Jakiś czas temu nie mieliśmy co oglądać z moją dziewczyną. Z opresji wybawił nas Netflix, który ciągle polecał ten serial, zaś kilka koleżanek chwaliło się, że go obejrzało, postanowiliśmy więc dać mu szansę. Początkowo serial mi się podobał i nawet myślałem, że ocenię go pozytywnie, ale wraz z każdym kolejnym odcinkiem było coraz gorzej. Zwłaszcza w przypadku finału, który nie zachęcił mnie do poznania kolejnych odcinków, a wręcz zniechęcił. Czemu? Zapraszam do mojej krótkiej recenzji.
Zacznę od tego, że to spin-off (?), czy raczej seria poboczna, popularnego, włosko-amerykańskiego serialu animowanego "Winx Club", powstałego przy współpracy wytwórni Rainbow oraz Nickelodeon. Kilkukrotnie w swoim życiu słyszałem tę nazwę, prawdopodobnie dzięki swojej młodszej siostrze i czasopismom, które czytała, ale poza samą nazwą i dwoma zdaniami opisującymi fabułę, nic o nim nie wiedziałem. Netflixowa wersja, to taki "Harry Potter", ale z kilkoma zmianami. Przede wszystkim, całość jest nieco bardziej brutalna (mamy więcej krwawych scen i jak to w przypadku Netflixa, szkodliwej dla młodzieży, nadmiernej seksualizacji bohaterów), a zamiast okularnika z błyskawicą na czole, mamy dziewczynę o imieniu Bloom. Fabuła jest prosta - Bloom to czarodziejka ognia, która pewnego dnia trafia do magicznego college'u Alfea. Tam poznaje kilka koleżanek, również czarodziejek, ale specjalizujących się w innych odłamach magii. Dzięki nim poznaje nowy świat oraz odkrywa przeszłość prawdziwych rodziców i swoją własną. Z tego co pamiętam, to Bloom została podrzucona mieszkańcom Ziemi, a jej prawdziwi rodzice pozostali w innym świecie. Poza tym, Bloom wraz ze swoimi koleżankami uczęszcza na zajęcia do szkoły, gdzie mamy żeńską wersję Dumbledore'a i... dwóch, czy trzech dodatkowych nauczycieli. Tak jakby to była jakaś mała, wiejska szkoła, która powstała z inicjatywy rodziców, by ich dzieci nie musiały dojeżdżać do zbyt oddalonego miasta.
Nie będę udawał, choć widzieliśmy serial stosunkowo niedawno, to fabuła została napisana w tak prosty, schematyczny sposób, że nie zapamiętałem jej na długo. Nie zachęcał do tego również poziom "Fate: The Winx Saga", który mógłbym podsumować jednym tekstem - kwintesencja Netflixowej przeciętności. Z tych powodów, nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich rzeczy, które mnie wkurzały. Pomijając śmiesznie małą ilość nauczycieli, to zapamiętałem schematycznie wykreowane postacie, kliszowy scenariusz, jeszcze gorszy world-building oraz tzw. "Specjalistów", którzy nie zaprezentowali nic wartego uwagi. A nie, sorry, wyglądają wyjątkowo sztucznie i plastikowo, tym się wyróżnili. Czytałem w internecie, że to ważna grupa, ale serial mi tego nie pokazał. Dla porównania, krytykowany przez wielu "Witcher" (moim zdaniem nie do końca słusznie - nie jest to bardzo dobry serial, fakt, ale IMO część ludzi podchodzi do niego nieco zbyt krytycznie), miał ciekawą i egoistyczną Yennefer, Renfri, porywczą, sukowatą i zdeterminowaną Calanthe, Jaskra którego w końcu polubiłem jako postać, no i świetnego Henry'ego Cavilla w roli Geralta. Można narzekać na kilka innych postaci, parę drobnych odstępstw od książkowego pierwowzoru, ale przynajmniej je zapamiętałem. Nie wiem, jak jest z uniwersum serialu animowanego "Club Winx", ale porównując obie adaptacje, to Netflixowi nie najgorzej wyszło przeniesienie świata Sapkowskiego na ekran telewizyjny. Wiem, zaraz zlecą się ludzie narzekający na Netflixa, ale po przeczytaniu książki i kilkukrotnym przejściu "Wild Hunt", stwierdzam że nie wyszło źle i mogło być dużo gorzej. Patrząc na to jednak z drugiej strony, to Winx jest bardziej skierowany dla młodszych, stąd nie ma co się dziwić, że postacie są mniej rozbudowane oraz nie przejawiają tylu ludzkich cech, co te wykreowane przez Andrzeja Sapkowskiego. Jednakże i "Wiedźmin" nie jest tytułem +18 i sam posiada pewne uproszczenia, czy słabiej napisane elementy. Oba seriale miały raczej porównywalny budżet przeznaczony na efekty specjalne, scenografię i "Witcher" na tym polu poradził sobie nieco lepiej. Być może trochę faworyzuję ten drugi tytuł i patrzę na niego przychylniejszym okiem, wybaczając niektóre rzeczy, które wkurzały mnie w trakcie seansu. Ok, nawet jeśli tak jest, to wystarczy popatrzeć na ich popularność i opinie w internecie - w tym przypadku "Witcher" ewidentnie dominuje nad "Fate: The Winx Saga".
