Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule tego tekstu - Nie, nie można obiektywnie oceniać anime, jak i jakiegokolwiek przedstawiciela sztuki, czy kultury. Z definicji nie istnieje obiektywna recenzja, bo takowej nie da się napisać. Nawet przy założeniu, że bylibyśmy socjopatycznymi recenzentami z dużą wiedzą i doświadczeniem - ludzie zawsze, nawet na poziomie podświadomości, będą subiektywni w jakimś stopniu. Można natomiast, w odpowiednim środowisku, przy spełnieniu pewnych warunków oraz odgórnych założeń, spojrzeć na niektóre aspekty w sposób rzetelny.
Jakie są to warunki i założenia? Zacznę od mojej prywatnej zasady, którą kieruję się od wielu lat i dzięki niej, rzadko kiedy się rozczarowuję jakimś tytułem (pomijając przy tym gry, ale to tylko dlatego że rzadko gram i w tej jednej kwestii trudno mnie zadowolić). Chodzi o to, że nie przykładam dużej uwagi do wypowiedzi randomów i ludzi, którzy nie znają się na danej tematyce. Uprzedzę pytania, które zapewne w tym miejscu wywołałem - nie, to nie jest elitaryzm i nie dzielę ludzi na lepszych i gorszych. Każdy z nas ma jakieś swoje mocne i słabe strony, tematy w których mamy coś wartościowego do powiedzenia, głupoty na zasadzie "gadać aby gadać" lub truizmy, które może powiedzieć niemal każdy. Ja też jestem takim randomem w wielu sprawach, każdy z nas jest. Nie ma ucieczki od tej reguły, nawet gdyby był jakiś człowiek super-inteligentny albo taki, który szybko się uczy, to mamy ograniczony czas w dobrej kondycji. Nawet zakładając, że mielibyśmy tyle pieniędzy, że dożywotnio nie musielibyśmy się przejmować ich brakiem, to ludzka pamięć nie jest idealna i z czasem zapominamy o różnych umiejętnościach. Jeśli chodzi o odpowiednie środowisko, to mam tu na myśli grupy ludzi, którzy znają się na danej tematyce - tzn. siedzą w nim od lat, mają doświadczenie, znają wiele tytułów, przez co mają szersze spojrzenie. Rozwinę to w kolejnych akapitach, tutaj zakończę tym, że nasza opinia nie ma znaczenia i może obowiązywać wyłącznie w ramach danej społeczności. Głównie dlatego, że często mimo podobnych (i sensownych) wniosków, spostrzeżeń lub porównań, to czasem pojawiają się również różnice + niektórych aspektów składających się np. na animację, nie da się ustalić na sztywno, więc w tym przypadku panuje pełna dowolność, o ile jest merytorycznie uzasadniona. Nie można również wymagać, by wszyscy na poważnie interesowali się animacją, anime, komiksami, filmami. Wielu ludzi postrzega to jako zwyczajną rozgrywkę, tak jak oglądanie meczu w piłkę nożną lub grę na konsoli. Tylko nieliczne nerdy, jak np ja i część z Was, rozkłada kreskówki, komiksy etc. na czynniki pierwsze. Jeśli chodzi o założenia, to te mogą być różne, ale generalnie można to sprowadzić do bycia rzetelnym. To również rozwinę w późniejszych akapitach, póki co ograniczę się do tego, że żeby być rzetelnym, to trzeba znać określoną liczbę tytułów, mieć wiedzę dotyczącą nie bezpośrednio anime, ale ważnych dla pełnego zrozumienia tego tematu (jak wygląda proces produkcyjny, jakie są różnice między filmem, a serialem <i odgórnie zaznaczę, że nie chodzi o takie truizmy, że jedno jest zwartą całością, a drugie jest rozłożone na kilka-kilkanaście odcinków>, jak wygląda marketing etc.), umieć przedstawić swoją opinię, jak również ją uzasadnić.
