Zapraszam do przeczytania rozmowy między mną, a kumplem Karolem. W przeszłości opublikowaliśmy 2 takie materiały, ostatni o porównaniu FMA do FMA: Brotherhood (dwa anime adaptujące ten sam komiks). W dzisiejszej dyskusji będziemy się zastanawiali nad sensem dyskusji w sieci i nie tylko. Tytuł jest prowokacyjny.
[Ja]
Temat jest wyjątkowo złożony, więc na pewno pominę kilka istotnych przykładów lub aspektów. Rozmowa to jedna z najbardziej podstawowych aktywności, jakie może ze sobą przeprowadzić dwójka ludzi. Dzięki niej można się rozwinąć, poznać nowe pojęcia, opuścić swoją bańkę i spojrzeć na przedmiot, zjawisko, relacje, cokolwiek innego z cudzej perspektywy, co może dać nam dodatkową wiedzę na jakiś temat. Można też się kłócić, by wyrzucić z siebie negatywne emocje lub rozładować atmosferę, gdy między dwójką pojawi się zbyt dużo problemów. Niestety jak to zwykle bywa, ludzie często nie korzystają z tego, tak jak powinni. Np. nie wyciągamy wniosków z rozmów, wykorzystujemy okazję by przerzucić negatywne emocje z pracy / związku na inną osobę, kłócimy się o pierdoły, marnujemy czas mimo że nie ma możliwości dogadania się (powód jest nieistotny). Przykładów jest zbyt wiele, bym zdołał je wymienić. Częściowo wynika to z ograniczonej percepcji (co dodatkowo jest ograniczane przez nasze własne doświadczenia, emocje, egoizm, naturalny opór i inne czynniki), w przypadku rozumienia argumentów drugiej strony, jak i własnej niedoskonałości. Rozwijając, większość z nas nie umie lub nie chce skupić się na argumentach drugiej strony (poświęcić im więcej czasu, dokładnie ich przemyśleć), zamiast tego reagujemy automatycznie. Wielu z nas jest nieświadoma własnych ograniczeń i niewiedzy, względnie zapominamy o nich w "gorączce dyskusji". Nasz mózg działa również inaczej niż komputer, nie mamy dostępu do pełnych zasobów naszej wiedzy / pamięci, a co za tym idzie, nie jesteśmy w stanie wymienić wszystkich argumentów. Dodatkowo jest to ograniczane przez zmęczenie, zaangażowanie w inny temat. Albo chwilę po dyskusji, nasz mózg podsunął nam dobrą ripostę na argumenty oponenta.
Jak napisałem na początku wcześniejszego akapitu, nawet najbardziej błaha i pozornie prosta kwestia, może rozpocząć kilkugodzinną rozmowę. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, każdy aspekt w naszym życiu jest cholernie złożony. Już wieki temu Europejczycy i Japończycy odkryli (pewnie nie tylko oni, ale o nich wiem na pewno), że żeby dogłębnie poznać jakiś temat, trzeba mu poświęcić cholernie dużo czasu. Tylko że nawet wtedy skupienie się na jednym aspekcie było bardzo ryzykowne (a przy dzisiejszym tempie życia, jest to zwyczajna głupota). Dlatego człowiek wybiera sobie kilka innych aktywności, w których jest bardzo dobry. Dla oszczędności czasu, najlepiej wybierać tematy związane z nimi (praca związana z grami -> programowanie / pisanie / grafika komputerowa. Bycie historykiem - polityka, pisanie, wojsko, prawo.) Do tego trzeba poświęcić jakąś aktywność - np. oglądanie filmów czy seriali. Dlatego ludzie dla oszczędności czasu, nieco przyspieszyli rozmowy. Zbyt długie zajmują zbyt wiele czasu i są mało efektowne. Krótkie są mało efektowne przez poświęcenie niewielkiej ilości czasu. Uśrednione również mają swoje wady, ale mają też zalety obu. Rozwój komputerów i internetu dodatkowo ułatwia tę robotę, ale też ją utrudnił (tutaj do spóły razem z kapitalizmem). Dawniej ludzie byli spokojniejsi i choć efekty rozmów nie były znacznie lepsze od cyfrowej komunikacji, to powstrzymaliśmy się przynajmniej od najostrzejszych reakcji. Mogliśmy dostać w twarz, mogliśmy doświadczyć ostracyzmu społecznego lub wyjść na idiotę. Dzisiaj jak przesadzimy, to zakładamy nowe konto i kontynuujemy. Albo blokujemy oponenta i życie toczy się dalej. Przepraszam za tak długi wstęp, chciałem zamieścić w jednym miejscu jak najwięcej informacji, z czego wynikają trudności w rozmowie... A i tak jedynie liznąłem temat.