Skoro powiedziałem to efektach, to te nie prezentowały się najgorzej, ale daleko im również do tego, co pokazano w 3 sezonie "Stranger Things", czy "Dark". Wynika to jednak z tego, że porównuję pierwszy sezon serialu, w który Netflix nie władował aż tylu pieniędzy do produkcji, które zdobyły już swoje grono fanów, więc z oczywistych względów trzeba było zainwestować większy kapitał. Burned Ones (w polskiej wersji Spaleni) wyglądali na podobnym poziomie, co Strzyga. Podobnie jest z ogniem, którym posługuje się główna bohaterka oraz innymi sztuczkami jej koleżanek. Jak wspomniałem w poprzednim akapicie, Specjaliści mają dość sztuczne stroje i plastikowe (?) miecze, przez co za niemal za każdym razem śmiałem się wewnątrz siebie. Początkowo wydawało mi się, że to skutek złego oświetlenia lub ujęć kamery, ale oni wyglądali słabo przez wszystkie odcinki. Jeśli spodziewacie się, że zobaczycie tu jakieś ładne sceny walki lub kreatywne i efektowne zastosowanie czarów, to raczej się rozczarujecie. Podobnie jest w sumie w przypadku "Wiedźmina" (np. Ghoule, które zraniły Geralta pod koniec serialu, czy kilka fragmentów bitwy o wzgórze Sodden wypadło śmiesznie, zwłaszcza jak Triss Merigold próbowała zatrzymać swoimi zaklęciami Nilfgaardczyków forsujących bramę twierdzy), aczkolwiek w tym przypadku zapamiętałem przynajmniej kilka scen. Np. wykorzystaniem niziołków, magiczne grzyby jednej z czarodziejek, moment gdy Yennefer odpaliła moc na pełnej kurwie i spaliła żywcem wszystkich żołnierzy, czy magia Stregobora z 1 odcinka. W Winx nie przypominam sobie żadnej takiej sceny mimo, że serial obejrzałem stosunkowo niedawno temu. Wprost przeciwnie, finał pierwszego sezonu został tak oszczędnie i kiepsko zrealizowany, że można było wyczuć brak budżetu. Można było zakończyć go czymś mocnym lub przynajmniej nieźle zrealizowanym, a był przegadany i zamiast pokazać pewne wątki, to jedynie o nich mówiono. Zupełnie niepotrzebnie, bo pozostał mi niesmak, że ograniczno się tylko do rozmów między postaciami.
Podsumowując, to średnio udana kopia "Harry'ego Pottera". Nie jest ani dobra ani zła, ot zwyczajny przeciętniak, który może się spodoba młodzieży lubiącej magiczne klimaty, ale nie sądzę by wielu ludzi czekało na kontynuację. Gdybym miał ją podsumować dwoma zdaniami, to powiedziałbym tak - przeciętna seria, przy której nie zmarnujecie czasu, jeśli lubicie taką tematykę, aczkolwiek raczej też Was niczym nie zaskoczy. Jeśli nie lubicie szkoły magii, innych światów w wersji serialu dla młodzieży, to nie będziecie dramatycznie rozczarowani, ale być może poczujecie to co ja - że można było lepiej spożytkować wolny czas. Oceniam to na 5/10 i nie sądzę bym obejrzał drugi sezon. Jeśli już, to prędzej ruszę dalej serial o Sabrinie, wraz z Asią przerwaliśmy seans w połowie 3, czy 4 odcinka, ale tam przynajmniej widziałem jakiś pomysł na świat, bohaterów oraz inny klimat. W "Fate: The Winx Saga" mam natomiast zbyt niekonsekwentnie i płasko napisany scenariusz, zero interesującej treści, generalnie brakuje czegokolwiek, co by mnie zachęciło do kontynuowania mojej przygody w magicznym college'u Alfea. Nie polecam, lepiej obejrzyjcie "House of Cards", "Orange is the New Black", "Dark" lub przynajmniej "Witcher" gwarantuję że będziecie się bawili o wiele lepiej.