Tekst napisałem 2 miesiące temu, ale nie miałem wcześniej możliwości by go opublikować.
Serial "Gra o Tron" nie jest idealny, momentami spada poniżej poziomu, który uważam za "dobry" (a za taki przyjmuję ocenę 7/10), ale część krytyki wobec niego jest albo przesadzona albo niesłuszna. Być może kiedyś twierdziłem co innego, nie pamiętam już w 100% wszystkich moich wpisów, dlatego mówię o tym na początku zanim ktoś wypomni mi hipokryzję. Oglądam go po raz drugi i faktycznie, niektórych wad nie dostrzegłem przy 1 seansie, a znaczenie paru innych zrozumiałem dopiero teraz. Jednakże z drugiej strony, dostrzegłem też kilka nowych zalet, jak również niektóre zdecydowanie bardziej doceniłem. Co prawda nadal nie uważam GoT za genialny serial (poza 1 sezonem, który IMO najmocniej lśni blaskiem oraz niektórymi dłuższymi segmentami kolejnych sezonów), ale też nie twierdzę, by jakiś sezon (poza finałowym) był wyjątkowo żenujący. Moim zdaniem, mimo że im dalej, tym nudniej, to duża część krytyki spadła na nich w trakcie emisji finałowego sezonu. Gdyby trzymał on lepszy poziom, to zostaliby przychylniej ocenieni, a Disney nie odebrałby im filmu "Star Wars", który mieli zrobić. Moim zdaniem korporacja postąpiła słusznie, bo ta dwójka zepsuła tę franczyzę na sam koniec. Mieli gigantyczną i bardzo mocną markę, która straciła dużo mocy przez chęć szybkiego domknięcia serialu i rozpoczęcia kolejnych projektów. Za błędy w pracy się płaci. Podejrzewam, że gdyby było inaczej, to dostalibyśmy wcześniej dawno temu zapowiedziane spin-offy (chyba nawet w okolicach 4, czy 5 sezonu). No i raczej by nie zaczęli od "House of Dragon", który może przywrócić chwałę temu serialowi. Serial jest zbyt dobry, by powiedzieć że był porażką. Natomiast mogę z całą pewnością nazwać go rozczarowaniem, bo był potencjał na coś dużo lepszego, a dostaliśmy niezłą adaptację książki (taką na 6,7/10) i trochę lepsze show. Show, którego poziom był ciągnięty w górę głównie dzięki postaciom i scenariuszowi pierwowzoru, którego showrunnerzy nie byli w stanie sensownie rozwinąć.
Zgodzę się, że serial już wcześniej miał swoje błędy i uproszczenia - np. bitwa ze Stannisem, wątki niektórych postaci (Daenerys w 2 sezonie lub jej późniejszy wątek z Dothrakami), mało interesujące fragmenty, które można byłoby ominąć, a widz niewiele by stracił, zbyt wiele nudnych, przegadanych odcinków, których było coraz więcej, wraz ze zbliżaniem się do zakończenia. Nie chodzi mi o krótkie bitwy, bo to mogę zaakceptować - HBO wrzuciło pieniądze w aktorów, kostiumy, scenografię, efekty specjalne (smoki nadal świetnie wyglądają), więc przymykam oko na ich długość oraz skrótowe przedstawianie ich poszczególnych etapów. Chodzi o to, że część z nich została źle przemyślana i napisana, nudno przedstawiona, zbyt szybko poprowadzona lub po prostu nic nie wnosiła do treści. Nie zapisywałem każdej bitwy, czy przykładowej sceny, bo oglądam serial z Asią, a ta się wkurza jak za często zapisuję swoje spostrzeżenia na komórce podczas wspólnego oglądania, więc wybaczcie, że nie będę mówił o szczegółach.