[Karol]
Sam pomysł na ten tekst, jak dobrze pamiętam, pojawił się gdy po raz kolejny śmiałem się z "poważniej" dyskusji o jakieś bzdurze toczonej w jakimś fandomie. Jak to zwykle bywa, zamieniła się w ściek i wyzywanie swoich matek. I trzeba powiedzieć, że wylosowało się trudne, bo sam tytuł jest mocno kontrowersyjny. No bo jak to nie mają? Dla mnie głównym problemem nie jest sama idea dyskutowania, a jednym z powodów jest jej forma.
Każdy chyba kojarzy właśnie tego typu akcje, kto jest ważniejszy w załodze - Zoro, czy Sanji, czy Goku pokona postać X. Rozmowy które może i na początku prowadzone są z kulturą i w nieco żartobliwej formie, ale w pewnym momencie ludziom coś przeskakuje i najpierw zaczynają traktować ten temat zbyt poważnie i analizują materiał sprzed 300 lat, by na końcu kończyło się wyzwiskami. Z powodu błahego powodu ludziom potrafią puścić hamulce. Tylko po to aby racja była po ich stronie zrobią zbyt wiele rzeczy.
To samo zresztą można powiedzieć o rozmowach na poważniejsze tematy. Każdy kojarzy chyba najróżniejsze kłótnie rodzinne przy stole gdy rozmowa przechodzi na tematy polityczne czy religię. Ludzie wtedy są w stanie poświęcić spokój tylko po to by postawić na swoim.
[Ja]
Bo takie tytuły lepiej się klikają i przyciągają zwolenników i przeciwników tego pomysłu. Taki bait, dzięki któremu odrazu przekierowaliśmy uwagę odbiorców na to, co ważne - nie dyskusje są problemem, a to jak się je prowadzi. Uważam, że nawet w tego typu dyskusjach nie ma nic złego (Goku vs Superman, Goku vs Sailor Moon, kto jest wyżej w hierarchii), bo można z tego wyciągnąć jakąś wartość dla siebie. Można się nauczyć, jak dyskutować, można poprawić angielski, umiejętności researchu, czy lepiej zwracać uwagę na źródła (w tym kontekście, by nie przeglądać ich niedokładnie).
Dobrze że napisałeś ostatnie zdanie, dzięki niemu łatwiej mi będzie powiedzieć moje zdanie. Wydaje mi się, że wynika to z kilku powodów, tak jak w przypadku oglądania seriali typu Świat wg Kiepskich (Polska odpowiedź na Married With Children). Jedni chcą się pośmiać, inni chcą poprawić swoje ego na zasadzie "Jakie to są błazny, dobrze że ja taki nie jestem...", inni chcą sobie zapchać czas lub jeszcze inne powody. Wydaje mi się, że ten problem (kłótnie) występuje głównie w sytuacji, gdy ludziom wydaje się, że chcą porozmawiać lub za bardzo stawiają na swoim. Niekoniecznie z powodu oporu, niektórzy po prostu chcą się poczuć że mają władzę w domu lub nie lubią, gdy to nie ich słowa padają jako ostatnie w dyskusji. Jest jeszcze jeden czynnik, żadna strona nie chce się poddać, tylko obie dążą do konfrontacji. Można to łatwo poznać po tym, jak jakaś strona stosuje jawną lub pasywną agresję, zamiast spokojnie dyskutować bez wyzywania oponenta, skupiając się wyłącznie na wymianie i obalaniu argumentów drugiej strony.
Warto też zwracać uwagę na to, z kim się dyskutuje i na jaki temat. Pewne tematy są dla ludzi kontrowersyjne z różnych powodów, np. temat religii lub seksu triggeruje większość ludzi i z tego powodu, te tematy są uznawane za osobiste. Dlatego w Niemczech kilkadziesiąt lat temu był zakaz rozmawiania na jakikolwiek temat, który może przerodzić się w kłótnię - lepszego / gorszego sportu, filmu, innej perspektywie na cokolwiek. O ile w przypadku ludzi, którzy mniej więcej podobnie patrzą na świat (lub nie kłócą się o fundamentalne kwestie, względnie nie mają zupełnie odmiennego podejścia do konkretnych tematów) można próbować się dogadać i stworzyć jakiś kompromis, o tyle jak ktoś za bardzo się od nas różni, dyskusja będzie bezsensowna. Bo będziemy mieli odmienne zdanie w każdej lub niemal każdej kwestii, nie mając niczego, co by stworzyło nić porozumienia między nami.
[Karol]
No mówię, same rozmowy nie są problemem, a to, że są ludzie którzy rozmowy takie traktują super poważnie. Pół biedy jak po prostu ich podejście objawia się tym, że przeczytają w tydzień run Morrisona o Supermanie by udowodnić, że akurat wtedy był peak poziomu historii z Supermanem, albo przeczytają cały DB w 3 dni, by policzyć ile razy Goku użył Kamehameha. Ale problem pojawia się gdy takie osoby zaczynają prowadzić swoją krucjatę, że Goku bije wszystkich i zaczynają lecieć wyzwiska.
