Jakiś czas temu, bodajże 2 lata temu, może 3, zobaczyłem film "Coming to America". Oczywiście nie był to pierwszy raz, bo podobnie jak Wy (zakładając, że macie około 25-35 lat), oglądałem go przynajmniej kilka razy na różnych kanałach telewizyjnych. Jak byłem dzieckiem, to film mi się podobał. Może nie jakoś szczególnie, ale śmieszyły mnie dziwne miny i zwariowane, niezrozumiałe wówczas teksty czarnoskórych aktorów. Jako młody nastolatek nadal nie rozumiałem większości z nich, ale pojawił się kolejny miły akcent - Ludwiczek, którego kojarzyłem z uroczej i mądrej kreskówki "Life with Louie". Samego Eddiego Murphy'ego lubiłem, ale poza "The Nutty Professor" i "Doctor Dolittle" (tak, nie widziałem nigdy w całości żadnej części "Beverly Hills Cop", aczkolwiek bardzo podobał mi się główny motyw muzyczny) nie znałem go z żadnego innego filmu. Zanim ogłoszono, że powstaje sequel, to postanowiłem sobie odświeżyć "Coming to America", bo czytałem na jego temat dość negatywne opinie. Chciałem go sobie przypomnieć, by przekonać się ile jest w tym prawdy. No i sam film oglądało się dość sympatycznie mimo, że wiele żartów było dość cringe'owych, a scenariusz... Dziś bym powiedział, że jest niekompletny. Akcja "Coming to America" urywa się w pewnym momencie, miała dość nierówne tempo, generalnie poza tym że to w sumie niezła komedia, kilkoma żartami i nostalgią, to nie widziałem w nim nic wartościowego. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam by była to zła produkcja, po prostu dawała radość ludziom w tamtym czasie, tak jak to wygląda dzisiaj w przypadku większości utworów Marvela. To samo dotyczy różnych gier, książek, seriali, które giną w mrokach dziejów, przykryte pod innymi, nowszymi dziełami. No i generalnie mogę powiedzieć mniej-więcej to samo o jego sequelu. Nie miałem zbyt wysokich oczekiwań wobec "Coming 2 America", ale spodziewałem się czegoś więcej niż przeciętnej komedii jakich wiele, na którą prawdopodobnie nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie twarze które skądś kojarzę. Jest to zbędny film, który obejrzałem raz ze swoją dziewczyną i raczej do niego nie wrócimy. Z przyjemnością wskazywaliśmy odniesienia do czasów sprzed 30 lat, czy nawiązań do pierwszej części. Parę żartów nas rozbawiło, generalnie seans nie był stratą czasu, ale to głównie dlatego, że akurat nie mieliśmy nic lepszego do oglądania.
Zaczynając od fabuły, jak pamiętacie pierwszą część, to książę Akeem wraz ze swoją wybranką serca, przylecieli do Afryki, by kontynuować rządy króla. Minęło kilkanaście lat, kochająca para dorobiła się trójki dziewczyn, wprowadzili pewne zmiany do królestwa (np. McDonaldsa do swojego kraju, naśmiewając się przy tym w zabawny sposób z psycho-wegan i ich nadmiernie religijnego podejścia do nawyków żywieniowych), ale pojawił się problem. Książę nie dorobił się syna, co jest obiektem kpin nie tylko jego ojca, czy poddanych, ale również obywateli sąsiadującego z nimi kraju, którego przywódca jest stylizowany na jednego z postkolonialnych, afrykańskich war-lordów. Podczas spotkania z szamanem i ojcem będącym na łożu śmierci, dowiaduje się że ma syna. Zapytacie się - ale jak to? Kiedy? Jak? Odpowiadając w skrócie, twórcy dokonali małego retconu historii. Otóż książę Akeem podczas poszukiwania żony godnej, khem khem, "królewskiego nasienia", spotkał się na one night stand z jedną mieszkanką dzielnicy Queens. Nie pamięta niczego, bo pani poczęstowała go mocnym jointem. Po zaznajomieniu się z tym faktem, James Earl Jones wysyła Eddiego do Ameryki, by odnalazł swojego syna i uciął wszelkie żarty z jego rzekomego braku męskości.