Generalnie wbrew opinii wielu fanów, te nieudane elementy nie pojawiły się nagle wraz ze spadkiem poziomu GoT. One były tam od zawsze, ale z uwagi na to, że działo się wiele rzeczy + fabuła była lepsza (a nie była bez sensu i banalnie poprowadzona, jakby pisał ją nastolatek, względnie niedoświadczony scenarzysta, który nie zwraca zbyt wiele uwagi na logikę i spójność danego uniwersum), to człowiek na to nie zwracał uwagi. Albo inaczej, jak to kiedyś mój kolega zauważył, gdy ogląda się jakiś serial lub anime jeden odcinek po drugim (bing-watching), to nie zwraca się uwagi na błędy, jak przy ponownym seansie lub oglądaniu 1 odcinka dziennie. Oczywiście, wymagający lub krytyczny widz dostrzeże to odrazu, ale czasami jest to niepotrzebne narzekanie. I żeby było jasne, moim zdaniem (bo w tej kwestii nie jestem 100% pewny), to nie końca wynika z winy twórców serialu. Książkę pisze jedna osoba, stąd łatwiej o spójną wizję, a jeśli taki autor jest utalentowany i ma "duży mózg", mówiąc obrazowo (jak np. Eiichiro Oda, który doskonale dba o konsekwencję i spójność w swoim "One Piece"), to będzie miał łatwiej. Tworząc serial, nie zawsze da się w 100% oddać książkę i niektóre rzeczy trzeba zmienić lub uzupełnić. To co nie przeszkadzało w książce, to może popsuć serial. Poza tym, akurat tej dwójce udało się zmienić kilka rzeczy na + względem książek. Te czytałem dawno temu i nie pamiętam ich tak dobrze, więc ograniczę się do jednego - wątku Lady Stark. Ta po zbiorowym fatality, nie umarła - została czymś w rodzaju banshee i zombie, jak Sylvanas w "WarCraft 3". Z drugiej strony, jak już pisałem, z uwagi na strukturę i wielowątkowość serialu, niektóre postacie muszą się zatrzymać i stać w miejscu, czekając na swoją kolej (jak np. NPC w grach komputerowych). To jednak działa w przypadku gier, niektórych anime, czy książkach - nie w serialu. Anime mimo wszystko to nadal nisza, co widać po porównaniu box-office'ów filmów i japońskich kreskówek, więc fanom tamtych serial, łatwiej jest to przełknąć z uwagi na znajomość większej ilości gier, książek. Ludzie przy oglądaniu serialu, zaczęliby się pytać i reagować np. tak - dlaczego musimy czekać na dalszy los naszego ulubionego bohatera? Jak to, tylko tyle był w tym sezonie? Albo tak - kończę z GoT, zresztą i tak oglądałem go tylko dla postaci lub wątku X. Dlatego twórcy muszą czasem wymyślać własne pomysły, które z reguły są jak hamburger przy dobrym obiedzie - czuć że nie jest to pełnowartościowy posiłek. No chyba, że jest to solidnie przygotowany kebab, jak Lady Stark, to granica się zaciera. Jednak żeby być uczciwym, to Martin miał więcej udanych pomysłów, jak również sensowniej poprowadził całą dotychczasową historię.
Niestety, takich kebabów nie mamy zbyt wiele w GoT. Pierwszy sezon rozkładał pionki po planszy i był świetnym wprowadzeniem do historii, nie był też tak obszerny, więc tu nie było powodu do zapychania dodatkowej treści lub jej streszczania. W przeciwieństwie do drugiego, który adaptuje najdłuższy tom powieści George'a R. R. Martina i robi to bardzo skrótowo. Bitwa z wojskami Stannisa, została skrócona do jednej nocy wyglądającej jak szybka potyczka. Jakby gang kilku lokalnych watażków sprzeciwił się księciu, zebrali max 200 ludzi i zrobili szturm na mały zamek księcia. Nie pamiętam tego wydarzenia z książki, ale nawet jeśli brat Roberta poniósł klęskę w ciągu jednej nocy, to Martin chociaż to porządnie opisał. Tutaj nie widzieliśmy prawowitego króla, który chce odebrać to, co swoje, a jakiegoś nieznaczącego lorda. Historię cebulowego rycerza skrócono do kilku zdań i jeśli akurat głośno ziewaliście lub kichaliście, to mogliście ominąć ten motyw. Albo blizna Tyriona - w książce to była obrzydliwa rana, jeszcze gorsza niż Eskela z "Wiedźmina", która tutaj została sprowadzona do poziomu zwykłej rany po draśnięciu mieczem. Resztę uproszczeń zapomniałem, ale pamiętam moją rozmowę z kolegą, który wypisał mi dokładną ilość wątków. Po tym postanowiłem przeczytać wszystkie książki i cóż... Nie kłamał, naprawdę dużo pominięto. A skoro tyle nie pokazano, to co dostaliśmy w zamian?
