Uwaga! W tym omówieniu będą spoilery dotyczące 2 sezonu! Jeśli nie chcesz znać fabuły, to przestań czytać w tym momencie.
Tekst początkowo miał stanowić część omówienia 3 tomu LotGH-a, ale rozrósł się do takich rozmiarów, że stwierdziłem iż lepiej będzie zrobić z niego osobny tekst. Swoją drogą, będzie to piękny przykład na to, że w tym anime i książkach jest mnóstwo świetnych wątków dla miłośników sztuki rządzenia państwem. Postanowiłem to wykorzystać, by napisać esej, który przybliży ludziom niezaznajomionym z polityką ten temat, a pozostałych być może skłoni do przemyśleń. Być może w przyszłości pojawi się takich więcej.
Zacznę od ważnej kwestii, która umknęła mojej uwadze podczas korekty ostatniego tekstu. Pamiętacie, jak nazwałem przywódcę demokratów w poprzednim tekście? No, to Oberstein jest jeszcze większą, ostrzejszą, jeszcze bardziej cyniczną i bezczelną kurwą. Jednakże chciałbym, by Polska miała jak najwięcej takich nieczułych skurwysynów. Niekoniecznie jako przywódców, bo mielibyśmy podobną tyranię, co w Rosji lub na Białorusi, ale jako doradca? Proszę, dajcie mi ich jak najwięcej. Nie sprawdzałem tej informacji, bo brakuje mi wiedzy z zakresu historii, ale słyszałem kiedyś z dwóch źródeł (w tym jednego doktora historii) informację o tym, jak dawniej szkolono w Anglii kandydatów na elitę. A konkretniej dzieci, które trafiały do specjalnej szkoły. Coś na zasadzie, jak przyuczanie młodego księcia od pewnego wieku do pełnienia funkcji króla (lub wojowników Sparty, ale to w innym kontekście). Brano takie dzieci na szkolenie, uczono ich dyplomacji, sztuki rządzenia, zarządzania zasobami, manipulacji ludzi (coś co dawniej nazwalibyśmy nieznaną wówczas psychologią) odcinania się od emocji, skupienia się na zyskach i stratach, rzeczach ważnych, generalnie chłodnego patrzenia na rzeczywistość. Jeśli dziecko przejawiało odpowiednie cechy intelektualne, miało twardy charakter, mocną osobowość (nie mylcie tego ze stabilną osobowością), to wyrastało na wybitną, ale okaleczoną jednostkę. Zwykły człowiek z plebsu był w stanie wybić się do takiego poziomu, jeśli miał dostęp do książek, jego rodziców było stać na nauczycieli, jednakże takich przypadków było za mało i trzeba było wdrożyć proces tworzenia takich ludzi, jak właśnie Paul von Oberstein.
Nie jest to człowiek, którego łatwo jest polubić. Podejrzewam, że dla większości z nas byłoby to niemożliwe. Nie tylko ze względu na to, że nieliczni są w stanie dojść do jego poziomu, czy to intelektualnego, czy separacji od społeczeństwa(nawet na tle wybitnych introwertyków), ale przede wszystkim dlatego że kompletnie oddzielił się od emocji i niemal 100% wyzbył ludzkich odruchów. To człowiek, który zamiast mózgu ma procesor, a jego dusza kieruje się tylko bilansem zysków, strat, znalezieniem odpowiednichperson do rządzenia państwem i tego typu sprawami. Dlaczego takie osoby są tak ważne? Głównie dlatego, że są sytuacje, kiedy trzeba odrzucić wszystkie emocje, sympatie i antypatie. Zwykły człowiek ma ten przywilej, że może sobie gadać co chce, działać bez większego planu, dając sobie przyzwolenie i przestrzeń na popełnianie błędów. Co do zasady zmienia się to wraz z założeniem rodziny i spłodzeniem dzieci, wtedy ludzie zazwyczaj stają się bardziej odpowiedzialni. Zresztą, nie trzeba jej zakładać, wystarczy mieć u siebie jakieś zwierze wymagające większej atencji i odpowiedzialności niż rybki, czy inne żółwie. Jednak to nic przy zarządzaniu olbrzymim państwem, co z kolei jest niewielkim wyzwaniem przy władaniu wielomiliardową nacją, która mieszka na kilkudziesięciu planetach (jak nie kilkuset). Czasami rodzic musi zrobić coś wbrew sobie i/lub drugiej strony, dla dobra dziecka lub żony (i odwrotnie, żeby nie było - czasami żona musi zrobić też coś bolesnego dla męża lub dziecka dla ich dobra). Wtedy często jest próba walki o swoje, płacz, gniew, generalnie emocje, których ludzie często unikają, bo sprawiają im ból.