I też chciałem o tym wspomnieć. Dyskusje są fajne do pewnego momentu, gdy obydwie strony okopują się na tyle w swoim zdaniu, że zaczynają być znowu powtarzane te same argumenty. I tutaj nie ważne jaki temat. Czy to nasze rozmowy o HxH, gdzie ja będę uważał Chimera Arc za bardzo przesadnie uwielbiany, a ty wręcz przeciwnie. Po pierwsze, będziemy w kółko używać tych samych argumentów. I to łączy się z kolejną rzeczą, rozmowy na temat gdzie obydwie strony mają bardzo ugruntowane zdanie którego w większości przypadków już nie zmieni się. Ja uwielbiam Gintamę za to, że pozwala sobie na luźne odcinki, przez co dla mnie była zwiększona wolność twórcza, ty nie lubisz, bo chcesz jakiś zarys głównej linii fabularnej. Więc nasza rozmowa o tym, czy Gintama jest uber świetna nie mam sensu, bo nawet próbując odseparować jak najbardziej nasze uprzedzenia i sympatię, nie możemy się ich w pełni pozbyć, przez co stoimy na przeciwległych biegunach w fundamentalnej kwestii.
[Ja]
Zaczynając od końca, obaj musieliśmy się nauczyć pewnych rzeczy oraz lepiej poznać swoje oczekiwania i emocje (bo często ludzie się kłócą przez ich niezrozumienie). Każdy człowiek ma jakieś ograniczenia lub po prostu za rzadko wychodził ze swoich baniek i nie wie, że można inaczej. Albo może być zaburzony (a dzięki medycynie, lżejszym życiu niż mieli nasi rodzice i internetowi, są bardziej widoczni), przez co nie tylko nie wie, że można inaczej, ale przede wszystkim nie jest w stanie. Przynajmniej bez długiego i mozolnego tłumaczenia na różnych przykładach, a to nie jest jedyny problem z osobami zaburzonymi. A często jest to połączenie wszystkich tych problemów. Oczywiście w przypadku naszych sprzeczek były też inne powody, ale z perspektywy czasu stawiam na niezrozumienie emocji i inne oczekiwania. Zanim odbyłem lekcję na ten temat z moją Pani Psycholog, zauważyłem że mniej się sprzeczamy, gdy nie odpowiadam i nie pytam w antagonizujący sposób (lub z negatywnym humorem, mimo że komunikujemy się cyfrowo, można to odczuć). Tak samo jak ja lub Ty parę razy przerwaliśmy dyskusję, gdy zaczęliśmy odczuwać pojawiające się u nas emocje. Tak jak Ci mówiłem, oglądając np. The Good Doctor i parę innych seriali proceduralnych, zrozumiałem za co lubisz proceduralne seriale. Tylko że ja naprawdę chciałem poznać odpowiedź na to pytanie, bo przez wiele lat postrzegałem Twoje chwalenie tego typu formatu, jak oglądanie tekstu Bogurodzicy z czasów bitwy pod Grunwaldem. Niby coś tam rozumiem, ale nie do końca. Co do Gintamy, byłbym w stanie to obejrzeć, ale z lenistwa mi się nie chce. Lata temu myślałem, że nie chcę, a chodzi o coś innego - po prostu nie chce mi się oglądać tego na komputerze, ale leżąc na łóżku przeglądając Streaming? Czemu nie. Z HxH też trochę zmieniłem zdanie, teraz sam się trochę dziwię, jak czytam nadmierne pochwały o Togashim xD. Ale niemniej, to nadal niedoceniany mangaka z bardzo dobrymi pomysłami, a jego system mocy to cudeńko, które wg Karola, jest zbyt rozbudowany.
Pomijając to że nie znamy samych siebie i swoich reakcji, muszę przyznać że przez lata sam nie zwracałem na to uwagi. Tzn. że można coś oglądać niekoniecznie dlatego, że uważamy to za dobre. Coś może nas po prostu relaksować, względnie być naszą bezpieczną przystanią. W Twoim przypadku wydaje mi się, że to City Hunter, FMA, a w moim w pewnym sensie DB albo RTSy, które znam już na pamięć (a jak częściowo zapomniałem, to jest to wyłącznie kwestia przypomnienia). Jakby co, Karol lubi te tytuły bo są bardzo dobre (ja też), ale nie jest to jedynym powodem. I co najlepsze, może być to jeden jeden aspekt, na który większość nie zwróci uwagi.