Młoda matka smoków, która w zasadzie nie zrobiła nic ciekawego, jej wątek w zasadzie stanął w miejscu, ale trzeba było kontynuować, bo smoki zdobyły powszechne uznanie na świecie. Tak jak Baby Yoda z "The Mandalorian". Jak pokazał serial "Witcher", wielu ludzi nie widzi lub nie rozumie, że serial może się dziać na przestrzeni wielu lat (lub na znacznie większym obszarze niż jeden kontynent). To że u postaci X minęło kilka miesięcy, nie oznacza że u bohatera Z minęło tyle samo czasu (a my widzimy streszczenie aktywności innych bohaterów z okresu np. 2,3 miesięcy, co jest nam przedstawione jakby minęły dwa dni - i odwrotnie, w zależności od potrzeb reżysera i showrunnera). Ludzie by narzekali, przełączali na inny kanał "Bo ten serial to takie głupoty są, akcja się dzieje, a ona stoi w miejscu!". Każda z postaci musi coś robić, jak głupie lub słabo napisane by to nie było - w najgorszym razie poświęci się im mniej czasu, jedynie delikatnie posuwając jej wątek do przodu. Za drugim razem nie przeszkadzał mi wątek Matki Smoków, ale za pierwszym byłem wybitnie znużony, wręcz zły. Wydaje mi się, że wynikało to z dwóch powodów. Pierwszy to fakt, że wtedy nie było tylu odcinków i traktowałem to jako zmarnowany potencjał. Drugi, że byliśmy wtedy przed masowym produkowaniem seriali dla Netflixa i innych. Czy streaming wpłynął na to? Nie jestem ekspertem, więc szczegółowo się nie wypowiem, ale na pewno miało to jakiś wpływ na np. obniżenie standardów. Jeśli nie producentów, to naszych. Im więcej słabych produkcji oglądamy, tym bardziej się do nich przyzwyczajamy. Jasne, w przeszłości też zdarzały się idiotyzmy, jak w wielu produkcjach Netflixa (lub nieco rzadziej - HBO), ale jest ich coraz więcej, a czasami osiągają poziom pierdolonego absurdu (tak Netflix, mam na myśli przede wszystkim ciebie). Wracając do Daenerys - może to moje czysto subiektywne wrażenie, ale moim zdaniem nuda wynika bardziej z tego powodu, że ta postać poza Smokami, wyniosłym, szlacheckim sposobem bycia, nie ma nic ciekawego do zaoferowania widzowi. Jasne, ma bad-assowe sceny, lubi być postrzegana jako sprawiedliwa i rozsądna, ale to zwyczajna dziewczyna, która ma smoki i to jest jej głównym atutem. Poza tym jest rozpieszczona i ma wąski zakres percepcji z racji młodego wieku oraz życia w luksusie (względem większości mieszkańców tego uniwersum). Po prostu mało ciekawa postać, która nie daje zbyt dużych możliwości na jej przedstawienie. Mówię to rzecz jasna z perspektywy 1 i 2 sezonu, bo w późniejszych sezonach jest parodią samej siebie. Od pewnego momentu, śmiałem się za każdym razem jak długo wymieniała swoje tytuły. Nie wspominając o jej porwaniu do świętej Ziemi dla Dothraków - kolejnego zbędnego pomysłu, bo scenarzyści nie mieli co z nią zrobić.
