Gdy ogarnia mnie gniew chcę wszystko rzucić i rozbić. Każda niedoskonałość mnie irytuje. Chcę, by po prostu zniknęła, jakimkolwiek kosztem. Takie stany potrafią trwać od krótkich chwil, po długie godziny. Jak bardzo bym z nimi nie walczył zawsze wracały.
Ale ostatnio poznałem pochodzenie swojego gniewu. Mam jego paszport w ręku, a wraz z nim jego miejsce i datę urodzenia, cechy charakterystyczne i obecne miejsce zamieszkania.
Miejsce urodzenia: Mały dom nad jeziorem
Data urodzenia: Dzieciństwo
Cechy charakterystyczne: Nagły, nieokiełznany, palący
Adres zameldowania: Ja, ulica im. Mojej relacji ze Światem
Co mogę powiedzieć o nim więcej? Chyba przede wszystkim to, że rządzi mną prosty schemat: nie potrafię komunikować swoich potrzeb. Nauczyłem się tego, gdy byłem dzieckiem. Stawałem przed niemożliwym problemem do rozwiązania, i były narzucane na mnie obowiązki, których małe dziecko nie było w stanie wykonywać. Przez moją wrodzoną obowiązkowość wykonywałem wszystko. Od linijki. Miałem też zerowe wsparcie emocjonalne z jakiejkolwiek strony, miejsca schronienia. Jedyne co zostało to świat we mnie, w środku, i wraz z nim zacząłem żyć.
Mówienie co chcę nie miało dla mnie sensu, bo widziałem, że jest to rzecz nie do spełnienia. Jedyne co mogłem robić to zająć się tym, co mi kazano. Przypilnowany, lub gdy dana rzecz była naprawdę bardzo ważna (i przede wszystkim sam w wagę tego wierzyłem), robiłem co oczekiwano, ot tak, bez podziękowań. W innych wypadkach nie robiłem tego. Zawałem obowiązki. Zamiast powiedzieć "nie", mówiłem "tak". I nie robiłem tego. Jednym z kroków do poprawy, nie do końca zdrowym, nie do końca wystarczającym, było to, że jak brałem na siebie za dużo, nie zadręczałem się tym, że tego nie zrobiłem. W szczególności, gdy to była rzecz obiecana sobie. Ma to swoją patologię: może doprowadzić do wpadnięcia w apatię i zanik jakiejkolwiek działalności, ale też daje zrozumienie innych. Nie karzę siebie za swoje potknięcia, nie będę też karał innych.
Ale tu pojawia się gniew. Gdy robię to, czego nie chcę, rodzi się we mnie frustracja. Po niewoli zwraca się ona na zewnątrz, nawet jeżeli to co robię mnie szczerze cieszy, podświadome niewypowiedziane "nie" chce dać o sobie znać. Buduje się go więcej i więcej, a potem, gdy już wyjdzie, wybucha złością. Najbardziej widoczne było to w mojej długoletniej relacji: milczałem, popadałem w frustrację, coś pękało, wybuchałem. Przez co, mimo, że miałem dobre intencje, nie umiałem ich kontrolować.
Obecnie problem leży gdzie indziej. Gdy nauczyłem się komunikować swoje emocje i potrzeby popadłem w uzależnienie od wsparcia z zewnątrz. Nie mogę się dobrze czuć, jeżeli ktoś inny się źle czuje, ale też, jeżeli nie wiem, co się dzieje. Wymagałem cały czas potwierdzenia, że jest okej. I ta niepewność zaczęła rodzić frustrację, chaotyczność.
A jedyne co potrzebuję to zrobić mały krok wstecz, wziąć parę oddechów, i uspokoić się. Akceptuję niedoskonałości w sobie, w świecie, w ludziach, i wziąć odpowiedzialność za to, za co chcę wziąć odpowiedzialność. Dam radę.
I mam na to siłę. Dużą siłę!
To wszystko na dzisiaj! Trzymajcie się!