Po prostu przywiązujemy zbyt dużą wagę do opinii w internecie i poza nim oraz za bardzo angażujemy się emocjonalnie z przedmiotami lub contentem. Jak to powiedział Ziemkiewicz (polski, prawicowy publicysta), ludzie zbyt często kierują się zasadą "dogadania się ponad podziałami", zamiast "dogadania się pod podziałami". No ale to jest normalne, jak nie mamy realnych problemów lub zysku do wygrania (chodzi o to, że jak ludzie obstawiają pieniądze w zakładach lub grożą im konsekwencje, u wielu ludzi aktywuje się proces myślenia "Czy mi się to opłaci?"), to zajmujemy się pierdołami. On the other hand, często kłócimy się z kimś, kto ma rację, mimo że można to sprawdzić. Nie wiem, ile w tym prawdy, bo nie śledzę już mangi OP, ale pewnie pamiętasz, jak z uporem maniaka mówiłem, że Kizaru jest nie do zniszczenia i masakruje ponad 90% bohaterów w OP przez swój Devil Fruit. Chodzi o to, że dzięki niemu, Admirał stał się żywiołem światła i jak to widać w Invincible lub The Boys, różnica w power levelu jest odczuwalna. Albo ok, bo to kontrowersyjny przykład z czasów, jak byłem głupim trollem - regeneracja ludzkiego organizmu. Nawet nie zliczę ile razy, mądrzejsi ode mnie ludzie, wyśmiewali mnie mówiąc że naoglądałem się za dużo DB, mimo że lekarze to wiedzieli 200 lat temu (wiem, bo jestem świeżo po przeczytaniu świetnej książki o historii medycyny). Oczywiście mam na myśli ograniczoną regenerację, a to znacznie więcej niż jej brak. Albo argument Chucky'ego, którym skutecznie zamknąłem Ci usta w krytyce jednego aspektu w HxH i chwaleniu Naruto. Chodzi o zabijanie w battle-shounenach, większość autorów mang ogranicza się do mówienia o tym, a Togashi po prostu dąży do zabicia tych postaci, gdy już to zasugerował ustami bohatera komiksu. Nie chciałem psuć narracji, więc dałem ten argument na końcu - lubiłem dyskutować o Kakuzu vs. reszta. Ludzie oglądający anime wyśmiewali mnie, ale potem przepraszali (a na pewno Pajmon), gdy zobaczyli te same wydarzenia w mandze. Potwierdzili moje słowa, że Kakashi był masakrowany przez członka Akatsuki, jak szmata do podłogi.
[Karol]
Bardziej mi chodzi o to, że nie ma sensu rozmawiać z weganinem o tym, które mięso jest najlepsze. No i trochę to rozwinę. Teraz chodzi mi o dyskusję, która nie wyjdzie na zewnątrz, inaczej byłoby gdyby to był tekst / rozmowa na YouTube. Znowu posłużę się przykładem HxH. Na naszym etapie możemy rozmawiać o tym jakie postacie lubimy, co nam się podobało, nie podobało, czy Pitou jest tak super jak sądzę, czy relacja Gona z Killuą nie jest nieco zwyrolska... Nie chodzi nawet o to, że się będziemy w czymś zgadzać, lub nie, ale wciąż mamy takie pole marginesu, że ani się nie okopujemy na swoich pozycjach, ani nie nakręcamy się, by powtarzać ciągle to samo. No ale to czy uznajemy HxH za dobrego, czy złego... To od dawna nie ma sensu, mamy ugruntowane zdania, które nie zmienią się w znacznym stopniu. Gdybyśmy zaczęli, to ja znowu bym mówił, że postacie są dla mnie w większości nijakie. Chimera się ciągnie jak guma, a jedyne co ratuje go, to to, że jest Pitou która jest mocno niejednoznaczna. Inaczej oczywiście byłoby jak wyszlibyśmy z rozmową za zewnątrz, w tym przypadku trzeba by najpierw ustalić pewne granice, by taka rozmowa nie zamieniła się w pyskówkę. Przedstawiamy swoje zdanie, dajemy miejsce na kilka słów polemiki i trzymamy się tego, by rozmówcy nie zaczęli się powtarzać.
I to nawet nie tak, że musisz być uczestnikiem takiej rozmowy. Może być tak, że masz w pracy dwóch ludzi z których jeden jest nie wiem... fana Marcina Roli (polski, niezbyt mądry alt-rightowiec - Heros) - wyłącz telewizor, włącz myślenie a z drugiej wyborcę Tuska. Pierwszy zacznie o tym jak rządzący to zdrajcy narodu, drugi odpowie, że jest grifterem / kapitalistą i tak będą się kłócić dobre kilkadziesiąt minut. A ty i inni pracownicy muszą tego słuchać, bo takie jest twoje stanowisko pracy i nie możesz się oddalić. Całość się skończy tym, że nie tylko kłócący się będą mieli zły humor, ale i reszta, pomimo tego, że nic nie zawinili. To samo przy świątecznym stole, szwagier zacznie o tym, że Polacy powinni iść z Niemcami na Rosję, ktoś drugi zacznie się z nim kłócić, później temat przejdzie na powstania i to, że Tusk sprzedaje Polskę Niemcom. Te rozmowy mają to do siebie wręcz, że znasz na pamięć ich przebieg, bo za każdym razem toczą się tak samo.