Korzystając z okazji, wspomnę też o tym, że serial później wprowadził ród Karstarków, którzy w książkach byli od 1 tomu (dziękuję Sharik, że mi przypomniałeś) lub kilka postaci zostało wprowadzonych na krótki moment, byleby tylko ich zaraz potem zabić. A nawet jeśli przeżyli, to i tak nagle się pojawili, a scenarzyści długo nie mogli im znaleźć sensownej roli - np. Euronowi i jego starszemu bratu. Ten pierwszy miał kilka dobrych scen i ogólnie podobała mi się jego kreacja, ale tak za 1 seansem, jak i 2, nie mogłem odrzucić od siebie myśli, że został dodany tylko dlatego, ze po stronie Cersei było zbyt mało istotnych postaci. Wraz z każdym kolejnym sezonem, źle przemyślanych lub zbędnych postaci, jest coraz więcej. Jest to bolączka wielu seriali, zgadzam się, często nie mają większego znaczenia, również się zgadzam, ale mogą służyć do budowania lub pokazywania widzowi jednej z głównych postaci. Można to jednak zrobić częściowo dobrze, jak np. "Wiedźmin" od Netflixa, mam tu na myśli konkretnie wątek Ciri po ucieczce z zamku. Dzięki zmianom względem książki, odbiorca lepiej ją poznał i zrozumiał charakter Dziecka Przeznaczenia. Ponownie, książki mogą sobie na takie rzeczy pozwolić, ale jeśli reklamujesz serial (lub np. film) jakąś postacią mówiąc, że jest ważna, to trochę słabo jest, gdy niewiele można o niej powiedzieć lub ma mało czasu dla siebie (patrzę na Ciebie Zendaya z "Dune"). Czarnoskóry Elf nie był co prawda nawet dobrą postacią, ale mogłem go określić jako niezłą w porównaniu do innych z tej adaptacji. Lepiej oceniam natomiast wątek tej szlachcianki, która została zamordowana przez służącego w obozie. Każdy z tych wątków pokazał nam jej charakter i tak, można to było zrobić lepiej, ale tragedii nie było i miejmy nadzieję, że drugi sezon to poprawi. Jak nie poprawi, to nie zapomnę tego skrytykować. Żeby nie było, częściowo zgadzam się, że nie powinno się tłumaczyć niekompetencji ws. scenariuszopisarstwa. Ok, ja rozumiem, że showrunnerzy nie zawsze mają czas na dopracowanie scenariusza i załatanie jego dziur, bo producent każe już teraz kręcić zdjęcia do kolejnego sezonu, ale "Gra o Tron" daje jeszcze większe możliwości do dodania dodatkowych wątków niż "Wiedźmin". Widzę to szczególnie po drugim seansie, jak bardzo puste są kolejne sezony. Wcześniej działo się dużo więcej, teraz sceny są aż za bardzo przeciągane. Wracając do tematu, mimo wszystko, tak wtedy jak i dziś, S2 mimo wszystko podobał mi się, ale to bardziej z uwagi na jakość fabuły i pamięć o niektórych wydarzeniach z książek, które tu zostały delikatnie liźnięte. Nie bez znaczenia była również dobra pamięć po takim początku. Jest to najsłabszy sezon serialu (lub jeden z najsłabszych, w zależności od Waszych gustów), ale moim zdaniem dzieje się tyle dobrych rzeczy, że na tle wielu seriali Netflixa, czy HBO, to nie prezentuje się tak tragicznie.
Jeśli chodzi o resztę postaci, to prezentują one wyższy poziom. Nawiązując do jednego z wcześniejszych zdań, hasło "W tym serialu każdy może umrzeć" jest wyssane z dupy (jak większość fajnie brzmiących hasełek marketingowych), ale żeby być uczciwym, to faktycznie - dużo bohaterów umiera. Jednakże są to głównie mało znaczące persony (względnie takie, które już osiągnęły swój peak i trudno było wyciągnąć z nich coś więcej - dlatego lepiej je zabić, zamiast ośmieszać lub przeciągać czas ich życia), naprawdę ważni gracze przeżyli i serial już od początku nam sugerował, kto się długo utrzyma w grze. Później dostając plot shield, który skutecznie chronił ich przed śmiercią. Kilka razy czytałem teorię dotyczącą zakończenia, którą zobaczyłem po raz 1 gdzieś tak po premierze 4 sezonu. Jej twórca skrupulatnie zbierał wszystkie sugestie autora książek, istotne detale które albo były gdzieś w tle na drugim planie, albo mówiły o nich postacie (czego my wówczas nie rozumieliśmy, ale po poznaniu finału mamy "Aaaa... To o to chodziło!". Coś jak w przypadku dobrych openingów do anime). Wróciłem do niej podczas oglądania finałowego sezonu, gdy była dopracowana - mieliśmy wszystkie cytaty, zdjęcia lub inne elementy, które razem złożyły się na pełny obraz. Nie była to jakaś tajemna wiedza, do której trzeba było mieć wyjątkowy mózg - wystarczyło obserwować i słuchać tego, co mówili bohaterowie ze zrozumieniem lub zwracać uwagę na foreshadowing Martina. Sam nie jestem zbyt inteligentny, ale gdy czytałem tę teorię po raz 1, to zgodziłem się z wieloma tropami oraz ich uzasadnieniem. Nie rozmyślałem nad tym, jak będzie wyglądał finał, ale z tego co pamiętam, to wiele pomysłów z tej teorii się sprawdziło. Nie oznacza to, że fabuła jest banalna i daleki jestem od takiej oceny, zwłaszcza w przypadku książek. Teraz, gdy już mamy wszystko na tacy, poza zakończeniem pierwowzoru, to łatwo się mówi, ale gdy był emitowany 3 i 4 sezon, to nie było to takie proste do przewidzenia.