Wracając do poprzedniego wątku, czynię to coraz rzadziej. Owszem, było to moim grzechem w przeszłości (a obecnie jedynie mi się to przydarza od czasu do czasu), ale zrozumiałem wiele rzeczy przez parę lat. Jeśli żyje się wśród ludzi i ceni się naszą różnorodność (a większość z nas, poza tymi bogatymi, nawet jak nie chce, to musi), to trzeba ją brać z całym dobrodziejstwem inwentarza, bez stosowania cherry-pickingu, tj. wybierania rzeczy, które nam pasują i ignorowania tych, które nam nie pasują. Dlatego te,ż dyskutuję na serio na temat filmów, anime, gier, seriali zazwyczaj z tymi, którzy mają w tym pewien bagaż doświadczeń. Nie dlatego, że żyją w tej samej bańce co ja - wręcz przeciwnie, ich odmienna opinia (o ile jest sensownie uargumentowana), często ubogaca moją perspektywę lub przynajmniej sprawia, że patrzę na dane dzieło w inny sposób. Tylko dlatego, że częściej wiedzą, o czym mówią, przez co dialog z nimi jest łatwiejszy. Poza tym wiedzą, obie strony wiedzą o czym jest mowa i możemy się skupić na dyskusji, a nie mozolnym tłumaczeniu rzeczy, definicji które są inaczej rozumiane przez obie strony. Miewamy różne perspektywy patrzenia na całe anime lub jego pojedynczy aspekt (przez doświadczenia, kolejność w jakiej poznawaliśmy poszczególne tytuły, okoliczności ich poznania etc.), ale jeśli to nie jest coś, co postrzegamy wyłącznie poprzez subiektywny wymiar, na zasadzie "po prostu to nam się podoba", czyli np. humor, muzyka, klimat, to istnieje to duża szansa, że będzie można porównać A i B i wytłumaczyć, dlaczego naszym zdaniem A jest lepsze od B.
Przez wiele lat w swoim życiu uwielbiałem dyskutować i wymieniać opinie, dzisiaj robię to rzadziej z uwagi na mniejszą ilość wolnego czasu (a nawet gdy go mam, to wolę się skupić na pracy na blogu). Wiele moich twierdzeń mogę wyrzucić do śmietnika, wielokrotnie robiłem z siebie clowna, nie dostrzegając że nie mam racji w danej sprawie, ale na szczęście miałem też kilka trafnych wniosków. Jednym z nich jest to, że nawet jeśli mam zupełnie inny światopogląd, doświadczenia i pochodzę z totalnie innej bańki lub środowiska niż dana osoba (+ na codzień niespecjalnie się lubimy), to jeśli ja poprawnie sformułuję swoją tezę (+ przedstawię dowody lub źródła), a druga strona potrafi odrzucić emocje i skupić się na clou wypowiedzi, to się dogadamy. Podkreślam znaczenie komunikacji, bo wiele osób to ignoruje (zwłaszcza po swojej stronie, znam to dobrze z autopsji), doświadczając wówczas syndromu wyparcia, tak jak np. osoba, która zna się na anime, a jednocześnie jest fanboyem jakiegoś tytułu i nie jest w stanie uznać argumentów adwersarzy, które obnażają jego słabość w niektórych aspektach. Warto wiedzieć, kiedy my spieprzyliśmy robotę, bo np. coś źle powiedzieliśmy lub użyliśmy niestosownych, zbędnych słów, a kiedy druga strona stosuje tanie argumenty emocjonalne lub nie jest w stanie obronić swoich argumentów. Choćby po to, że ta wiedza pozwoli nam zaoszczędzić czas lub nerwy. Podsumowując wcześniejszy wątek, nie oznacza to, że nie dyskutuję z ludźmi, którzy się nie znają. Po prostu nie przykładam do ich opinii większej uwagi, jeśli nie muszę.
