Gdy kilkukrotnie pisałem o tym filmie w moich przeglądach newsów ze świata anime, filmów, streamingu, seriali etc. to spodziewałem się produkcji na poziomie "Tyler Rake" z Netflixa - niezły film z prostą fabułą, który można sobie puścić w tle do rozmowy z kumplami przy piwie lub z dziewczyną. Nie oglądałem trailerów, a dotychczasowe produkcje dla streamingu częściej mnie zawodziły niż zaskakiwały (i nie mam tu na myśli budżetu, bo jak Netflix musi, to potrafi wywalić dużo pieniędzy, stać ich na to mimo produkowania całej masy treści o wątpliwej jakości). Nie jestem też miłośnikiem tego typu produkcji, a Michael B. Jordan choć jest obiecującym aktorem, to nie wyrobił sobie jeszcze renomy bym mógł oglądać filmy z jego udziałem w ciemno. Owszem, jest dobry i mówiłem to jeszcze przed obejrzeniem tego filmu, ale bycie dobrym aktorem nic nie znaczy - dobrych aktorów, podobnie jak dobrych książek, filmów, anime jest w chuj dużo. Za dużo by pamiętać lub poznać je wszystkie. Zatem u mnie wyglądało to tak - nie mieliśmy co oglądać z moją dziewczyną, nie miałem nawet pomysłu co by tu włączyć, więc postanowiłem sprawdzić "Without Remorse". Pomyślałem sobie - "no, może będzie fajny film do pogadania i zaśnięcia na łóżku". Byłem po kilku piwkach, więc zasnąłbym jak dziecko. I tu się po raz kolejny pomyliłem.
Zanim przejdę do opisu fabuły, to parę słów wstępu. "Without Remorse" jest oparte na książce Toma Clancy'ego z 1993. Nie znam pierwowzoru, jak również pozostałych jego książek. Jednakże od dziecka jestem miłośnikiem gier komputerowych oraz lubię klimaty dotyczące wojny, wojska, służb specjalnych itd. Poza tym mój wujek (o którym czasem wspominam, gdy piszę o rzeczach dotyczących mojego dzieciństwa) czytał jego powieści oraz był fanem filmów na ich podstawie, więc siłą rzeczy miałem jakiś kontakt z tym tematem. Nie wiem, czy Tom Clancy jest dobrym pisarzem, ale skoro był przez tyle lat popularny i chętnie czerpano z jego prac i wiedzy, to musi być co najmniej niezły. Film z 2021 roku opowiada podobno taką samą historię (choć z kilkoma zmianami, wszakże sporo się zmieniło przez niemal 30 lat) - doświadczony komandos John Kelly, który służył m.in. w Syrii, został wzięty na celownik wraz z kolegami ze swojej grupy uderzeniowej. Są oni mordowani przez nieznanych sprawców. Pech chciał, że zamordowano nie jego, a żonę która nosiła w sobie ich dziecko. Mieli plany na piękne życie, które zostały zniszczone przez jedną noc. John Kelly podczas poszukiwania zleceniodawców morderstwa, wpada w głęboki spisek. Spisek, w którym zarówno on, jak i ludzie po drugiej stronie, są jedynie pionkami, a gra toczy się o dużo większą stawkę niż mogłoby się początkowo wydawać. Dalej nic nie powiem. Historia nie jest zaskakująca, jak np. "Gone Girl", czy pełna zwrotów akcji jak serial "Dark", ale została na tyle sprawnie napisana, że nie chcę psuć Wam wrażeń. Powiem tak - to dość prosta opowieść, nie ma zbyt wielu bohaterów, ale została napisana przez dobrego scenarzystę. Jestem zbyt kiepski w temacie służb specjalnych, więc nie powiem Wam, jak jest pod względem realizmu, ale mogę powiedzieć, że jako show sprawdza się bardzo dobrze. Trochę jak "WarCraft 3", czy pierwsze "Gears of War" - standardowa historia, którą gdzieś już widzieliście w tej czy innej formie raz lub kilka razy, ale napisana w dobry sposób. Bez zbędnych dialogów, niepotrzebnych postaci, bez dłużyzn, z odpowiednio przedstawionym światem. Film trzyma w napięciu od początku do końca.
