie byli rdzennie „korwinistyczni” (w przypadku Dziambora rozdźwięk sięga do „nocy leśnych dziadków”). Przyłącza się do nich z jakiegoś powodu Dobromir Sośnierz, który swoją karierę zawdzięcza gównie temu, że JKM odstąpił mu ostatni rok swojej kadencji w Europarlamencie (Sośnierz miał po nim drugi wynik na liście, a Korwin wrócił do kraju, żeby się przygotowywać do wyborów parlamentarnych). Mimo tytularnego bycia wiceprezesami partii, nie byli oni dopuszczani do istotnych ustaleń w ugrupowaniu. Zablokowanie musiało nastąpić po tym, gdy odkryli swoje karty w postaci próby wciągnięcia Mentzena do spisku przeciw Korwinowi. Przez dwa lata są oni pozbawieni większego pola manewru i jedynie skupiają się na budowaniu swojego wizerunku.
W 2022 roku pojawia się nowe okienko możliwości do przypuszczenia ataku na Korwina. Wybucha wojna na Ukrainie i prezes zaczyna publikować sporo na ten temat. Niektóre z tych rzeczy są mądre, inne mniej albo wcale, a w przypadku wielu, to tak naprawdę trudno powiedzieć. Na pewno jednak jest bardzo daleko od głównonurtowego „amoku” antyrosyjskości i jednostronnej proukraińskości, która zawierała nawet przyjmowanie najgłupszych wyrobów propagandy ukraińskiej w postaci „ducha Kijowa”, „babci strącającej drony słoikiem ogórków” itp. Trzej posłowie: Dziambor, Kulesza i Sośnierz w związku z tym dokonują otwartej krytyki prezesa i zakładają nową partię „Wolnościowcy”, pozostając jednocześnie w Konfederacji (ale występując z KORWiNy). Jedynie Sośnierz z tej trójki potrafił to solidnie uargumentować, podając jako nieakceptowalną wypowiedź Korwina tę o „prawie do stosowania wojny jako metody uprawiania polityki” czy jakoś tak, co według niego było sprzeczne z wartościami wolnościowego polityka. Pozostali powoływali się na wypowiedź Korwina o Wyspie Węży, w której jak się okazało miał akurat rację, czy inne, które trudno było uczciwie rozstrzygnąć. Dlatego zostali przezwani „Partią Węży”. To muszę podkreślić – to nie było tak, że „Korwin przegiął” i tak bardzo się trzej „Wolnościowcy” obruszyli, „sumienie im już nie pozwoliło dłużej”. Po prostu dostarczył im okazji, podłożył się do ataku, na co zwłaszcza Dziambor i Kulesza chyba od dawna czekali. Przez całe lata, zwłaszcza Dziambor, nie mieli problemu z wyjaśnianiem Korwina po telewizjach, ani jego jakąkolwiek wypowiedzią. Np. „zabić k…a tych ludzi”.
W mojej ocenie Dziambor i Kulesza są po prostu karierowiczami. Kiedy Korwin daje im okazję do zwiększania swoich zasobów politycznych to jest dobry i nie powiedzą o nim złego słowa. Kiedy jednak jest okazja, żeby go zniszczyć i po trupach iść dalej – nie wahają się. W tej kwestii to nawet pewien komunista dobrze rozpoznał rzeczywistość:
A Sośnierz? U niego zaważyła prawdopodobnie z jednej strony ideowość – faktycznie część decyzji i wypowiedzi Korwina musiała go męczyć, a z drugiej naiwność – dał się przekonać Dziamborowi, a jednocześnie pewna delikatność, romantyzm – ten ruch z poświęceniem figury na szachownicy podczas prawyborów nie mieścił mu się w głowie. Widać też wtedy było, jak gwałtownie zareagował podczas tych prawyborów.
Spór o jedynki
Swoje wyjście z partii KORWiN, rozłamowcy oparli na założeniu, że mają zagwarantowane „jedynki” na listach w wyborach w 2023 roku. Miało to wynikać z uchwały Konfederacji, gdzie to zostało ustalone już na samym początku po wejściu do Sejmu w 2019. Co charakterystyczne, Sławomir Mentzen nie uczestniczył (jako jeden z liderów Konfederacji) w głosowaniu nad tymi ustaleniami i nie popierał ich. Rozumiał bowiem, że niektórzy ludzie z jego partii mogą być problematyczni. Zapisy miały jednak formę „imię nazwisko (partia)”, dlatego po wystąpieniu „węży” z partii KORWiN oświadczył, że te jedynki im się nie należą, bo one były przypisane do konkretnej partii. Podobnie jak np. gdy zwalniamy się z pracy nie możemy się domagać samochodu służbowego, który był dla nas przewidziany, ani nie wynosimy ze sobą służbowego komputera (do którego logowaliśmy się swoim imieniem i nazwiskiem). Powstał spór i koalicjanci – Ruch Narodowy oraz Grzegorz Braun zaproponowali kompromisowe rozwiązanie – w postaci innych jedynek, nieco gorszych (np. dla Dziambora ze Szczecina zamiast z Gdyni), ale wciąż dających nadzieję na wejście do Sejmu przy w miarę dobrym wyniku, dla prawdopodobnie dwóch z trzech „Wolnościowców”. Te propozycje zostały odrzucone przez „węży”.
