Cała wycieczka była taka właśnie - trochę tu, trochę tam. Krótki skok na Śląsk i powrót do Małopolski, na punkt widokowy.
Wyjechałyśmy późno i dopiero w samochodzie wybierałyśmy cel, stanęło na Lasach Błędowskich z uwzględnieniem oglądania zachodu słońca nad pustynią. A że dzień jest coraz krótszy (kto by się spodziewał!), to ledwo postawiłyśmy nogę na urokliwej ścieżce w Dolinie Białej Przemszy, już trzeba było wracać do samochodu i gnać na Czubatkę.
Pozostał we mnie mocny niedosyt i pragnienie, by przyjechać tu jeszcze - na samotne szwendanko.
Samochód zostawiłyśmy na bezpłatnym parkingu w Błędowie i po kilku minutach byłyśmy już w lesie.
O ile na Pustyni Błędowskiej byłam kilka razy, to nigdy nie zajrzałam do lasów po sąsiedzku. Wzdłuż ich północnej krawędzi wije się malowniczo Biała Przemsza, tworząc na tym odcinku tereny bagienne. Natrafiłyśmy na drewnianą kładkę położoną nad bagnami, lecz była zamknięta ze względu na zły stan techniczny.
Nie szkodzi - ze ścieżki też były piękne widoki.
Nieczynna kładka.
Jeszcze mały odcinek szłyśmy w pobliżu rzeki, by wkrótce odbić głębiej w las.
Rzadko rosnące drzewa, brak innej roślinności i miękka ściółka zachęcała do zejścia ze ścieżki.
Dotarłyśmy do małej wieży, a raczej ambony z widokiem na rzekę, którą widać chyba tylko zimą :)
W tym punkcie postanowiłyśmy już zawrócić. Przeszłyśmy z parkingu ledwo 2,5 km ścieżki, ale kluczenie wśród drzew zajęło mnóstwo czasu.
Aby wrócić, najpierw trzeba zejść z wieży 😁
Następny cel - Czubatka, czyli powrót w Małopolskie. Można na nią dotrzeć pieszo z lasów Błędowskich żółtym szlakiem - około 9 km z miejsca, w którym zawróciłyśmy na parking. Taki właśnie mam plan na dłuższą wycieczkę - przyjechać rano do Błędowa, pochodzić ze 3-4 godziny po lesie (bo zobaczyłam tylko jego skrawek), a potem pójść przez pustynię do Kluczy. Zaliczając oczywiście punkt widokowy Czubatka :)
Na Czubatkę dojechałyśmy godzinę przed zachodem słońca. Okolica powoli nabierała ciepłych odcieni, ale słońce wciąż mocno dawało po oczach.
Widok na pustynię.
Kościół w Błędowie - tam byłyśmy :)
Słońce pięknie podświetlało drzewa na granicy pustyni - szczególnie te z żółtymi liśćmi i złote iglaki.
Na wzgórzu mocno wiało, więc 40 minut dzielące nas od zachodu słońca spędziłyśmy spacerując wśród pobliskich drzew. Tu z kolei było mocno czerwono. To pierwsza jesień od bardzo dawna, której upływ i wszystkie etapy doświadczam tak świadomie. Od pierwszych złotych zwiastunów w sierpniu, po grube, szeleszczące dywany liściastych chipsów w listopadzie. W końcu wytarzałam się w nich porządnie!
Ciężko było się wyrwać spod hipnotyzującej władzy szelestu, ale zdążyłyśmy wrócić na spektakularny finał.
Opromieniona Huta Katowice 😁
Tu też chyba jakieś zakłady... praktycznie na całym horyzoncie widoczne były zabudowania przemysłowe.
Zadziwia mnie zawsze, jak szybko słońce znika za horyzontem, gdy tylko dotknie jego linii. Kilka chwil i koniec.
Doszłyśmy z Andzią do wniosku, że robimy postępy - w zeszłym roku spóźniłyśmy się chyba na każdy możliwy zachód słońca (hasło "złota godzina" ma dla nas specjalny wydźwięk). W tym roku mamy ich w kolekcji bez liku.
Powoli zaczynam śnić o plenerach zimowych, jabłuszko do zjeżdżania czeka ❄️❄️