No, w końcu powrócił LotGH, który tak bardzo polubiłem. Kosmiczni Żydzi z Phezzanu dostali kopa w dupę od Imperatora Reinharda i wrócili tam gdzie ich miejsce, a my możemy ponownie oglądać konflikt między FPA, a Imperium. Coraz lepiej rozumiem narzekania na ten etap "Legend of the Galactic Heroes". Szkoda, że Tanaka nie wyrzucił wątku z kultystami Ziemi, bo oni jedynie psują tę opowieść. 5 tom rozpoczął się mniej więcej w tym samym miejscu i czasie, co 4 zakończył - na imprezie z okazji zakończenia roku. Początek tego tomu stanowi przedstawienie tego, jak obie strony świętują ostatnie chwile spokoju przed kolejnym etapem wielkiej wojny. A przynajmniej u niektórych, bo Imperium wkroczyło na terytorium należącym do Phezzanu, a politycy FPA są dosłownie zesrani ze strachu przed utratą swoich pozycji. To był uroczy widok, gdy politycy włazili w dupę Yangowi bez użycia lubrykantu i traktowali go jak służące Sułtana, gdy ten przechadzał się po swoim haremie. Byli gotowi zrobić niemal wszystko, byleby tylko obiecał im że zrobi wszystko, by odesłać zagrożenie daleko od ich granic.
Ale nie uprzedzajmy faktów, nim do tego dojdzie, Yang opuści fortecę Iserlohn. Taktyka Reinharda polegająca na ataku z dwóch stron (na Heinesen z korytarza Phezzanu oraz na kosmiczną twierdzę z drugiego korytarza) spowodowała, że najwybitniejszy dowódca sojuszu musiał odlecieć ze swojej bezpiecznej bazy. Nie miał innego wyjścia, gdyby jej nie opuścił, to stolica jego państwa by upadła, a twierdza pomimo swej siły ognia i samowystarczalności, w końcu by musiała upaść. W najgorszym razie musieliby powtórzyć manewr z 3 tomu - tj. stworzyć kolejną silną twierdzę i wysłać ją w okolice Iserholn. W najgorszym razie Reinhard musiałby poświęcić wielu żołnierzy oraz pieniędzy, ale zapewne straty byłyby mniejsze niż w przypadku 1 bitwy. Jak wynika z tego tomu, mimo wielu zalet twierdzy, to nawet ona nie jest niezniszczalna. Garnizon Yanga nie był w stanie jej naprawić - wiele wieżyczek obronnych było zniszczonych, a pancerz został częściowo uszkodzony, co moim zdaniem znacząco ułatwiłoby kolejne uderzenie. Jednakże Yang nie pozostawił twierdzy bez kilku niespodzianek - umieścił mnóstwo małych bomb w różnych miejscach, skasował wszystkie dane i oprogramowanie (które wzięli ze sobą, by w razie powrotu do fortecy, mieć przynajmniej ten problem z głowy) oraz zostawił jedną, dużą niespodziankę. Niestety nie dowiedzieliśmy się co to jest, przynajmniej póki co (choć to może być moja wina i zapomniałem). Te bomby nie są dużym problemem, ale Yang umieścił ich tak dużo i w tak różnych miejscach, że inżynierowie imperialni będą ich szukać przez długi czas. Będą tak tym pochłonięci, że prawdopodobnie nie dostrzegą największego zagrożenia. Generalnie podobał mi się ten wątek oraz to, jak zachował się Yang i von Reuentahl.