W drugą stronę może być podobnie - mamy rozmowę w której wszyscy się zgadzają ze sobą. Nie jest tak zawsze, ale mogą być takie które będą jałowe. Przykład? Rozmowa o tym, że nie zawsze musimy się ze sobą zgadzać u Bez Schematu. Temat który aż się prosi by zaprosić osoby z przeciwnych stron. Skończyło się jednak na tym, że dostaliśmy 5 osób które przez zdecydowaną większość czasu miały dokładnie takie same poglądy, a to niezgadzanie się pokazywali przez czytanie raz na ruski rok jakiegoś komentarza z czatu, co było śmieszne i bez sensu. Co z tego, że dostaliśmy teoretycznie przez to rozmowę z przeciwnymi poglądami, skoro po pierwsze te przeciwne poglądy przez to były ostro moderowane, a po drugie taka osoba na której komentarz zareagowano praktycznie nie miała szansy obrony swojego zdania, bo była zdana na łaskę tego, że przeczytają jej odpowiedź.
Nie mówię, że takie rozmowy z zasady nie mają sensu, gdzie obydwie strony się zgadzają ze sobą, ale może tak być.
[Ja]
Już miałem się odnosić do filmu z kanału Bez Schematu na bazie początku Twojej odpowiedzi, a tu sam wprost o niej powiedziałeś. Mam dokładnie te same spostrzeżenia. To żadna sztuka dyskutować, gdy dyskutujemy w swoim gronie. Tak jak mówisz, wystarczy wyraźnie zaznaczyć ramy dyskusji, w jakich będziemy się poruszali (co jest normalną praktyką dziennikarską, m.in. po to wysyła się wcześniej pytania), by wszyscy dyskutanci czuli relatywny komfort. Wracając do nas, taka dyskusja byłaby zwyczajnie nudna. Powód jest prosty - ludzie często nie zwracają uwagi na to, ile ich dzieli lub łączy. Dla kogoś spoza naszej bańki, jakakolwiek by ona nie była, jest to wyraźne jak na dłoni. Dyskusja wyglądałaby znacznie ciekawiej, gdybym zobaczył np. Łukasza Stelmacha, Szymona Pękalę (lub Ciebie, czy innego miłośnika popkultury z prawicowym zestawem wartości) i kogoś neutralnego, powiedzmy Czerw Fantastyczny lub Krzysztofa M. Maja. Nie zawsze się z nimi zgadzam, ale widać, że są bardziej centrystami. A wbrew temu, co mówią niektórzy, można mieć wspólne zdanie, nawet mimo wielu różnic. Wystarczy chcieć rozmawiać i nie mieć zbyt emocjonalnego stosunku do sprawy. Np. ja i Desther różnimy się w paru kwestiach bardziej niż ja i Ty, a jak gadamy to zaskakująco często się zgadzamy (albo póki co mieliśmy szczęście i nie pojawił się temat, który by obudził mojego lub jego wewnętrznego trolla, he he). Albo ja i Magda z AnimeLogia, która nieoczekiwanie przyszła mi do pomocy w jednej dyskusji na Bukilandii nt. rzetelnego oceniania anime. Wyjaśnienie dla innych - twierdziłem, że jeśli ma się trochę wiedzy, znamy dobrze temat, to można częściowo obiektywnie ocenić anime. Albo odnosząc się (póki co) krótko do Twojego nawiązania z HxH - im więcej czasu mija odkąd obejrzałem HxH, tym mniej uwielbiam Togashiego i dostrzegam więcej wad, o których mówiłeś Ty i Bufalo (nasz znajomy z jednego forum). Pragnienie oryginalności i nieco mniejsza schematyczność w tworzeniu komiksów niż u Kishimoto, Oda i reszty, tak bardzo mnie zauroczyły, że nie dostrzegałem olbrzymich wad. Albo dostrzegałem je, ale uznałem za mało istotne wady. Kończąc ten wątek, tak dyskusja między 3 dobrze znającymi się ludźmi, może być tak samo wartościowa (i często jest!), ale jednocześnie jest łatwiejsza i przyjemniejsza. Konfrontacja boli, bo trzeba się wysilić (a mózg spala dużo kalorii i jest to wysiłek intelektualny, którego wielu z nas unika po wyjściu z pracy) oraz wiąże się z możliwą klęską. Nawet jeżeli umówimy się na w pełni kulturalną debatę, to tak czy siak to odczujemy, mózg i ego nie lubią się mylić.
