Witam.
Noc. Dom. Dwójka małych dzieci plącze się po domu, w którym dzieją się coraz dziwniejsze, surrealne rzeczy. Znikają drzwi, okna, oraz ojciec. Stan matki zaś okazuje się dość yyyy... kontrowersyjny. Coraz bardziej czuć, że coś jest bardzo wyraźnie nie tak, a w domu czyha nie do końca wytłumaczalne zło.
Skinamarink najwybitniejszy jest jako horror niedopowiedzeń. Kamera okazuje najczęściej kąty, przestrzenie zalane mrokiem, który połączony z wyraźnym ziarnem tworzy w głowie widza obrazy bardzo rozmaite. Czy tam gdzieś nie tkwi jakiś potwór, który czeka tylko na moment, w którym będzie mógł ruszyć na bohatera? Takich rzeczy jest więcej. Fabuła to na ogół ciąg surrealnych zagadek, bohaterowie mówią szeptem, a głównym źródłem światła jest okran telewizora, z którego grają stare bajki dla dzieci. Dzięki temu wszystkiemu Skinamarink jest suspence'owym absolutnym majstersztykiem.
I to w sumie wszystko, co mogę więcej szczególnego opowiedzieć o tym filmie. Fabuła jest surrealnie bełkotliwa, a konkluzja wielu scen ekstremalnie rozczarowuje. Wybitne techniki, pomysły, są niekiedy kontrastowane z chociażby absolutnie najgorszym typem jumpscenek w dziejach. Po prostu no... aghhh... Nic ten film nie ma więcej do zaoferowania, jest zwykłym proof of concept dla kilku pomysłów i radzi sobie z mini rewelacyjnie, cała reszta, doklejona na ślinę, no ssie. Z tego powodu film ten ciężko traktować inaczej, jako interesującą ciekawostkę. Za mało w nim konkretnego filmu, czegoś więcej - by spojrzeć na Skinamarink jak na pełnoprawne dzieło.