Szkoła nie nauczyła mnie czytać i pisać – matka mnie nauczyła. Kiedy zacząłem chodzić do szkoły, a chodziłem do niej sam, bo po pierwszych kilku razach uznałem, że w moim wieku – 6 jeszcze wówczas lat – nie wypada być odprowadzanym przez rodziców, więc kiedy zacząłem do niej chodzić, na lekcjach się nudziłem. Nudziłem się, bo szkoła była, zarówno wówczas, jak i teraz pomyślana tak, by poziom równać w dół – do możliwie jak największej grupy uczniów. Kiedy większość dzieci mozolnie poznawała literki, ja czytałem całe książki (no, książeczki 😉 ) od deski do deski. Nudziłem się, kręciłem, szukałem sobie jakichś zajęć, czym wkurzałem Panią Nauczycielkę. Był mroczny 87. rok, więc sadystka mogła mnie bezkarnie lać po rękach. Szkoda, że nie pamiętam, jak się nazywała, bo byłbym gotów odwiedzić ją po latach i powiedzieć, co o niej myślę. W brutalnych słowach.
Tego zdarzenia nie pamiętam, znam z opowieści, ale podobno, kiedy zachorował jeden z uczniów, zaproponowałem wycieczkę klasową do szpitala. Nie wiem, co jej się tak bardzo nie spodobało, może to, że gówniak ma inicjatywę i własne pomysły, ale kazała moim rodzicom skonsultować mnie z psychologiem. Psycholog wyśmiał Panią Nauczycielkę i nie bardzo wiedział, o co jej mogło chodzić. Do tej szkoły chodziłem na szczęście tylko 2 lata. Potem, jak to naiwnie stwierdziła pewna pani w telewizji, „upadł komunizm”. Ja też to odczułem, bo przeprowadziliśmy się i zmieniłem szkołę. W nowej szkole nie trzeba było nosić tych obrzydliwych, granatowych mundurków oraz nie bili po łapach. Było zatem lepiej. I więcej przedmiotów się pojawiło, a z nimi więcej nauczycieli. Niestety większość z nich nie potrafiła niczego ciekawego przekazać. Mam wrażenie, że robili wszystko, by obrzydzić nauczane przedmioty. Były wyjątki, lecz bardzo nieliczne. Pamiętam, raz przyszła na zastępstwo z historii starsza nauczycielka i zaczęła opowiadać o starożytnych cywilizacjach tak, że jeśli zamknąć oczy, to można było sobie wszystko zwizualizować niczym film. To była jedyna ciekawa lekcja historii w mojej karierze szkolnej, chociaż tych historyków iluś tam się przez te lata przewinęło. A ja dużo później odkryłem, że jednak lubię historię. Działałem nawet przez parę lat w tzw. ruchu rycerskim, w jego wczesnym okresie. Sentyment został do dziś. Nie udało wam się bydlaki mnie odwieść od historii, chociaż ciężko na to pracowaliście!
Historycy nie byli tu żadnym wyjątkiem. Najgorsza była wychowawczyni, geograficzka – tępa jak but. Szybko odkryłem, że rówieśnicy dzielą się na dwie grupy: lizusów i łobuzów. Granica między nimi była płynna, jednak z całą pewnością tak to wyglądało. Nauczycielki (bo nauczycieli było jak na lekarstwo) oczywiście preferowały lizusów, dzieląc z nimi ten sam fałsz i konformizm. Mowa o chłopcach, bo dziewczynki były całkowicie wyobcowane, nie zadawały się z nami w ogóle, żyły w jakimś innym świecie. Idea koedukacji na moich oczach kompromitowała się w swoim bezsensie, choć wówczas oczywiście się nad tym nie zastanawiałem – nie wiedziałem, że może być inaczej. Dość szybko postawiłem na łobuzów i to z nimi się trzymałem. Nauczyciele oczywiście nas nie znosili i dawali to odczuć. Wśród łobuzów, czasem rzeczywiście się przeginało z wygłupami i wybrykami, ale funkcjonował jakiś etos – w cenie była odwaga, szczerość prosto w twarz, pojedynek na pięści, pragnienie przygody, pogarda dla szpiclów i tchórzy. Ze wszystkich łobuzów, chociaż wcale nie byłem najbardziej „niegrzeczny”, zaledwie gdzieś w środku tej zgrai, nauczyciele najbardziej nienawidzili mnie. Dlaczego? Gdyż byłem zbyt zdolny i nie pasowałem im do stereotypu. Gdyż uparcie nie chciałem się wpisać w ich dzielenie dzieciaków na „gorsze” i „lepsze” – z tych „nic nie będzie”, a z tymi „można pracować”. Pamiętam wyraz twarzy mojej polonistki, może w 6 czy 7 klasie podstawówki, kiedy musiała mnie prosić o udział w olimpiadzie ortograficznej. Mnie – beznadziejnego, wulgarnego łobuza, którego trochę się obawiała, a którym trochę pogardzała. Od niechcenia zgodziłem się – a nie miała nikogo wśród swoich prymusów, kto by się nadawał.