Żebyście mnie dobrze zrozumieli - to jest tak, jak rozmowa o samochodach. Rozmawia sobie np. trójka osób - ja, mój ojciec i mój przyjaciel, który od lat interesuje się samochodami. Mimo, że sam od lat jeżdżę samochodami, to nie mam na ich temat zbyt dużo sensownego do powiedzenia. A nawet gdybym miał, to moje wypowiedzi są nieprecyzyjne i da się po nich odczuć, że brak mi doświadczenia i wiedzy. Dlatego też nie mógłbym rzetelnie powiedzieć, dlaczego A jest lepszy od B. Mogę natomiast powiedzieć, dlaczego "Naruto" lub "Bleach" są lepszymi tytułami od DBZ albo dlaczego "Halloween" Carpentera jest lepszy od "Friday 13th" lub innego horroru tego typu. Mogę też powiedzieć w jakich kwestiach DBZ góruje nad mangą Kubo Tite, Kishimoto nad Togashim, albo co DBZ robi lepiej od "One Piece". Co prawda nie jestem ekspertem od horrorów, ale moja wiedza dotycząca filmów i tematów około filmowych, jest wystarczająca, by powiedzieć, co pierwszy film zrobił dobrze względem drugiego. Czy to oznacza, że tylko ci co się znają na danym temacie mają prawo się o nim wypowiadać? Oczywiście, że nie i daleki jestem od takich twierdzeń. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich lat lepiej zrozumiałem cenzurę i ograniczanie swobód obywatelskich. Po prostu nie poświęcam czasu na tytuły, które polecają mi zwykli ludzie, mający podobny poziom niewiedzy o sztuce, co ja w kwestii samochodów. Zbyt wiele razy rozczarowałem się lub widziałem coś, co już znałem lub było co najwyżej niezłe. Szkoda mi czasu, więc poza kilkoma wyjątkami, kieruję się wyłącznie opiniami ludzi, którzy się na tym znają. Jak już pisałem, można to łatwo pomylić z elitaryzmem, ale nim nie jest. Zdaję sobie sprawę z tego, że to dotyczy tylko mojej osoby i ludzi mającymi zbliżone podejście i nie masturbuję się do tego, tak jak snobistyczni miłośnicy dzieł sztuki, czy gówna nazywanego "sztuką nowoczesną". Zanim zlecą się obrońcy - tak, zdaję sobie sprawę, że w ramach "sztuki nowoczesnej" jest zapewne dużo dobrych dzieł, ale jest też sporo gówna, jak białe płótno oblane białą farbą, nad którym zachwycają się np. bogaci idioci lub ludzie chcący przynależeć do tego grona. Po prostu mamy za mało czasu, a jest zbyt wiele ciekawych rzeczy, które warto poznać, by go marnować na przeciętniaki lub co najwyżej niezłe produkty.
Oczywiście nie ma twardo ustalonej granicy, w której zaczyna się mówienie o subiektywnych odczuciach, a kończy obiektywna analiza, ale jak najbardziej można moim zdaniem porównać niektóre aspekty (np. pacing - czy jest zbyt wolny, czy zbyt szybki, czy animacja jest płynna, czy jest wiele ruchomych elementów - tj. czy postacie "żyją swoim życiem", czy jedynie czekają na reakcję głównego bohatera, jak NPC w grze komputerowej lub są kukłami, jakość kreski - CGI, staranność rysunków, jakość fabuły - scenariusz, jakość wątków, historii, jakość postaci - czy postacie zostały dobrze przemyślane, przedstawione i czy dobrze lub źle je rozwinięto w trakcie trwania filmu, serialu). Żeby to jednak zrobić uczciwie, to trzeba mieć jakąś wiedzę, doświadczenie (mówiąc innymi słowy - bazę porównawczą), umiejętność stłumienia emocji i oceniania samych scen, umiejętność poprawnego formułowania argumentów, odpowiedniego dystansu. Nie trzeba być grafikiem, scenarzystą, studentem uczących się zawodu powiązanego z w/w ani nawet pasjonatą. Owszem, ta wiedza jest przydatna, dzięki temu wnioski (teoretycznie) będą bardziej merytoryczne, zapewne zauważymy coś, co umknie uwadze pozostałych, ale nie jest ona niezbędna. No chyba, że jesteśmy profesjonalnym analitykiem, ale jeśli po prostu sobie dyskutujemy lub prowadzimy bloga, jak ja, to nie potrzebujemy jej. Wystarczą rzeczy, o których napisałem powyżej. Te rzeczy się po prostu widzi, jeśli interesujemy się tym dostatecznie długo i nie jesteśmy głupi. No bo nie powiecie mi, że trzeba być geniuszem lub znawcą tematu, by dojść do wniosku, że walka Goku SSJ 3 z początku DBS przeciwko Beerusowi, jest lepsza niż Vegeta vs Jiren. Albo wątek Nami z Arlong Park w porównaniu do wielu innych wątków tego typu z innych battle-shonenów. Albo "Demon Slayer", który jest przeciętną mangą, z fabułą prostą i płaską, jak klatka piersiowa 7-latki i każdy znany mi nowy, mainstreamowy battle-shounen, jest lepszy we wszystkich kwestiach od DS. Oczywiście, to przykłady prezentujące dwie skrajności (1 scena jest słaba nawet jak na standardy TV, 2 to walka którą można byłoby spokojnie wrzucić do filmu kinowego i nikt by nie narzekał. Z kolei wątek Nami został świetnie przedstawiony - stopniowe budowanie napięcia, wybuch emocji w finale, retrospekcje z Bellemere, generalnie pomysł i realizacja całego story-arcu), ale na takich łatwiej się tłumaczy.