Jeśli chodzi o sezon 7, to nadal uważam go za bardzo dobry, aczkolwiek oceniam go mniej optymistycznie niż przy 1 seansie. Poczynając od finałowej bitwy w 6 sezonie, zaczęliśmy w końcu dostawać dłuższe sekwencje batalistyczne. Tak wtedy jak i dziś, zrobiły na mnie wrażenie. Oglądanie Bitwy Bękartów, czy walka Dothraków i Smoka przeciwko Lannisterom wraz z ich sojusznikami, to była czysta przyjemność. Nie podobało mi się to, że postacie zaczęły się teleportować z miejsca na miejsce (co wcześniej też było nadużywane, ale postacie przynajmniej wędrowały do danej lokacji przez jeden lub kilka odcinków, więc mogłem udawać, że wszystko jest ok) albo turbo-kruki, które zaczęły latać jakby ktoś im dał amfetaminę w formie ziarenek i wpisał cheaty na super-szybkość. Ba, nawet armia z północy dostała jakieś narkotyki, bo błyskawicznie przeszli ze skrajnej północy do Królewskiej Przystani. Powiem tak, jeśli to była cena za szybsze tempo, mniejsze przeciąganie, to jestem skłonny przymknąć na to oko. Poza takimi przypadkami jak Arya Stark i jej podobnym, którzy przebyli gigantyczny dystans w krótkim czasie. Tak samo wkurzało mnie powtarzanie przez Johna Snow na każdym kroku, że "Nocny król się zbliża...", podczas gdy on siedział sobie na Smoczej Skale i nic nie robił. Albo królowa smoków, która chyba zaczęła się masturbować do swoich tytułów, a za każdym razem jak kazała komuś uklęknąć, to chyba dostawała orgazmu. Wcześniej to było śmieszne, ale teraz to stało się żałosne. Wprowadzono na siłę wątek szalonej królowej. Albo inaczej, ten pomysł jest ok i nie został wyciągnięty z tyłka, ale twórcy zbyt późno zaczęli go zapowiadać, pokazując nam pierwsze oznaki szaleństwa Daenerys. Gdyby to zapoczątkowali wcześniej, stopniowo rozwijając jej przypadłość, to nie przeszkadzałoby mi to - krwi i genów się nie oszuka. Niestety, poszło to zbyt szybko, przez co wyglądało sztucznie.
To jednak nic wobec tego, co pokazał nam sezon 8. Niestety, nie mogłem go obejrzeć w całości. Moja dziewczyna spędziła urlop w moim domu i nudziło jej się, gdy ja byłem w pracy, więc obejrzała większość odcinków sama, a ja załapałem się tylko na dwa ostatnie. Tych wcześniej nie widziałem, bo przestałem go oglądać po tym, jak pokonali Nocnego Króla. Byłem zbyt zażenowany tym, że wróg którego zapowiada się od wstępu do 1 odcinka (chodzi o tego zombie, którego widzimy jeszcze przed poznaniem Króla Roberta i rodu Starków), wróg który miał tak epickie sceny, jak zmasakrowanie Dothraków (swoją drogą, piękna scena, ale skrajnie kurewsko nielogiczna), czy przeżycie po ataku smoka, padł od jednego ciosu, jak jakaś miernota. Albo inaczej, to bym jeszcze przeżył, gdyby wprowadzono kilka poprawek. Np. poświęcono cały sezon na walkę z nim - niech miałby nawet 6 odcinków, ale żeby wcześniej były jakieś małe potyczki, a walka w Winterfell była w 5 odcinku (pozdrawiam Cię Andrzeju, to Twoje słowa). Fajnie byłoby też, gdyby Arya i reszta ludzi przygotowała na niego jakiś zaskakujący plan, a nie po prostu wpadła i zabiła. Zaczynając od końca - nie byłoby to trudne, wystarczyłoby poświęcić 1-2 dni na zaplanowanie tej akcji przez scenarzystów, showrunnerów oraz reżyserów i tyle. Cokolwiek by nie zrobili, zakładając że zrobiliby to dobrze, to byłoby lepsze niż to, co zobaczyliśmy. Nikt istotny również nie zginął, co też jest dużym błędem, plot armor był zbyt mocno odczuwalny. Jeśli chodzi o 1 punkt, to z tego co słyszałem, to HBO rzekomo było skłonne dać