Witam.
Paul Schrader jest dość intrygującym twórcą. Stoi za scenariuszem do wielkiego "Taksówkarza" Martina Scorsese, Wściekłego Byka, jak i nakręcił osobiście jeden z moich ulubionych filmów - Pierwszego Reformowanego. Niestety miał on też w swojej twórczości nieudane projekty, za których poziom obwinia producentów wymuszających rujnujące zmiany na jego scenariuszach, jak na przykład "Dog Eat Dog", czy "Zanim nadejdzie noc" z Nicolasem Cage'm. Już sprawdzając opinie o jego najnowszym dziele - "Hazardziście", napotkałem całe spektrum zdań i miejscami wyraźny kontrast między opinią krytyków (77/100 na metacritic), a widzów (tylko 5.7/10 na filmwebie). Jaki zatem jest ogólnie jakościowo owy tytuł?
William Tell - były żołnierz, który wyszedł z więzienia za nie do końca słuszne oskarżenia o torturowanie więźniów, zajmuje się grą w pokera. Nagle na jego drodze pojawia się Cirk - syn żołnierza z tej samej kompanii, do której należał główny bohater, który to po takich samych niesprawiedliwych przeżyciach oszalał i finalnie popełnił samobójstwo. Młody chce z pomocą Willa zemścić się na przełożonych, który byli właściwymi winnymi całego zdarzenia, lecz ten próbuje odciągać go od tego pomysłu i pomóc zdrowo ułożyć sobie życie.
Film jest bardzo spokojny, momentami wręcz zbyt wolny. Pełno jest długich ujęć, skupień na samych spojrzeniach, mimice, dźwiękach otoczenia. Nie jest to jeszcze może slow cinema, ani nie ma w tym wszystkim takiej dodatkowej estetyzacji, jak u Nicolasa Windinga Refna, ale ten zabieg sprawia, że film miejscami wręcz tym może ciut męczyć, nawet czytałem opinie, że przez tą formę film jest dość nudny. Fakt, zazwyczaj nie wiele się dzieje, fabuła rozwija się spokojnie, ale ogółem mnie przez większość czasu to kupowało. Kupowało ze względu na świetne aktorstwo z wiruozerią Oscara Isaaca w głównej roli na czele.
Niestety nie mam totalnie pojęcia dlaczego film co do czego w ostatnim akcie rujnuje cały swój potencjał - brnąc w fabularny banał. Naprawdę chciałem mega lubić ten film, przez dłuższą część seansu miałem w głowie takie 8/10, lecz finał... ehhh, uczynił z niego nijakiego średniaka, jakby dosłownie brakowało tu jakiegokolwiek pomysłu. Jak kiedyś powiedział reżyser 2 części Annabelle, czy Shazama, David F. Sanberg - "It's all about the ending". Zakończenie jest niezwykle kluczową częścią filmu i jeśli zostanie ona zawalona, pogrążony zostanie cały film - co miało miejsce właśnie tutaj. Czy warto zatem sięgać po "Hazardzistę"? Jestem wkurzony wręcz na ten film, no... no nie, nie róbcie tego, chyba, że lubicie się rozczarowywać.