Jeśli chodzi o bardziej szczegółowe przypadki... Mimo, że DBZ jako całokształt jest słabiutkie w porównaniu do większości mainstreamowych battle-shonenów, to w kwestii walk wręcz lub pokazaniu walk nadludzi a'la Superman, nadal jest jednym z lepszych tytułów. Albo popularny mit, który sam gloryfikowałem przez lata i nie rozumiałem argumentów Karola, Dahaki lub ludzi z grupy Anime-Logia - MadHouse. Żeby uściślić, to powiem że mam na myśli okres, gdy wydawali HxH, HnI i kilka innych tytułów, które zapewniły im wielu fanów (wiem, nie jest to ściśle określony wycinek czasu, ale nie musi taki być na potrzeby tego fragmentu). Generalnie robią dobrą robotę w większości aspektów - choreografia, klimat, reżyseria, soundtrack, animacja, kreska, ale rzadko kiedy można dostać od nich arcydzieło lub jakąś perełkę animacyjną. Z drugiej strony, mamy studia Pierrot i Toei Animation, które często wyśmiewałem. Częściowo słusznie, bo poziom wielu ich anime jest nierówny - odcinki w przeciwieństwie do tych od MH, czasem są słabe, przeciętne, niezłe, dobre, bardzo dobre, wybitne. Ponadto u nich możemy dostać jakąś bardziej skomplikowaną scenę lub taką, którą rzadko widzimy, a MadHouse to po prostu grupa dobrych rzemieślników Coś jak Disney, gdyby był korporacją bardziej dbającą o poziom jakości - raczej nie dostaniecie nic nowego, ale nie powinniście narzekać. Ostatni przykład - wielu ludzi, w tym do niedawna ja, chwali HxH za to, że Togashi nie boi się uśmiercać postaci w przeciwieństwie do konkurencji. No i częściowo jest to prawdą, ale przede wszystkim jest to bullshit. Większość zgonów w HxH, to płotki, postacie bez większego znaczenia dla fabuły. Faktem jest też to, że niepotrzebnie uśmiercono tak szybko Kite'a (w anime, w mandze to mniej boli, bo poznaliśmy tego łowcę dużo wcześniej). Nie jest to moja autorska opinia (pozdrawiam Chucky z op.com.pl), ale zamieniłbym tamtą tezę na tę - Togashi jak już daje nam do zrozumienia, że jak postać A chce zabić postać B, to prowadzi ku temu działania, które faktycznie do tego zmierzają, a nie ogranicza się do gadania. Z drugiej strony, przez lata krytykowałem "Naruto", że tam postacie giną za rzadko, ale materiał mojego korektora Karola o tym anime + nasze wspólne rozmowy, uzmysłowiły mi, że się częściowo mylę. Nadal uważam, że postacie giną tam za rzadko + zazwyczaj ograniczają się tylko do gadania o zabijaniu, ale Kishimoto zabija bohaterów wtedy, gdy faktycznie skończyła się ich droga lub ich śmierć musiała czemuś służyć. A co za tym idzie, lepiej mu wychodzi uśmiercanie bohaterów niż Togashiemu.