Jeżeli chodzi o Twój pierwszy akapit i to co napisałeś o dyskusji, która jest między nami i nie wychodzi na zewnątrz. Wrócę do tego, o czym bodajże wspomniałem we wstępie. To co mówimy i myślimy, to częściowo kwestia losowa, na którą nie mamy wpływu. Z tego co czytałem, można się nauczyć kontrolowania tego i ilości losowych myśli / słów (choćby poprzez modlitwę lub medytację), ale nie da się tego zupełnie wyeliminować. Tak samo jest ze zrozumieniem - czasem jest tak, że możemy powiedzieć generalnie to samo, ale z lepszym doborem słów, pozytywnym przekonaniem i to zadziała. Albo powiedzieć to samo, gdy dyskutant nie jest zmęczony. Ile to razy było tak, że Ty przekonałeś mnie (chociaż częściowo) do swoich racji, mimo że na początku byłem totalnie na nie? Albo to samo, ale w drugą stronę? Kilka razy. Musieliśmy się tego nauczyć. Tak samo jak powinni się tego nauczyć ludzie przy takich rodzinnych okazjach. Ci od debat telewizyjnych (nawiązanie do Marcina Roli i Donalda Tuska) też, tylko że ci mają o tyle łatwiejszą sytuację, że prowadzą program, który polega na takiej bokserskiej walce, ale przy pomocy słów. Przy dyskusjach rodzinnych jest to zbyteczne i powinno się tego unikać, gdy nie można tego poprowadzić w cywilizowany sposób. Wiem, że jest to trudne w przypadku nerwusów jak ja (zwłaszcza gdy to rodzinna okazja, która zdarza się raz, dwa razy do roku), którzy lubią się kłócić i mieć rację, ale można.
[Karol]
Wrócę znowu do kwestii czy postać X pokona Y. Takie rozmowy może i mogą być zabawne, ale kompletnie nie mają sensu. I podam jeden z bardziej znanych powodów rozmów, czyli kto wygra, Batman czy Slade...to znaczy Deathstroke. Kilka (kilkanaście) lat temu to było równie głośne co tematy Goku vs xxx. I jaki jest zasadniczy problem? Mamy dwóch kolesi którzy nie mają żadnych supermocy, i wynik tej walki jest zależny od scenarzysty, jeśli mamy fana Batmana, to Slade zostanie rozsmarowany, jeśli fana Gacka, to Deathstroke kończy w szpitalu. I tutaj mamy walkę na poziomie kolesi pokroju Błachowicza, czy innego McGregora. Ktoś powie, że mamy takie pojedynki, gdzie różnice poziomów mocy pomiędzy przeciwnikami są wyraźne. No i wciąż wracamy do scenarzysty. W DBS Muten Roshi pomimo tego, że teoretycznie przestał być użyteczny już dawno, to wciąż był w stanie narobić rabanu na turnieju mocy. Możemy wziąć nawet dużo bardziej policzalne sprawy i na końcu wyjdzie, że dyskusja jest bezcelowa. XBox vs Playstation, Intel vs AMD, nVidia vs Radeon. W poprzedniej generacji fani Sony powtarzali, że PS niszczy konsolę MS, bo jest mocniejsza, teraz gdy sytuacja jest odwrotna, nagle moc przestała mieć znaczenie. To samo z kartami graficznymi i procesorami, jak jedna ze stron przegrywała mocą, to ważniejsza była cena albo pobór mocy, gdy sytuacja się odwróciła, to nagle moc przestawała mieć znaczenie. Więc tak, jeśli mówimy o sprzęcie, to (nie licząc osób które nie są zainteresowane technikaliami i biorą to co się im poleci) to pomimo tego, że osoby próbują uchodzić za takie które biorą wszystko racjonalnie, to i tak są przyklejone do swoich obozów. Stąd ludzie kupowali piekarniki GTX400, procesory praktycznie bez zalet - Buldożery od AMD, czy wielką wtopę Intela - Pentium 4. I dyskusja z takimi osobami nie miała sensu. Nie ma sensu nawet gdy mamy dość wyrównane podzespoły, bo takie rozmowy będą się kończyć od wyzwisk, że jest się wyznawcą którejś z korporacji.
[Ja]
Tak, niemal wszystkie tego typu dyskusje nie mają nawet marginalnego wpływu na nasze życie. Czy raczej ich wynik, bo sama dyskusja może zweryfikować nasze przekonania lub uzmysłowić nam, że czegoś nam brakuje (panowania nad emocjami, rozsądnego gospodarowania gotówką, czasem). Co do walk, mogę to odbić. Przykład Deathstroke vs Batman - Amerykańskie komiksy są tworzone przez różnych autorów i nie jest to ich własne uniwersum, więc nie będą zwracali uwagi na drobne odstępstwa (w przeciwieństwie do fanów, czy autora). No i niektórzy autorzy nie są zainteresowani tym aspektem - ja mogę zwracać na to uwagę, Ty na coś innego. Tak jak niektórzy w muzyce szukają fajnego rytmu, inni pobudzenia emocjonalnego (lub wyciszenia), ciekawych sentencji, tekstów. Inni chcą się po prostu dobrze bawić.