No, to w przypadku rządzenia państwem sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo nie dotyczy to tylko ludzi, których znamy, a miliardów istnień. Jasne, nie zawsze przekłada się to na ich dobro w bezpośrednio sposób, często wręcz nie, ale w szerszej perspektywie już jak najbardziej. Prosty przykład - zyski państw zachodu z faktu posiadania kolonii (opinie są różne, tj. niektórzy uważają, że zyski były niewielkie, inni że duże, ale generalnie bilans zysków i strat wychodził na +, więc się opłacało... Przynajmniej w większości przypadków). Fajnie jest kupić nowego Iphone'a w ludzkiej cenie? No, też bym tak chciał, tylko że moje państwo nie mogło się rozwinąć do takiej pozycji, by móc sobie na to pozwolić. Fajnie jest móc pracować i mieć zasoby na właśnie zachcianki? Podałem nieco uproszczone przykłady, przyznaję się, ale tak to wygląda. Wszystko ma swoją cenę, również luksusowe życie. Większość ludzi nie chce takich zmian, nie chcą się dodatkowo poświęcać ani zaznać smutku, którego nie będą w stanie kontrolować. Rządzenie i bycie numerem 1, jest tylko pozornie przyjemne, a tak naprawdę to niewdzięczne zadanie. Gdy wszystko jest dobrze, to mało kto to docenia, za to większość zapamięta te złe rzeczy. Niewielu dostrzega, a jeszcze mniej rozumie odpowiedzialność jaka ciąży na przywódcy w związku ze złożonością jego stanowiska. Świetnie to pokazał Askeladd w anime "Vinland Saga" - bycie przywódcą wiąże się z pewnymi przywilejami, ale też z ograniczeniami i dużymi konsekwencjami, w przypadku okazania słabości. Można to teżporównać, choć z nieco innej strony, do walki w ringu, oktagonie, rywalizacji na jakieś innej płaszczyźnie lub innych zawodów, np. profesję reżysera filmowego. Pozornie może to wyglądać prosto, ale człowiek bez doświadczenia nie zdaje sobie sprawy, o ilu rzeczach jeszcze nie wie, a będzie się musiał dowiedzieć, by przynajmniej zacząć zarabiać w ten sposób na życie. Talent lub talenty wiele ułatwiają, wiadomo, ale to przede wszystkim kwestia ciężkiej pracy i nauki. Ponadto wymaga to wiedzy z różnych dziedzin - np. znajomości wielu aspektów, którymi zajmuje się psychologia, wiedzy i praktycznych umiejętności w zakresie logistyki, umiejętności zarządzania ludźmi, zasobami, wyobraźni, znajomości sztuki, kreowania własnych światów. Mało który człowiek może się nauczyć, zrozumieć i połączyć wszystkie te rzeczy, uzyskując przy tym korzystny dla siebie wynik. Ławka takich kandydatów, jest wyjątkowo krótka, za to ryzyko i konkurencja są nieporównywalnie wysokie.