Skoro można teoretycznie wszystko porównać, to czemu dzielę aspekty na dwie grupy? Bo choć są to czysto subiektywne odczucia, to wyżej wspomniane aspekty można przynajmniej zaklasyfikować jako "raczej te lepsze" lub "raczej te gorsze". Możemy porównać rysunki, fabułę, postacie etc. z tytułów z tego samego gatunku (choćby na zasadzie, jak je poprowadzono, a jak zrobiła to konkurencja, co można było zrobić, a czego nie zrobiono). W przypadku humoru, muzyki, stylu kreski etc. można je podzielić na te, które nam się podobają lub nie (zakładając, że nie jest to tania, szybka, generalnie niedopracowana praca). Ok, muzykę też można porównać pod względem ilości włożonej pracy, poziomu skomplikowania danej piosenki (bit, pomysł, poziom zaawansowania muzycznych aranżacji, wokal), ale moim zdaniem ważniejsze są czysto subiektywne, wewnętrzne doznania. Tego już nie jesteśmy w stanie obejść, a przynajmniej ja nie znalazłem jakiejś uniwersalnej metody. Tak samo nie mamy wpływu na to, co nas śmieszy. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, wykształcenie i kultura nie idzie w parze z poczuciem humoru. Znam ludzi, którzy regularnie pokazują publicznie swoją cnotę, oburzając się o rzekomy rasizm, tam gdzie go nie ma, a sami szydzą ze swojej kultury (nie, nie chodzi mi o dystans i umiejętność dostrzegania własnych wad) lub opowiadają żarty, które są niesmaczne w przestrzeni publicznej. Znam też ludzi wykształconych (i nie mówię tu o idiotach, którzy mieli szczęście na studiach), których autentycznie śmieszą żarty, rzekomo będące humorem na niskim poziomie. Nie mamy wpływu na to, co wywołuje w nas reakcje oraz na naszą wewnętrzną wrażliwość. Jeśli chodzi o styl, to odwołam się do argumentu z początku tego tekstu - są ludzie, którzy postrzegają sztukę jako zwyczajną rozrywkę, są ludzie którzy czasami biorą ją zbyt serio (np. ja), są też ludzie którzy skupiają się tylko i wyłącznie na danym dziele, mając kompletnie w nosie realizm, poziom abstrakcji lub np. oddanie realiów historycznych (np. czarnoskórych, którzy są przedstawieni w jednym serialu Netflixa jako część rodziny królewskiej w UK). Zakładając, że nie można zarzucić temu tytułowi niedopracowania lub ewidentnie zbyt małego budżetu (w kontekście szeroko rozumianego upraszczania), to zawęża nam się ilość możliwości. Tytuł nam się po prostu nie podoba i tyle. Nie wiem, jak wygląda z tym sytuacja zagranicą, ale w Polsce większość fanów M&A jakich poznałem, traktuje zdanie typu "tytuł mi się nie podobał" jako synonim "ten tytuł był słaby". Jest to mylny stereotyp, bo tytuł może być jednocześnie dobry lub bardzo dobry i nam się nie podobać i odwrotnie.
Mam nadzieję, że dostatecznie zrozumiale wytłumaczyłem swoją opinię. Zdaję sobie sprawę, że powtarzałem niektóre fragmenty, ale zależało mi na tym, by jak najlepiej ją wytłumaczyć bez niedomówień. Jak słusznie zauważył Paweł, któremu dziękuję (jak również Karolowi - obaj mieliście olbrzymi wpływ na ten tekst i widząc notatki do jego pierwotnej wersji, cieszę się że zapytałem Was o ten temat. Nie zapominając również o Rafale, który zmotywował mnie do jego napisania), im jestem starszy, tym bardziej skłaniam się ku temu, że wbrew mojej opinii, wiele rzeczy i zachowań postrzegamy wyłącznie przez nasze, subiektywne postrzeganie świata, ale znajduję również więcej argumentów za tym, że część rzeczy można rzetelnie ocenić, nawet jeśli jest to sztuka. Na pewno jednak przestałem postrzegać swoją opinię, jako tę najważniejszą i niepodważalną. Często zachowywałem się przy tych okazjach, jak zwykły dupek i dopiero po latach zrozumiałem, jak wiele błędów popełniłem lub powiedziałem nieprzyjemne dla kogoś rzeczy. A nawet jeśli nie, to sam miałem czasami zły humor z powodu różnych zdań. Teraz mam to gdzieś, bo przekonałem się, że nie ma to żadnego znaczenia, a sztuka służy głównie za rozrywkę lub nośnik wartości, wiedzy etc. Kłócenie się o to nie ma więc sensu, a jeszcze głupsze jest obrażanie się o cudzą opinię, jeśli ta nie ma wpływu na nasze życie. Czekam na Wasze komentarze, chętnie się do nich odniosę.