Generalnie struktura historii jest podobna do pierwszej części, choć doszło do kilku zmian. Wątki dotyczące Zamundy zostały rozbudowane, córki dostają kilka scen dla siebie (moim zdaniem zdecydowanie za mało), akcja w Nowym Yorku trwa krócej. Jak wspomniałem we wstępie, uważam że scenariusz do 1 części był średnio napisany. Sequel jest pod tym względem odrobinę lepszy pod względem struktury, ale jednocześnie gorszy pod względem treści. Jak już wspomniałem, córki Akeema nie miały zbyt dużej roli do odegrania, tak samo jak królowa. Reszta postaci z kolei została napisana jeszcze gorzej, czy to te nowe, czy już nam znane. Większość żartów jest odtwórcza i powtarzalna, ale w złym znaczeniu. Dla przykładu podam finałowy arc z "Dragon Ball Super" (wiem, mogłem znaleźć bliższy jemu przykład, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie jakiegoś filmowego odpowiednika), w którym było dużo scen z klasycznego DBZ. Freezer po przyjęciu Genki Damy, Final Flash Vegety, jego poświęcenie, Freezer oddający część swojej mocy Goku etc. W DBS wszystko to było czystym fanserwisem, ale w większości zostało wykonane poprawnie i zazwyczaj było ku temu jakieś uzasadnienie (poza zrobieniem przyjemności fanom). Zaś w "Coming 2 America" wiele gagów lub sytuacji nawiązujących do poprzedniej części, były często na siłę. Fakt, nie jeden żart mnie rozbawił, ale wynikało to raczej z efektu świeżości i za drugim razem, o ile taki w ogóle nastąpi, będę się już nudził. Czemu? Bo podobnie było z obiema częściami "Deadpoola", z tą różnicą, że tam przynajmniej było więcej śmiesznych gagów i odrobinę ciekawsze wątki, więc nuda była słabiej odczuwalna. Kończąc ten akapit, powiem jeszcze parę słów o nawiązaniach do pierwszej części, które zobaczycie w sequelu. W dosłownie kilku krótkich scenach pojawił się Louie Anderson (którego tak naprawdę mogłoby nie być i film absolutnie nic by na tym nie stracił), ojciec Akeema, który ma nieco bardziej rozbudowaną rolę, ale również znika na pewnym etapie, wariatów będących nieodłączną częścią wystroju w zakładzie fryzjerskim, zboczonego kapłana, narzeczonego Lisy McDowell i paru innych aktorów lub odniesień do jedynki.
Jeśli chodzi o żarty, to ich jedyną zaletą jest to, że twórcy mieli w dupie poprawność polityczną. Miło było zobaczyć czarnoskórych, którzy nie są nadmiernie wyidealizowani przez większość produkcji Netflixa, Hollywoodu i całej reszty. I jest to w zasadzie jedyna wyróżniająca się zaleta, bo większość żartów nie wywoływała gromkiego śmiechu, a jedyne ciche "hehe" pod nosem. Poza tym podobały mi się żarty z wegan, lewicy i spraw dotyczących seksu, ale wyglądały one tak, jakby napisał je jakiś podstarzały scenarzysta, który czasy młodości ma już za sobą i nie bardzo rozumie dzisiejszy świat. Szkoda, bo byłby to świetny pretekst do pstryknięcia w nos lewicy za ich polityczną poprawność. Wiem, to dziecięce poczucie humoru i śmianie się na zasadzie "O patrzcie, tam jest... gówno, hahaha, ale zabawne!" albo "o, patrzcie... Ten pan pokazał właśnie dupę!", ale nie obchodzi mnie to. Śmieszą mnie takie gagi i nie uważam by było to coś złego. Nie mamy na to wpływu, co nas śmieszy i jest to czynnik losowy. Czemu byłby to dobry pretekst? Bo wbrew temu co mówi lewica, ludzie czarnoskórzy są tacy sami jak my biali. Też się trafiają tam idioci, uczciwi rasiści, ludzie mądrzejsi, oszuści którzy próbują oszukać innych na każdym kroku - przekrój społeczeństwa jak u nas. Pomijając kulturę, doświadczenia historyczne i kilkanaście innych rzeczy, to różni nas to, że wśród czarnoskórych