Rozwijając moją odpowiedź na wcześniej zadane pytanie, jednym z aspektów polityki, jest wyciąganie korzystnych dla nas skutków z wydarzeń, wykorzystywaniu cudzych błędów i (jeśli jest to możliwe) kontrolowania ich. Mam tu na myśli wykorzystanie śmierci Kircheisa w celu zwiększenia apetytu Reinharda na sukces, wzmocnienia jego charakteru etc. Chodzi tu o wyeliminowanie kanclerza, którego fałszywie oskarżono o zlecenie zamachu na Markiza. Było to nieczyste zagranie, ale konieczne z perspektywy frakcji Reinharda. Przyznali to nawet jego zaufani dowódcy, gdy z takim pomysłem przyszedł do nich Oberstein. Niechętnie przyznali mu rację, a jeden z nich, bodajże Mittermayer powiedział, że "Nie chciałbym mieć ciebie za wroga, Oberstein". Podobnie jest z rządzeniem, zwłaszcza w warunkach wojennych lub gdy nasza (lub naszego państwa) sytuacja jest w jakiś sposób niestabilna. Główny mózg, czyli w tym przypadku Reinhard, nie może być przeładowany nadmiarem obowiązków, bo nie starczy mu mocy przerobowych ani nie będzie mógł podejmować dobrych decyzji, zarówno na polu bitwy, w ramach zarządzania państwem i knuciem intryg. W czasie kryzysu musi się skupić na najważniejszym problemie, zostawiając te mniejsze swoim podwładnym. Doradca nie musi mieć charyzmy, nie musi mieć mocnego, a jednocześnie giętkiego charakteru (na tyle mocnego, by się go trzymać i sztywno realizować, jak i umieć się adaptować do nowych okoliczności), nie musi być błyskotliwy ani szeroko wykwalifikowany (a przynajmniej na tyle, by zrozumieć wszystkie bardzo i mniej ważne aspekty wpływające na rządzenie), za to musi mieć za to dużo czasu + zapewnione dobre warunki do życia (by nie obawiać się o wyżywienie, miejsce do mieszkania i inne rzeczy). Musi je mieć, by myśleć lub działać w kwestiach organizacyjnych, planowania kolejnych ruchów w kwestiach wykraczających poza kwalifikacje swojego władcy. Żeby to robić dobrze, musi mieć dodatkowe prawa, jak możliwość odpowiadania wyłącznie przed swoimi szefami oraz pełen wgląd do wszystkich danych oraz zasobów. Prosty przykład z naszej rzeczywistości, casus Disneya - odkąd Kevin Feige zmusił swoich pracodawców, by odpowiadał bezpośrednio przed nimi, likwidując tym samym cały łańcuch pomiędzy nimi, to całe MCU jest lepiej zarządzane. Można nazwać Obersteina obrzydliwym chujem, człowiekiem któremu nie chcielibyśmy podać ręki ze względu na ilość trupów w szafie i bezlitosny makiawelizm w dążeniu do celu, ale powiedzenie o nim, że jest słabym zarządcą, zbędnym doradcą lub nieprzydatnym taktykiem, byłoby ohydnym kłamstwem.
Skoro wspomniałem o jego złych cechach i wykorzystywaniu cudzych błędów, to już rozwijam ten temat. Możecie się nie zgadzać z tym stwierdzeniem, ale życie to de facto wieczna walka o lepszy byt, zapewnienie sobie lub najbliższym bezpieczeństwa etc. Obecnie mamy czasy pokoju, nie mamy aż tylu bezpośrednich zagrożeń życia, więc możecie tego nie dostrzegać, ale wystarczy nad tym się dłużej zastanowić. Oczywiście, ludzie w trakcie wojny bardziej sobie pomagają, ale dotyczy to ludzi z naszego plemienia, grupy, mieszkańców naszej społeczności. Pojedyncze akty heroizmu zdarzają się, ale jak pokazała dotychczasowa historia ludzkości to są... pojedyncze akty heroizmu. Innymi słowy, mniejszość, bo ludzie są gotowi sprzedać obcego człowieka lub wsadzić go do pociągu, który zabierze go do obozu koncentracyjnego, byleby tylko ocalić swoje życie lub bliskich. Ewentualnie by się wzbogacić lub zdobyć inne dobra. Człowiek na codzień o tym nie myśli, tak jak o braku sensu istnienia (jeśli go sami sobie nie nadamy, dlatego też religie mimo swoich wad, są smutną koniecznością), bo by zwariował. Zresztą, nawet takie lokalne więzi mogą pęknąć, gdy zagrożenie jest zbyt potężne i brak współpracy daje większe szanse na przeżycie. Czasem też trzeba poświęcić 10 ludzi, by ocalić 100. Oberstein słusznie zauważył (podobnie jak bohater "The Imitation Game", którego recenzję niedługo wrzucę na bloga), że gdyby podjęto inną decyzję, to wojna trwałaby dłużej i na pewno zabiłaby więcej ludzi oraz pochłonęła więcej zasobów. Można, a nawet powinno się szanować każde ludzkie życie, ale wnioski Paula są równie ważne i warte przynajmniej dogłębnego rozważenia. To zabrzmi okrutnie, co teraz powiem, ale cóż... Rozmowa o szanowaniu wszystkich żyć jest dobra na czas pokoju, nie etap wojny. Jeśli można poświęcić mniejsze dobro, by zyskać większe lub dużo większe, to zazwyczaj to się robi. Możecie się z tym nie zgadzać, ale taka jest obiektywna rzeczywistość, której ludzie nie są w stanie zmienić.
