Witam.
Uniwersum DC w kwestii filmów strogo się poplątało miejscami za sprawą niezbyt sprawnych poczynań Zacka Snydera i Davida Goyera, dzięki którym trochę się wszystko skopało... Nie mniej jednak nie porzucono całkowicie kreowanego wtedy uniwersum. Fakt, porobiły się zmiany castingowe (olano Cavillowego Supermana, Ben Afleck chyba też nie wróci jako Batman), zmieniono smętny wyraźnie ton na luźniejszy, a mimo porażek niekiedy nie porzucano w pełni niektórych pomysłów. W bólach i mękach oraz kontrowersjach dotyczących aktora odgrywającego główną rolę w końcu pojawił się i niesamowicie długo oczekiwany i zapowiadziany Flash. Postać super szybkiego, zabawnego, ale przy tym nieporadnego nerda polubiłem już znacznie wcześniej, w swojej serialowej inkarnacji od CW, choć później serial poleciał w swoją typowo CW'owo mierną stronę. W Justice League Flash był chyba najjaśniejszym aspektem filmu. Teraz w solowym filmie... kurde, jest naprawdę dobrze, lepiej niż prawie wszystkie ostatnie Marvele.
Główny bohater obmyśla plan uratowania życia swojej matki w przeszłości. Pakuje się przy tym problemy czasoprzestrzenne i coraz to bardziej piętrzące się komplikacje. Fabuła i jej morał to nie jest nic wielce skomplikowanego, ale naprawdę to działa, motywacje i stawka są jasne i wyraziste, przemiana bohatera książkowo solidna, a da się przy tym wszystkim wzruszyć. Flash jest ponownie przeuroczy, a niesamowita ilość dobrze zmontowanego fan service'u to czyste złoto, wręcz przebija to wielkie spotkanie wszystkich Spider-manów w ostatniej Hollandowej odsłonie.
Przyczepiłbym się głównie do totalnie ósmoplanowej roli wszelkich wątków pobocznych, jako wielkiej, mało autonomicznej podpórki dla wątku głównego, oraz oczywiście niekiedy jakości efektów komputerowych - zwłaszcza w finałowym starciu, gdzie zewsząd ocieka wszystko niewiarygodną plastikowością. A tak poza tym to naprawdę bardzo przyjemny seans, polecam.