Okej, spójrzmy wstecz na proces pisania książki. Wynik jest taki: objętościowo wyszło 25% mniej niż zakładałem. Znowu udało się dokonać niemożliwego, poświęcając olbrzymią ilość godzin na pracę nad nią w krótkim czasie.
Tym razem jednak jest pewna różnica między pracą nad tym projektem a poprzednim: gdy chciałem się zająć czymś innym robiłem to bez wyrzutów. Kurczę, super sprawa, dzięki temu miałem więcej fanu i było dużo chwil, gdy naprawdę fajnie się pisało.
Udało mi się też wyrobić nawyk. Nawyk pracy, który wykorzystam przy pracy nad następną książką (ciekawe czy zajmę się tym już jutro, czy flet?). Ale najbardziej jestem zadowolony w tym wszystkim nie z samego wyniku, ale z zmiany podejścia: samoistnie znajduję balans między pracą a sobą.
Jest to największa nauka jaką wyciągnąłem z całego procesu. Ona zostanie na zawsze. A książka? Ja ją napisałem, ja ją już znam, więc poza poprawkami i wydaniem nie będę do niej już wracał. Teraz to tylko przyszła błyskotka na półce.
PS: Rzucam palenie. Trzymajcie kciuki!