Pod koniec 2022 roku odszedł ze stanowiska prezesa partii KORWiN Janusz Korwin-Mikke (pozostał posłem i członkiem partii) i na swojego zastępcę nieformalnie namaścił Sławomira Mentzena, który został na tę funkcję wybrany głosami delegatów partyjnych. Mentzen przystąpił energicznie do rozwiązania „kwestii wężowej” w sposób tyleż radykalny co subtelny. Ogłosił prawybory na jedynki przewidziane w konfederacyjnej puli pierwotnie dla partii KORWiN (20 z 41 okręgów). Do prawyborów zaprosił wszystkich, którzy działali lub wywodzili się ze środowisk wolnościowych, w tym KNP i „Wolnościowców”. Oczywiście miał przewagę, bo dysponował największymi strukturami, co przekładało się na największą grupę ludzi do dyspozycji mogących przegłosować konkurentów. Nie musiało dochodzić do żadnych oszustw (co zarzucali mu przeciwnicy; chociaż doszło do nieprawidłowości w Legnicy, ale raczej bez winy Mentzena). „Wolnościowcy” byli raczej bez szans, bo praktycznie nie mają struktur. Prawdopodobnie mają 200 ludzi, podczas gdy KORWiN (a teraz Nowa Nadzieja) kilka tysięcy. Zwykli uczestnicy w takich prawyborach byli w mniejszości, a głosowali głównie członkowie partii. „Wolnościowcy” postanowili zatem zbojkotować prawybory licząc na cud. No prawie wszyscy, bo Tomasz Grabarczyk, były rzecznik partii KORWiN (potem "Wolnościowiec"), jednak się złamał, wystartował w Łodzi i co ciekawe, odniósł zwycięstwo (a później wystąpił z Wolnościowców).
Ciekawą sprawą jest natomiast przejście do Konfederacji i Nowej Nadziei Stanisława Tyszki, czyli ostatniego już chyba spadochroniarza po Kukizie (któremu ostatnio nawet partia się zdelegalizowała, bo nikt już nawet o formalności nie dbał). Ptaszki ćwierkają (a konkretnie Marcin Dobski), że przyjęcie Tyszki (i zapewnienie mu głosów w prawyborach), było opłatą za przychylność jego przyjaciela – Wasiukiewicza, który jest jednym z członków Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Ruch Narodowy próbuje odbić to stowarzyszenie z rąk Roberta Bąkiewicza, który został przekupiony dotacjami przez PiS i działa obecnie na rzecz PiS-u i szkodę Konfederacji. Nie pochwalam, ale rozumiem – Marsz Niepodległości jest niezwykle ważnym elementem dla sukcesu Konfederacji i musi zostać odzyskany, nawet pod pewnymi kosztami.
„Wolnościowcy” próbowali wywrzeć presję na koalicjantów z Ruchu Narodowego i Konfederacji Korony Polskiej (G. Braun) w ten sposób, że chodzili po mediach i dosłownie defekowali w swoje środowisko, porównując kolegów do Putina czy Stalina i atakując nawet Grzegorza Brauna. Tego ostatniego dokonał Artur Dziambor i poniżej załączam jeden jego z wywiadów, w którym jest o to pytany (od 20 minuty).
Przez cały wywiad patrzy Dziambor redaktorowi w oczy, natomiast podczas tego jednego pytania (o wniosek o ukaranie Grzegorza Brauna) ucieka wzrokiem, a co więcej, wielokrotnie dotyka palcem okolic nosa, co jest charakterystycznym znakiem mogącym świadczyć o kłamstwie.
Chodziło o rodzaj szantażu – albo dacie nam to, co nam się (jak uważamy) należy, albo będziemy pod Konfederacją kopać dołki. Ta presja zaczęła się nasilać w momencie, gdy „Wolnościowcy” zdali sobie sprawę, że żadne z ugrupowań sejmowych nie jest chętne, aby ich przygarnąć na potrzeby jesiennych wyborów. Narastała ich frustracja, a za nią szła agresja. Na szczęście liderzy Konfederacji nie ugięli się. Ostatecznie 10 lutego 2023 sąd partyjny usunął z Konfederacji Artura Dziambora za działanie na szkodę tejże, a 13 lutego wystąpili z niej pozostali „Wolnościowcy” – Sośnierz i Kulesza.