Tak samo wygląda to w przypadku wykorzystywania błędów przeciwnika. Tak jak życie jest nierozerwalnie związane z jakąś formą walki, rywalizacji, współdziałania z innymi, tak większość ludzi nie jest w stanie się wyzbyć wykorzystywania cudzych błędów. Oczywiście, czasem ludzie okazują się być uczciwi, nie zaprzeczam, ale u ilu ludzi ta uczciwość wynika z niewielkiego ryzyka poniesienia konsekwencji, a u ilu z faktycznej uczciwości? Jeśli niewiele na tym tracimy, a możemy sporo zaoszczędzić, np. czas, emocje + druga strona sama się nam podkłada i oddaje możliwość do działania, to czemu nie skorzystać? Widzimy to od małego dziecka, jak np. rodzice próbują wywrzeć wpływ na dziecko, które niechętnie realizuje ich wolę, pedofili lub innych sadystów, którzy wykorzystują swoją przewagę na różnych płaszczyznach, by spełnić swoje pragnienia, nauczycieli, mężów lub żon, którzy chcą by ich druga połówka poświęciła więcej zasobów od nas. Przykłady można mnożyć. Oczywiście, mało kto posuwa się do poziomu bezczelności, ale jeśli kogoś nie znamy, nie szanujemy lub nasza dominacja jest znacząca na kilku płaszczyznach, to możemy sobie na to pozwolić, bo prawdopodobnie nie odczujemy konsekwencji swoich decyzji - nie będzie nikogo, kto nam je wymierzy lub nie będą one odczuwalne. Dokładnie tak samo, jak w przypadku masakry w Westerland. Reinhard mógł powstrzymać szaleństwo lokalnego Stalina, który postanowił wymordować wszystkich swoich obywateli, bo ci zamordowali jego siostrzeńca. Mógł go do tego przekonać Oberstein, ale zrobił coś przeciwnego - zaczął dolewać benzyny do ognia. Argumentował, że wojna potrwa krócej, przeżyje więcej ludzi, budżet państwa mniej ucierpi, szlachta która ogłosiła neutralność z dwojga złego wybierze Reinharda w myśl zasady "jest chujowo ale stabilnie", co jest zazwyczaj lepszym wyborem niż poparcie niestabilnie psychicznego człowieka z ego drastycznie przekraczającym jego możliwości intelektualne. Co za tym idzie, Lohengramm umocni swoją pozycję, wygra więcej i straci mniej. Nawet gdyby ta sprawa wyszła później, to konsekwencje wynikające z tego faktu będą mniejsze przez czas, jaki minął + będzie mógł zagrać kartą "gdybym tego nie zrobił, to byłoby tylko gorzej". Zresztą, nawet gdyby tak było, to zwycięzcy tworzą swoją własną narrację, a jeśli można ją obudować merytorycznymi argumentami racjonalizującymi ją, to tym lepiej. Zwycięzcy piszą historię.
No i to tyle ode mnie. Jeśli macie inne zdanie, to chętnie z Wami podyskutuję.
Dziękuję za pomoc Karolowi.
Źródło jednego z obrazków
https://allanimemangaquotes.tumblr.com/post/119312538649/requested-by-lollipopcitrus-fb-twitter