A skoro mowa o tym, co mi się podoba - w jednym z rozdziałów, Yoshiki Tanaka poruszył temat, o którym lubi mówić dr Jacek Bartosiak, Tyranii Dystansu. Powiedział o tym założyciel FPA oraz jeden z jego następców - "Uciekniemy tak daleko, że Imperium nie będzie się opłacało za nami lecieć i będziemy mieli spokój przez dłuższy czas.". Przeszukałem pobieżnie Google i YT i nie mogłem znaleźć wyjaśnienia tego sformułowania, więc wyjaśnię to w skróconej formie. Raczej się nie pomylę, ale mogę nie napisać o czymś istotnym. Zatem o Tyranii Dystansu mówi się np. w kontekście wojny między Chinami, a USA na Pacyfiku. Jest to gigantyczny obszar o powierzchni 165 200 000 km² (dla porównania, powierzchnia Europy - 10 180 000 km²). Czyli tak 16 razy większy. Mimo, że od czasów 2 Wojny Światowej minęło wiele lat, to dla armii USA nadal stanowi to olbrzymie wyzwanie przy ewentualnym konflikcie. Trudno się na nim bezpiecznie poruszać, brakuje punktów odniesienia na wodzie lub lądzie i trzeba się opierać na położeniu gwiazd. W świecie LotGH-a nawigacja na tak dużym obszarze, jest niby łatwiejsza, ale technologia (nawet mimo prędkości nadświetlnej i innych) nie jest w stanie zniwelować problemu olbrzymiego dystansu między Imperium, a planetą Heinesen. Trzeba poświęcić dużo pieniędzy, czasu na logistykę, zmobilizować dużo wojska (bo posiłki nie przybędą zbyt szybko, o ile w ogóle zdążą), a linie zaopatrzenia są maksymalnie rozciągnięte i bardzo podatne na ataki - nawet gdyby poświęcić dużo żołnierzy i sprzętu do ich ochrony. Boleśnie przekonał się o tym Reinhard, gdy Yang wykorzystał przewagę wynikającą z walki na jego terenie.
Nim przejdę do najważniejszego akapitu, to poświęcę trochę czasu Poplinowi i Julianowi, obaj zdobyli moje uznanie w tym tomie. Julian za to, że zdołał uciec z Phezzanu mimo blokady Imperium i ukradł ich niszczyciel. Fakt, miał przy tym więcej szczęścia niż rozumu, ale jak to się mówiło kilkanaście lat temu, gdy grałem w "WarCraft 3" na Battle Net lub w DotA1 - "luck is also part of skill". Posiadanie dużej ilości szczęścia również bywa jednym z atutów, a przynajmniej w LotGH-u, gdzie dwukrotnie użyto tego jako jednego z argumentów w tym kontekście. Jeśli chodzi o Poplina, to jego wypowiedzi na temat kobiet, miłości i alkoholu zawsze są zabawne, frywolne i w dużej mierze prawdziwe. Poza tym lubię czytać bitwy z jego udziałem - to taki Han Solo w tym świecie. Bardzo utalentowany pilot, który efektywnie niszczy swoich przeciwników. Niby prosta kreacja jakich już wiele widzieliśmy, ale to jest ten typ postaci, której to nie przeszkadza. Bez niego LotGH byłby mniej ciekawy.
Co jednak najbardziej mi się spodobało w tym tomie (poza tym, że historia w końcu wróciła na właściwe tory), to bardzo brutalne bitwy. Nie jest to jeszcze ten etap, który zapamiętałem na zawsze (mam tu na myśli ostatni etap etap wojny, w którym jeden z żołnierzy czołgał się przez chwilę mając zmiażdżoną dolną część ciała, z kolei jego kolega próbował sobie wsadzić jelita do rozerwanego przez eksplozję brzucha - jak potem zaczął majaczyć o swojej mamie, to nie byłem w stanie powstrzymać łez), ale już się nie mogę doczekać aż to zobaczę za parę lat w anime. Ludzie paleni żywcem w statkach kosmicznych, zwłoki żołnierzy dryfujące w przestrzeni kosmicznej wraz ze szczątkami statków kosmicznych i kilka innych przykładów, bardzo mocno zadziałały na moją wyobraźnię. Zwłaszcza krótki fragment, w którym medycy zajmowali się rannymi żołnierzami. Nie był to poziom bitwy pod Brenną z "Wiedźmina", gdzie Sapkowski w bardzo realistyczny, a jednocześnie obrzydliwy sposób. pokazał jak wyglądał szpital polowy w tamtych warunkach, ale wrażenie zrobił na mnie podobne. Bitwa między Reinhardem, a Yangiem była tak intensywna, że lekarze nie mieli czasu ani tym bardziej możliwości, by poprawnie wyleczyć rannych, więc musieli amputować wiele nóg, rąk, rannych narządów wewnętrznych i nie tylko, które w normalnych warunkach można byłoby bez problemu uratować. A przynajmniej większość z nich. Niektórzy się nie godzili na instalację sztucznych organów, kończyn, czy uzupełnienie braków w skórze jej sztucznym odpowiednikiem, ale niestety nie mieli wyboru. Albo zostaną bohaterami "Cyberpunk 2077", czy "Ghost in the Shell" albo umrą. Na co Yang nie mógł sobie pozwolić z uwagi na ograniczoną ilość wojska, jaką dysponował.
