Witam.
Jakub Żulczyk to naprawdę fantastyczny pisarz. Jako scenarzysta... no cóż... Ślepnać od świateł w obu wydanich było wybitne. Za to Belfer wyszedł strasznie nierówno. Jego najnowsze scenariuszowe dzieło, jakim jest serial Warszawianka, jest niesamowicie szeroko promowanym projektem. Plakaty i reklamy jego są wszędzie. Na nich najmocniej eksponowany jest nikt inny, jak Borys Szyc, co do którego zawsze powtarzam, ze jest znakomitym aktorem. Wchodzę na oceny, a tu zonk... widzowie rzucają miejscami absurdalnie negatywne opinie, krytycy zaś niekiedy się niemal zachwycali. To znaczyło, że czas sprawdzić to na własne oczy.
O czym jest Warszawianka? Główny bohater to niejaki Czuły (pseudonim od nazwiska Czułkowski), wypalony pisarz, syn uznanego malarza, poszukujący jakiegoś stałego utrzymania, zwłaszcza, że liczba kłopotów ciągle tylko rośnie. Musi również niekiedy zajmować się swoją młodą córką z poprzedniego małżeństwa. Mota się po potencjalnych pracach, znajomych i kochankach, próbując poskładać wszystko w dość późnym jak na to wieku, bo w wieku 45 lat, do kupy.
Szyc jest niesamowity. Warszawa przedstawiona tutaj też. Przez pierwsze trzy odcinki dawała radę cała reszta, choć kontrukcja fabuły jest dość nietypowa. Całość nie spieszy się, nie ma jakiejś wielkiej, stałej intrygi, ale czuć, że całość do czegoś idzie, do czegoś będzie zmierzać. Naprawdę przez pierwsze trzy odcinki byłem bardzo zadowolony z tego, co oglądam... aż do czwartego. Może jestem jakiś przewrażliwony, ale nienawidzę niezręczności przeniesionej na ekran. Zawsze to ogląda się koszmarnie, wręcz boleśnie. Tutaj w trakcie czwartego odcinka, gdzie Czuły w wyniku różnych splotów zdarzeń zachowuje się podczas ważnego spotkania jak totalny kretyn... no Chryste Jezu, ała. To się ciągnie, nie chce urwać, to boli. Po prostu... aghhhh... W po długim czasie patrzenia na to wyłączyłem ten serial i nie chcę wracać, przynajmniej na ten moment.