Witam.
Mam wrażenie, że wiele dużych marek wleciało w bardzo specyficzny punkt. Mianowicie - ciężko w ich obrębie o jakąś nowość, jak już kreowane jest coś nowego, to przyjmowane jest różnie, w związku z czym najlepszą opcją jest jechanie po starych, sprawdzonych motywach i rozgrzebywanie każdego ukochanego niegdyś przez odbiorców zakamarka. Tak robią Star Warsy, a "Ahsoka" jest kolejnym na to dowodem.
Tzn - jest na ten moment dowodem na to, że to może naprawdę nieźle działać, sprawdzać się. Te 5 odcinków oglądało mi się naprawdę dobrze, akcja jest solidna, złoczyńcy wyraziści, no i powrót Anakina... Tutaj łechtanie nostalgią wleciało chyba na najwyższy poziom w historii filmów/seriali tej marki, bo zagranie tutaj było mocniejsze, niż powrót Luce'a w "Mandalorianinie", czy całe wskrzeszenie (średnio udane) Bobby Fetta.
Cały czas jednak mam z tyłu głowy pytanie - Ile jeszcze można? W sensie, ile można opierać markę na wszystkich rzeczach sprzed lat, nie stawiając jako autonomiczny byt zbyt wielu nowych fundamentów? Mam strasznie silne wrażenie, że uniwersum to, jeśli nie zmieni trajektorii, zacznie się wypalać, a to bardzo oczywiście zła rzecz, której nikt normalny by nie chciał. Na marazm narzeka się taki już w uniwersum Wiedźmina, czy przy wielu innych powrotach do dawnych franczyz, przy których dawni fani naprawdę celnie punktują wydmuszkowość otrzymanych dzieł. Takie "Willow", czy serialowy "Skarb Narodów" zostały zjechane od góry do dołu. Przy Star Warsach celną krytykę dostał zupełnie bezsensowny już w momencie swojego wyjścia "Obi-Wan". Oby w przyszłości twórcy nabrali więcej odwagi (jak podobno to zrobili przy "Andorze") i wysilili się na skupieniu się na czymś nowym, zamiast wracaniu do starych, przeżartych kotletów.