więcej pieniędzy oraz czasu. Co mnie nie dziwi - GoT był super popularnym serialem i kolejny sezon oznacza większe zarobki. Mogliby zrobić dodatkowe 6 odcinków do 9 sezonu, w którym byłaby walka z Lannisterami - przez to każdy z tych wątków dostałby odpowiednio dużo czasu, nie byłoby błyskawicznego teleportowania się z miejsca na miejsce, wszystko można byłoby na spokojnie zamknąć, zamiast poświęcać im śmiesznie małą ilość czasu (ponownie pozdrawiam Cię Andrzeju). Z litości nie wspominam o pozostałych wadach, jak np. głupota ludzi z Cytadeli i przedstawienie ich jako niekompetentnych, skrajnie zarozumiałych idiotów. Duet showrunnerów chciał szybko zamknąć ten projekt i zająć się "Star Wars" dla Disneya, ale na szczęście korporacja ukarała ich za chciwość (oczywiście nie kierowały nimi żadne pozytywne motywy, po prostu nie chcieli by gównoburza przeniosła się na ich podwórko). A wracając do początku akapitu... Cóż, dobrze że ich wcześniej nie widziałem, bo moje zażenowanie byłoby jeszcze większe. To trzeba naprawdę chcieć, by zrobić takie gówno mając tak wyjątkowy materiał. Jest to niecodzienne osiągnięcie, które zasługuje na wyróżnienie zapisane dużymi literami wstydu.
Żeby nie było, że tylko krytykuję, to parę słów o bohaterach. Przede wszystkim, to zasługa wyłącznie George'a R. R. Martina, bohaterowie robią w większości to samo, co w książkach, więc nie widzę powodu, by pochwalić HBO za character design. Tym bardziej, że w materiale źródłowym byli znacznie ciekawsi i bardziej rozbudowani. Mogę natomiast ich pochwalić za dobór aktorów, w tej kwestii twórcy odwalili kawał świetnej roboty. Tywin, Cersei, Jaimie, Tyrion, Olenna, Sandor, Brienne, Melisandre, Lord Stark, Varys, Walder Frey, Bolton Snow i Jon Snow, Littlefinger (do pewnego momentu, bo przed swoim końcem był żałosny) - każdy i każda byli świetni. Wiadomo, mieli czasem gorsze chwile, ale wydaje mi się, że to wina scenariusza, a nie samych aktorów, którzy w 100% zapracowali na uznanie ze strony widzów. Paru innych aktorów również zasłużyło na pozytywne opinie - widać różnicę w umiejętnościach między nimi, a bohaterami większości seriali Netflixa. Powinienem poświęcić im wszystkim więcej miejsca, ale tekst by się nadmiernie wydłużył. Hm, może kiedyś, jak będziecie zainteresowani tekstem wyłącznie o bohaterach i bohaterkach, to dajcie znać. Póki co mogę powiedzieć, że gdyby nie oni, to serial byłby o wiele gorszy. Btw. Przy tej okazji, chciałbym sprostować jeden z fake-newsów, który stworzyłem. W jednym ze starych przeglądów newsów, napisałem że zmarła aktorka wcielająca się w Lady Olennę. Teraz sprawdziłem, chcąc ją pochwalić i wyrazić żal, że już więcej jej nie zobaczymy w kinie, i okazało się że żyje. Chętnie zobaczę ją jeszcze raz w jakimś filmie lub serialu, w GoT była jedną z moich 3 ulubionych postaci.
Starałem się możliwie jak najdokładniej oddać moje wrażenia z re-watchu "Game of Thrones". Mam nadzieję, że wyszło mi to dobrze. Oby ten spin-off o przodkach Daenerys nie był kiepski, bo jest w nim potencjał. Zresztą, nie bez powodu od niego zaczęli - ludzie pokochali również smoki dzięki temu show. No i trochę nie mają wyjścia, jeśli spieprzą takie coś, to chyba zabiją tę markę, przynajmniej w wersji serialowej. Martin nadal zwleka z zakończeniem serii (czemu się nie dziwię, dzięki podtrzymywaniu zainteresowania, zarobi więcej pieniędzy), a obstawiam że fani serialu, a przynajmniej ich duża część, czeka na niego z utęsknieniem.