Od dawna wówczas miałem głęboko wyrąbane na oceny i zdanie nauczycieli. Przez kilka lat, w większość wtorków chodziłem na wagary. Tu najlepsze – chodziłem na wagary po to, by oglądać programy edukacyjne w telewizji. Wówczas najważniejszy był „Telekomputer”, ale i obok niego były różne programy z zakresu techniki i nauk ścisłych. Za wagary (lecz nie tylko) miałem zawsze oceny z wychowania: „nieodpowiednie”, a często nawet „naganne”. „Poprawne” to chyba ostatni raz może w 4 lub 5 klasie. Uciekałem od szkoły i dobrze na tym wyszedłem. Parafrazując Marka Twaina, starałem się nie pozwolić stanąć szkole na drodze mojej edukacji. Dużo czytałem – choć lektur akurat najmniej – książek: najpierw książki przygodowe i podróżnicze, potem fantastykę, ale i dużo różnych czasopism, choć najwięcej tych komputerowych i poświęconych grom. I grałem w gry. Ale najciekawsze były te wymagające myślenia. Grałem w strategie, przygodówki, cRPGi ze słownikiem w ręku – bo tłumaczenia gier w Polsce wczesnych (a nawet i późniejszych) lat 90. były rzadkością. Tak nauczyłem się angielskiego – bo nie w szkole. Jedynie kiedy przez pół roku uczyła nas native speakerka, słabo mówiąca po polsku i rzeczywiście zaangażowana w swoją pracę, coś udało mi się wówczas wynieść ze szkoły w tym zakresie. Ale to był wyjątek i w większości nauczyłem się angielskiego z gier.
Nauczyciele nienawidzili mnie za to również, jaki przyjąłem sobie sposób obcowania z ich pracą. Mianowicie, przez pierwszy semestr olewałem naukę szkolną całkowicie, miałem większość „niedostatecznych” na półrocze, a pod koniec drugiego siadałem i poprawiałem wszystko tak, żeby mieć akurat na promocję do następnej klasy. Szczególnie nie spodobało się to mojej nauczycielce matematyki pod koniec podstawówki. Postanowiłem bowiem, że tym razem, w drugim semestrze podciągnę sobie oceny wyżej niż zwykle (czyli ponad „mierną”, jak się wówczas nazywała „dopuszczająca”), może nawet do czwóreczek, tak, żeby dobrze wyglądało na koniec, bo mnie rodzina nakręciła, że trzeba iść do „dobrej” szkoły po podstawówce. Zacząłem grzecznie chodzić na sprawdziany i odrabiać prace domowe, ale do odpowiedniej średniej ocen wciąż brakowało. Zacząłem więc chodzić na zajęcia pozalekcyjne, żeby poprawiać stare, olane kiedyś klasówki – ni chu – mogłem sobie poprawiać, ile chciałem, ale zawsze coś Nauczycielce nie pasowało i nie chciała dać mi poprawić ocen. Poszedłem na korepetycje – żeby nie mogła mnie niczym zagiąć. Po jakimś czasie student prowadzący korepetycje sam mi powiedział, że to już nie ma sensu, żebym więcej przychodził, bo zrobiliśmy już wszystkie zadania na „6” i zaczęliśmy przerabiać liceum. Ale matematyczka nie dawała za wygraną i na koniec wystawiła mi „mierną”. Zgłosiłem się zatem na egzamin komisyjny. Matematyczka dalej się nie poddawała – poprosiła psiapsiółkę o przygotowanie dla mnie zadania z haczykiem. Rozwiązałem i je, z małym jedynie potknięciem, na szczęście reszta komisji stanęła po mojej stronie – ten drobny błąd wykraczał poza program nauczania szkoły podstawowej, a obie panie chciały go wykorzystać, żeby mnie pozbawić marnej „dostatecznej”, o którą się ubiegałem.