Wynikało to z tego, że Reinhard zrobił to, co zapowiedział we wcześniejszym tomie - "Czas negocjacji się skończył, teraz będziemy się napierdalać!". Armia FPA poniosła druzgocącą klęskę i mimo, że Alexander Bucock zrobił wszystko, co mógł, to nie był w stanie zatrzymać wojsk Reinharda. Jego oddziały zostały niemal doszczętnie zniszczone, a upokorzony generał był gotów na odebranie sobie życia, tak jak to zrobił Greenhill. Gdyby nie szybka decyzja Yanga o opuszczeniu twierdzy, to prawdopodobnie nie miałby do czego wracać. Co prawda wygrał bitwę z Reinhardem (gdy obaj stanęli do niej na mniej-więcej podobnych warunkach), ale nie mógł zadać ostatecznego ciosu. Wszystko przez Hildę, która uratowała swojego chłopaka. Mądra kobieta przewidziała, że jej ukochany prawdopodobnie poniesie klęskę, więc udała się z częścią wojsk Imperium oraz Wolfgangiem Mittermeyerem i von Reuenthalem do stolicy FPA i zagrozili im zniszczeniem planety, jeśli ich przywódcy nie każą wycofać się Yangowi. No cóż, mimo że wolę Reinharda od jego odpowiednika z FPA, to ta bitwa jasno pokazała, że blondyn jest gorszym taktykiem od bruneta. Reinhard ma olbrzymi talent, umie doskonale zaplanować atak (i nie tylko) na wielu płaszczyznach, ale gdy staje do walki na równych warunkach z Yangiem, to po prostu nie ma szans w kwestii taktyki.
No i to tyle. Rzecz jasna, w książce było więcej rzeczy (np. kilka ciekawych wątków rzucone na koniec książki), ale nie wspominam o nich przez zbyt duże spoilery. Nie chcę Wam psuć za bardzo zabawy - co prawda jest stare anime, które zaadaptowało te wydarzenia, ale większość czeka na kolejne sezony nowego anime. W tym roku nie planuję już czytać kolejnych tomów - zrobię sobie przerwę i dokończę w 2022. Nie chcę skończyć swojej przygody z tym uniwersum zbyt szybko, a poza tym - co za dużo, to nie zdrowo. Co prawda nie pochłaniam tych książek tak szybko jak "Wiedźmina", gdy czytałem go po raz 1, ale czuję się powoli znudzony. Nie dlatego, że książki są nudne, a fabuła przewidywalna - wprost przeciwnie, Yoshiki Tanaka po nieco gorszym okresie znowu wrócił do najwyższej formy i gdyby nie praca oraz codzienne obowiązki, to z przyjemnością czytałbym kolejne rozdziały. Po prostu zauważyłem niedawno temu, że przez bing-watching lub zbyt szybkie czytanie, czy granie w gry, odbiera mi dużą część frajdy (+ niektóre rzeczy mi umykają podczas sesji, względnie zapominam o nich, co odbiera mi dodatkową radość), a LotGH jest dla mnie zbyt ważnym tytułem i chciałbym czerpać przyjemność z czytania jak najdłużej.