To nie tylko zasługa scenarzysty, ale również aktora. Jak już mówiłem, choć lubię Michaela B. Jordana za rolę Adonisa Creeda lub Killmongera z "Black Panther", to przed zobaczeniem "Without Remorse", był dla mnie po prostu dobrym aktorem. W sumie nadal nim jest, ale dzięki tej roli, to będę patrzył przychylniejszym wzrokiem na kolejne dzieła z jego udziałem. Lubię go oglądać na ekranie, ale nie oglądam filmów z jego udziałem, jeśli nie zaciekawił mnie trailer lub jego tematyka (w przeciwieństwie do np. Kevina Spacey). Po tym filmie, to się raczej zmieni. Zagrał zaskakująco dobrze zarówno jako wściekły mąż, który nie umie się powstrzymać przed chęcią zemsty, jak i profesjonalny komandos. Czuć w nim było gniew, smutek, żal, pokazał wszystkie te emocje w prawdziwy, nie sztuczny sposób, przez co skojarzył mi się z Cezarym Pazurą (jeśli chodzi o sferę emocjonalną) oraz Marcinem Dorocińskim (w kwestii realistycznego przedstawienia dobrze przeszkolonego mundurowego) z najnowszej części "Psów" Władysława Pasikowskiego. Być może moja ocena wynika z sympatii względem Michaela B. Jordana lub faktu, że polubiłem "Without Remorse" - nie wiem. Wiem natomiast, że zagrał co najmniej dobrze, ale nie wybitnie. Jeśli chodzi o pozostałych aktorów, to praktycznie ich nie ma. Albo inaczej, byście mnie dobrze zrozumieli - zostali odpowiednio wykreowani, mają swój udział w historii, pod tymi i resztą względów nie mam powodów do narzekań, ale akcja skupia się przede wszystkim na Kellym. Oni pełnią jedynie rolę jego pomocników albo NPC, z którymi wchodzi w interakcje. Być może nieco umniejszam ich role, bo przez alkohol nie zapamiętałem ich zbyt dobrze, ale nawet jeśli popełniłem błąd, to nie jest on jakiś duży, bo jak już mówiłem, pełnią oni głównie rolę dodatku.
Mimo moich pochwał względem aktora, to nie uważam go za największą zaletę "Without Remorse". Moim zdaniem są to sceny akcji, które świetnie współgrają ze scenariuszem (są konkretne, szybkie, bez zbędnych dodatków psujących wrażenia) oraz brutalność. Nie wiedziałem, że film ma kategorię wiekową +18, toteż byłem dość mocno zszokowany, gdy zobaczyłem pierwszą mocną scenę, która normalnie zostałaby ocenzurowana lub w najlepszym razie, odpowiednio stonowana i ugrzeczniona. Nie jest to festiwal gore, nie mamy tu brutalności rodem z najnowszego "Rambo", polskiego "Wołynia" lub niedawnego "Mortal Kombat", tylko realistyczne przedstawienie tego, co żołnierze i członkowie służb specjalnych widzą na codzień - brutalności. Krew, złamania, rany postrzałowe, czy inne przypadki nie są tutaj pudrowane i widzimy pełne sekwencje. Jeśli chodzi o moją ulubioną scenę, to najbardziej podobało mi się moment, gdy Michael spowodował wypadek, a następnie podpalił samochód, wcześniej polewając go benzyną. Była mocna, badassowa i klimatyczna. Co do realizmu, to powiem tak - mogę się mylić, bo moja wiedza na temat służb specjalnych i ich działalności jest fragmentaryczna i pobieżna, ale film przynajmniej sprawia dobre wrażenie. Nie mamy tu do czynienia z One Man Army, jak w przypadku wcześniej wspomnianego "Tyler Rake" lub klasyków z gatunku kina akcji. Bohaterowie poruszają się tak, jak trzeba, nie mają głupich ruchów, nie są niezniszczalni ani wszechmocni. Nie jest to może 100% realizm, ale jest zdecydowanie bliższy 1 części "Rambo" i podobnym produkcjom.
Podsumowując, jest to prawdopodobnie najlepszy film jaki widziałem na streamingu (mam na myśli oryginalne produkcje) jaki dotychczas widziałem. Tak jak przy każdej produkcji Netflixa widać, że to filmy z drugiej ligi, tak tutaj nie czułem jakby to była produkcja, która miała pierwotnie trafić do kina, ale z racji niskich ocen, to studio postanowiło ją sprzedać jakieś platformie streamingowej (względnie powstała jako zwykły zapychacz ramówki, dla odmiany po kilkunastu serialach). Nie jest to coś wybitnego, nie wpłynie również na Wasz światopogląd lub pokaże Wam coś, o czym dotychczas nie wiedzieliście... No chyba, że nie wiecie o operacjach typu False Flag, prowokacjach na które pozwalają sobie różne mocarstwa etc. ale skoro śledzicie mój blog, to pewnie już o tym przeczytaliście w którymś z moich tekstów. Niemniej, jest to solidny produkt, któremu trudno cokolwiek zarzucić. A przynajmniej ja nic takiego nie dostrzegam - może wyprowadzicie mnie z mylnego wrażenia? Ode mnie film dostaje ocenę 8/10. Solidne, męskie kino, które raczej spodoba się wszystkim tym, którzy narzekają na współczesną kinematografię.