Wspomniałem o tym, że patrzymy na świat przez różne warstwy i filtry, autorów również to dotyczy. Dodam do tego coś jeszcze - scenariusz to narzędzie, jak młotek, czy pistolet, który można wykorzystać w różny sposób (do organizacji wesela, koncertu znanej gwiazdy, napisania planu na film, serial, książkę etc.). Często ludzie narzekają, że protagonista lub przeciwnik, np. nie atakują odrazu pełną mocą, tym samym eliminując zagrożenie jeszcze przed rozpoczęciem walk. Mogliby to robić, ale często jest to trudne do zrobienia, bo nie ma zbyt wielu tytułów na których można się wzorować oraz trzeba bardzo przemyśleć całą fabułę, bo łatwo o plot-hole. Szybkie rozwiązanie problemu, jest cechą pożądaną w przypadku konieczności zajęcia się rzeczywistym problemem lub odnosząc się do tematu, konkretnego i konsekwentnie napisanego scenariusza, gdzie taka szybka eliminacja jest uzasadniona. Łatwiej jest dać jakieś ograniczenie osłabiające protagonistę, co niekoniecznie musi być złe - po prostu wielu autorów źle do tego podchodzi. Wracając do oceniania, ludzie, jak już ustaliliśmy, różnie rozumieją znaczenia słów i dla kogoś dobre może oznaczać 7/10, dla kogoś innego 10/10, dla kogoś jest to prosty dualizm dobre / złe lub "po prostu działa, reszta mnie nie interesuje".
Rozwijając to na przykładzie Deathstroke vs Batman - nie znam tych komiksów, ale odniosę się do Twojego przykładu. Autorzy za bardzo skupiają się na wybranych przez siebie warstwach. Nie ma w tym nic złego, każda praca, sztuka, cokolwiek co robimy, musi być zrobione zgodnie z pewnymi regułami, by było dobre (czyli jeżeli tworzymy komiks akcji, nie może być on nudny i mieć kiepskie rysunki). W przypadku fizycznych obiektów, jest łatwiej, ale prowadzenie dyskusji lub ocena danego dzieła, to kwestia niewidoczna. Nawet jak prowadzimy ją w formie pisemnej lub tworzymy dzieło, to ma ono początek w naszej głowie, oraz oddziałuje na myśli i emocje zgodnie z definicją dzieła kultury. Przenosząc przykłady z warstwami na przytoczoną przez Ciebie walkę Roshi vs Jiren - twórcy zrezygnowali z warstwy realizmu (Muten Roshi był już bezużyteczny w walce z Piccolo Daimao, więc Jiren powinien wysłać go na intensywną terapią puszczając w jego stronę ciche pierdnięcie nasączone energią KI). Ale dodali za to warstwę nostalgii i emocji dla starszych fanów - nie znam nikogo kto by narzekał na udział Muten Roshiego pomijając argument realizmu.
Do jakich dyskusji, seriali, książek, gier etc. lubimy wracać? Każdy ma własne kryteria, ale wydaje mi się, że mogę wskazać jedno uniwersalne kryterium. Chodzi o poświęcenie mu odpowiednio dużo czasu na poprawę i ewentualnie dodanie brakujących elementów, które są oczywiste, ale nie zwróciliśmy na nie uwagi w trakcie pisania lub planowania. Przykłady walk, które podałeś, pewnie są fajne pod względem kreski, wyjściowego pomysłu, wykorzystania wad i zalet postaci, ale czy na pewno zostały przemyślane? Czy twórcy dostali odpowiednio dużo czasu, by to dopracować? A może zaczniemy od tego, jaki stał za tym zamysł? Bo zarówno proste serie, jak small talki mają swoje miejsce w naszym życiu, często zaspokajając podstawowe potrzeby. Po prostu te głębsze, bardziej przemyślane, posiadające więcej warstw (lub są oryginalne, niecodzienne, czyli Jiren vs Muten Roshi) zostają z nami na dłużej, bo bardziej z nami oddziałują. Tak samo dyskusje, w których ktoś miał dobrą formę i jego mózg wskazał bardzo trafnie przyczynę, unikając czysto emocjonalnych argumentów. Albo inny, lepszy przykład - dwie osoby dyskutują na temat, który dobrze znają. Pewnie każdy z nas zaznał uczucie wewnętrznego wstydu, gdy ktoś rozbił nasze argumenty lub wskazał ich prawdziwą przyczynę, niejednokrotnie wprawiając nas w zakłopotanie z różnych powodów. Ego nie lubi takich sytuacji, więc zapamiętujemy tę dyskusję. Co nie znaczy, że proste historie / proste dyskusje są złe. W końcu z jakiegoś powodu po dziś dzień uwielbiamy Doom 1, Tetrisa, Super Mario lub inne doskonałe w swojej prostocie gry Nintendo (można nie lubić wielkiego N, ale trzeba oddać Cesarzowi, co Cesarskie). To że coś jest proste, nie oznacza że nie zostało przemyślane. W przypadku nowszych gier od Nintendo, są to liczne mechaniki i wykorzystane do maksimum możliwości konsoli. W przypadku Doom - level design, poziom rozgrywki, dynamika, przyjemność ze strzelania.