więcej dzieci dorasta bez ojca, co jest jednym z czynników przyczyniających się do większej kryminogenności w tym środowisku. Film odnosi się do tego w komediowy sposób, mimo że problem jest poważny i ciągle narasta (nie moja opinia, tylko czarnoskórych komentatorów mieszkających w USA). Syn Akeema i reszta jego rodziny, to ludzie z nizin społecznych, więc ich podejście do życia jest lekkie, swobodnie mówią o biedzie i nie tylko. Widziałem, że niektórzy recenzenci oburzali się z tego powodu, ale ja widziałem ludzi na podobnym poziomie, bo mieszkam blisko podobnej biedoty. Generalnie ci ludzie niespecjalnie się od siebie różnią. Jednakże jak najbardziej mogę skrytykować to, że zostali kiepsko i jednowymiarowo napisani. Chociaż nie, Leslie Jones choć została wykreowana na stereotypową, niewychowaną i niewykształconą prostytutkę, to przynajmniej wzbudziła minimum mojej sympatii i miała JAKIŚ charakter. Typowy bo typowy, ale przynajmniej mogę coś więcej o niej powiedzieć po zakończeniu seansu. W przeciwieństwie do jej brata i Lavella, jej syna, którzy nie tylko dostali kiepskie wątki i linie dialogowe, ale też w ogóle ich już nie pamiętam. Co jest tym bardziej śmieszne, że Akeem w pewnym momencie filmu mówi "jak spojrzę swojemu synu w oczy i dostrzegę w nich tę charyzmę, to będę widział, że to mój potomek!".
Co do reszty aktorów... Ojciec Akeema zagrał ok, Eddie Murphy nie najgorzej, ale nie dał żadnego powodu do zachwytu. Córki, a przynajmniej ta najstarsza, zagrała całkiem nieźle, ale dostała tak mało czasu antenowego, że trudno mi cokolwiek o niej powiedzieć. Podobnie mogę powiedzieć o większości postaci, czy to tych już znanych, czy dopiero świeżo poznanych. Pomijając rolę Wesley Snipesa, to mamy do czynienia ze zmarnowanym potencjałem i nie mogę nikogo szczerze pochwalić. Najbliżej do tego Snipesowi, który wcielił się w rolę generała Izziego. Podobało mi się to, jak bawił się swoją rolą, jak grał komicznie przerysowaną parodię okrutnego kacyka. Z jednej strony zachowuje się jak mało poważny clown, a z drugiej w jego państwie uczy się dzieci z korzystania z broni, maczet, posługiwania się bronią biologiczną i chemiczną. Szkoda tylko, że dostał tak mało czasu antenowego i był zbyt jednowymiarowy, miał potencjał na coś lepszego.
W ogólnym rozrachunku, film jest średni i trzyma poziom produkcji Netflixowych - ot obejrzeć i zapomnieć następnego dnia. Ten film to taki stereotypowy remake, w którym mamy wiele scen, gagów i wątków, które znają fani starych części, ale w gorszej wersji. Coś jak nowy "Robocop", nowa trylogia SW (co najmocniej widać po TFA) i tego typu produkcje. Dodajmy do tego przewidywalną fabułę pełną klisz i schematów znanych sprzed dekad. Jeśli lubicie daną markę, nie macie wysokich oczekiwań i macie odpowiednio wysoką tolerancję na wszelkie wady tego typu produkcji, to może się Wam spodoba. Czy polecam? Powiem tak, jeśli BARDZO lubicie filmy z lat '80 i '90 jak ja, to możecie wziąć chłopaka/dziewczynę lub kumpla, wprowadzić się w stan lekkiej nietrzeźwości i będziecie się nieźle bawili. Jeśli nie lubicie, to odradzam. Jeśli już, to umiarkowanie polecam odświeżoną, pierwszą część (jeśli się nie mylę, to Amazon poprawił tę wersję). Jest lepsza, zabawniejsza, lepiej wyreżyserowana i mniej odtwórcza. Nowa część ma bardzo ładne kostiumy, ma bogatą paletę barw, generalnie jest bardzo kolorowo w przyjemny dla oka sposób, ma również dobrych aktorów, ale to tylko tyle. Jako film jest gorsza od poprzedniczki. A czy Wy już widzieliście "Coming 2 America"? Jeśli tak, to jak go oceniacie?