W technikum wyglądało to identycznie. Najbardziej wspominam lekcje angielskiego, prowadzone przez sfrustrowaną ex-rusycystkę. Moja klasa ogólnie była słaba z angielskiego – uczyli się przecież w podobnych szkołach, u podobnych nauczycieli, a mało kto przechodził przygodówki ze słownikiem w ręku. Gnębiła ich niemiłosiernie, nie potrafiąc nauczać, a jedynie wymagać. Ja się nie nudziłem, bo niezwykłej satysfakcji dostarczało mi podpowiadanie im i wysyłanie grypsów z odpowiedziami, ile wlezie. Mściła się na mnie, ale po mnie to już spływało. Aż do końca szkoły, wszystkiego, czego się nauczyłem – nauczyłem się sam. Włącznie z fizyką, której nasz skądinąd sympatyczny nauczyciel nie potrafił skutecznie wytłumaczyć. Przez 5 lat kolekcjonowałem „jedynki” i „dop-y” na koniec, żeby potem być jedynym uczniem szkole, który w owym roczniku zdał maturę z fizyki w pierwszym podejściu. A zrobiłem to tylko dlatego, że fascynowała mnie w tamtym okresie astronomia i podróże kosmiczne. Sam, w kilka miesięcy przerobiłem materiał, który był potrzebny – szkoły mogłoby w ogóle nie być, jedynie przeszkadzała.
Dobre doświadczenia w edukacji miałem dopiero później – na studium informatycznym, które było moim przystankiem pośrednim przed studiami, na studiach z inżynierii środowiska i na filologii polskiej, na poczciwym, tarnowskim PWSZ. Ale studia wybiera się samemu, dobrowolnie, nie jest się niewolnikiem w systemie, „podmiotem nauczania” i obiektem „troski” pedagogicznej, a dodatkowo często trzeba za tę przyjemność zapłacić. To jest z założenia samodzielna praca.
Nauczycielom z moich szkół podstawowych i średniej – z kilkoma wyjątkami (pozdrawiam też wspaniałego pana od muzyki, który nas uczył śpiewać piosenki Aya Rl i Big Cyca – chyba nie realizował programu nauczania, był tylko przez rok) – mogę śmiało powtórzyć słowa Agnieszki Chylińskiej: fuck you, nauczyciele!
Epilog.
To nie jednostki są tu jednak winne tego stanu rzeczy, lecz system. Cytując klasyka: to nie jest kryzys, to rezultat. System, przez te 19 lat od kiedy uzyskałem maturę, nie zmienił się ani odrobinę. Założono gimnazja, zlikwidowano gimnazja. Skreślono kilka lektur, dodano kilka lektur. To system premiuje miernoty, a tłamsi zdolnych i cennych i dotyczy to tak samo nauczycieli, jak i uczniów. To system narzuca nienaturalne, szkodliwe rozwiązania – takie jak koedukacja, gdzie chłopcy przeszkadzają w nauce dziewczynkom, a dziewczynki chłopcom i obie grupy ciągną się w dół. Takie jak nadmierna, skrajna feminizacja zawodu, podczas gdy dorastający chłopcy potrzebują męskich wzorców i męskich aktywności. W mojej szkole tych aktywności szukaliśmy samodzielnie – wbrew szkole. To wreszcie system, w którym każdemu płaci się po równo (tylko wypalonym rutyniarzom więcej), sprawia, że uczą w większości nieudacznicy, którzy nie potrafią nikogo zarazić pasją, potrafią tylko zanudzić i zabić indywidualność. I to system sprawia, że często nawet ci sami ludzie, w innych warunkach – w prywatnej szkole czy w innym zawodzie odżywają i rozkwitają. Wystarczy, że ich zarobki zaczynają zależeć od tego, jak pracują i jakie mają nastawienie i dzieją się z nimi cuda. Te cuda potrafi sprawić tylko wolny rynek.
A przy okazji polecam posłuchać pani Angeliki.