Nie chcę tworzyć kolejnego elaboratu, bo Was zanudzę, więc odpowiedź na konsole, procesory etc. ograniczę do minimum. Czy w zasadzie powtórzenia swoich słów. Przytoczone przez Ciebie przykłady, to w miażdżącej większości próby zabicia czasu, wywołania jakiś emocji lub wyciszenia ich. Większość ludzi, a nawet ci naprawdę utalentowani i inteligentni, działa odruchowo. Im większa świadomość, wiedza, inteligencja, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że to pierwotne odruchy ego. Widzimy też szerzej i głębiej - np. dopuszczamy do siebie możliwość pomyłki, widzimy że reakcja drugiej strony nie jest merytoryczna (nie dyskutujemy o parametrach PS5, czy nowego Xboxa lub dyskutujemy, ale przez niewiedzę lub ignorancję, skupiamy się na bzdurach). Czasem do tego potrzeba czasu i szerszej perspektywy, a takie dyskusje służą rozładowaniu emocji / frustracji tu i teraz.
[Karol]
Na zakończenie dodam coś co odkryłem kiedy powoli zacząłem odrzucać wszelkie kanały, które żywią się tylko tym, że będą jeb... Krytykować wszystkie filmy / gry, które im się nie podobają. Nagle człowiek przestał się irytować na wszystko. No bądźmy szczerzy, jako jednostka nie mam wpływu na to, czy Disney nie zmasakruje jakieś marki z mojego dzieciństwa, czy na to, że Amerykanie wybrali Trumpa i teraz co dwa dni mamy światowy burdel. Więc w popkulturze zostaje mi jedynie głosowanie portfelem, a w polityce walka na naszym lokalnym podwórku. I dlatego kanały które lubiłem jak 300kultura poszły u mnie w zapomnienie, bo jeśli ktoś wypuszcza w ciągu roku 8 materiałów o tym jak Śnieżka będzie badziewna, to przepraszam, ale nie chcę się karmić jego goryczą. Wolę obejrzeć jeden treściwy film u Na Gałęzi albo u Kinomaniaka (Wybór kanałów przypadkowy).
[Ja]
Ja niestety, ciągle lubię oglądać lub słuchać materiałów, w których ludzie narzekają na gry. Albo inaczej, bo sytuacja się nieco zmieniła przez ostatni rok. Ograniczyłem oglądanie / słuchanie contentu z kanałów, które mnie wkurzają oraz gamingowych grifterów. W przypadku tych pierwszych, słucham tylko tych materiałów (lub ich fragmentów), które naprawdę mnie interesują. W przypadku tych drugich, staram się pomijać materiały nastawione na kapitalizację negatywnych emocji. Czyli wszystkie materiały o Avoved, AC: Shadows, które przypominają o tym, co mówili w kilku poprzednich filmach dokładnie o tym samym. Dzięki temu mam zauważalnie lepszy nastrój oraz jestem bardziej cierpliwy.
Zgadzam się co do głosowania portfelem. To najlepsza metoda działania, bo review bombing, plucie jadem w różnych miejscach w internecie (i nie tylko) wymaga od nas więcej pracy oraz (do pewnego stopnia) wspiera developerów słabszych gier. Daje im darmowy marketing, zasięgi w sieci, niektórzy kupują bo lubią grać / oglądać słabe gry / filmy, inni myślą wprost przeciwnie i starają się wesprzeć twórców z uwagi na chamskie komentarze. A tak milczymy na jej temat, nie płacimy za nią, temat sam umiera. Na koniec powiem tak... Sam mam problemy z ekspresją i kontrolą emocji. Tak samo przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo źle wpływają na mnie złe nawyki i hodowanie własnych frustracji. Nie tylko ja mam taki problem, więc jeśli widzisz, że hate-watching sprawia Ci przyjemność, zastanów się nad tym. Dla samego siebie. Takie "zainteresowania" mogą Cię zaprowadzić do miejsc, które pogłębią Twoje frustracje, stworzą nowe, a na pewno zmarnują Twój czas. Który możesz przeznaczyć na cokolwiek, choćby drapanie się po dupie na polanie. Byleby była to Twoja, w miarę świadoma decyzja, która nie jest podyktowana przede wszystkim emocjami lub negatywnymi nawykami.
Źródła obrazków:
https://witrynawiejska.org.pl/2023/08/28/dlaczego-warto-rozmawiac/
https://e-sklep.coolpack.com.pl/blog/blog/jak-rozmawiac-z-dziecmi-o-uczuciach-milosc