Witam.
Boguś Linda w jednym wywiadzie z żalem wspomniał o tym, że klęska "Quo Vadis" zniszczyła superprodukcje made in Poland. A kiedyś to była naprawdę ciekawy element naszej kinematografii - mimo, że często niesamowicie nieudany. Ekranizacje trylogii Sienkiewicza? To było coś, do "Ogniem i mieczem" pięknie się wraca nawet dziś. Nawet jednak te mniej udane próby miały coś... kurde... wiecie, bywały tak słowiańskie, jak ludzie chcieliby, żeby słowiański był netflixowy Wiedźmin, w szczególności Stara Baśń. Kurde, to były ciekawe czasy - budowanie z Michała Żebrowskiego kolejnej wielkiej gwiazdy, wielokrotne poczucie koślawo niskiej budżetowości mimo dość dużych kwot wrzucanych na produkcje.
Dzieła te często miały mimo nieudolności świetny klimat, potęgowany przez rewelacyjną oprawę muzyczną. No posłuchajcie tego.
Szkoda naprawdę ogromnie, że wszystko miało dość koślawy finał, a zostało dobite lata potem współudziałem przy takich wymiocinach, jak Bitwa pod Wiedniem. No i był jeszcze nieudany Janosik Agnieszki Holland, ehhh. Miasto 44? To bardziej nie do końca miejscami klarowny eksperyment. Pozostałe wojenne polskie próby aka Historia Roja lepiej przemilczeć, naprawdę - kino neonarodowo-kombatanckie na wzór tworów o Żołnierzach Wyklętych, Bitwie o Anglię powinno słusznie tkwić w zapomnieniu.
Teraz mamy pokolenia naprawdę zdolnych twórców, wszelkie branże związane w produkcją hitów, jak np. branża odpowiedzialna za efekty komputerowe, w Polsce rozwinęły się naprawdę potężnie. Superprodukcje powstały przed wojną nawet ostatnio na Ukrainie, naprawdę nie ma większych przeszkód, by nie próbowano na nowo u nas. Wierzę w to, że byłyby znacznie lepsze, od tego, co niekiedy pamiętamy.