Perspektywy Konfederacji i Wolnościowców na wybory
Poparcie Konfederacji przebiega jak do tej pory według pewnej sinusoidy. Warto jednak zauważyć, że wartość poznawcza polskich sondaży jest niewielka. Wiele z nich jest po prostu ordynarnie kupowanych, a ponadto są obarczone poważnymi błędami. Publikowane w ostatnim kwartale sondaże dają Konfederacji od 4 do 12%, nieraz niemal dzień po dniu. Średnia sondażowa tuż przed wyborami w 2019 roku dawała jej 4%, a przecież zdobyła 6,81%. Więc trudno powiedzieć, jakie jest rzeczywiste poparcie, ale można ze średniej próbować odczytać trend – czy aktualnie jest wzrostowy czy spadkowy (jak na giełdzie). Początkowo, po wyborach ten trend był wzrostowy (ze szczytem 9%), ale mniej więcej od czerwca 2020 na pół roku stał się spadkowy (do 5,5%) – było to spowodowane pierwszą fazą społecznego odbioru pandemii, gdy Konfederacja zaczęła krytykować obrane metody walki z nią (nie zrobiła tego od razu, tylko właśnie z lekkim opóźnieniem). Od roku 2021 z dokładnie tego samego powodu Konfederacja zaczyna z powrotem rosnąć w sondażach – zmienia się bowiem społeczne nastawienie i większość ludzi odrzuca politykę lockdownów, dostrzegając „kto mówił mądrze od samego początku”. Wzrosty trwają do lutego 2022 (szczyt 8,8%), kiedy wybucha wojna na Ukrainie. Wobec powszechnego „amoku” w polskich mediach i społeczeństwie, poparcie Konfederacji zachowującej umiar w swoich ocenach sytuacji wyraźnie spada, po czym zatrzymuje się w stagnacji – około 6% średniej sondażowej. Około grudnia 2022 następuje wzrost w sondażach Konfederacji, który należy wiązać z przesileniem w nastawieniu polskiego społeczeństwa wobec Ukrainy (zaczynamy dostrzegać też własne interesy w tej układance, a nie tylko „kto jest ..ujem i mordercą”), a dodatkowo pojawia się wysoka inflacja i problemy gospodarcze, przed którymi Konfederacja ostrzegała. Czyli mamy znowu wzrosty z powodu „a nie mówiliśmy”, niestety zaburzone sporem z "Wolnościowcami". To ugrupowanie odpowiada prawdopodobnie za 0,7% z puli głosów Konfederacji (tak wynika z jednego z sondaży).
Smuta w Konfederacji będzie moim zdaniem trwać maksymalnie do marca, a może nawet zakończy się w lutym – na konwencji wyborczej 18 lutego. Posłowie Wolnościowcy aktualnie są w tournée zaproszeń do mediów, z których te największe są bardzo chętne użyczyć im mikrofonu, żeby popluli na Konfederację i poczuli się przez chwilę ważni, jednak ten temat szybko się przeje i o Wolnościowcach będzie cicho. Dostaną na pewno wsparcie medialne, jeśli wystartują w wyborach, bo dzięki temu media głównego nurtu (przychylne partiom „bandy czworga”) będą się mogły przyczynić do odebrania części głosów Konfederacji, jednak osobiście wątpię, żeby udało im się udało zebrać podpisy, zarejestrować jakiekolwiek listy i powtórzyć wynik nawet poprzedniego rozbijacza Konfy czyli Roberta Gwiazdowskiego i jego Polski Fair Play (0,54% do Europarlamentu). O tym dlaczego nie ma miejsca w Polsce dla „ugrupowania wolnorynkowego, ale neutralnego światopoglądowo”, pisałem już w jednym z poprzednich tekstów. Oczywiście może być tak, że „Wolnościowcom” będzie zbierać podpisy ktoś z innej partii, bo przecież już i Kukizowi i Jakubiakowi tę przysługę wyświadczali ludzie z PiS-u lub okolic, właśnie w celu rozbijania rzeczywistej opozycji.
Na koniec smutna refleksja. Od samego początku realnej kariery politycznej Dobromira Sośnierza (czyli objęcia urzędu europosła) kibicowałem mu z dużą sympatią. I nadal tę sympatię mam, razem z nadzieją, że może jeszcze się opamięta. Niestety, dał się wmanewrować w bycie pożytecznym idiotą wrogów wolności i nic nie wskazuje, by łatwo i szybko się miał ogarnąć. Może kiedyś – po latach.