Na brak śniegu nie można narzekać, ale potrzebowałam trochę więcej. Więcej śniegu, więcej przestrzeni, więcej ciszy.
Wczoraj pojechałam na ostatnią wyprawę z w tym roku, jednocześnie była to moja pierwsza zimowa wycieczka w góry od nie pamiętam kiedy. Nie licząc wypadów na narty, ale one są inne.
Było pochmurnie i nieco mgliście, ale za to bez wiatru i opadów, a więc prawie przytulnie! Dopiero pod koniec zaczęło trochę sypać.
Śniegu było w sam raz - dużo, ale nie do pasa ;) Już na samym początku szlak przetarła nam terenówka, jadąca zapewne pod stację wyciągu krzesełkowego Tobołów.
Widoczki nie były nam dane, ale nie brakowało mi ich. Wszelkie mono też mnie cieszy. Oczy mogły odetchnąć, jeśli mogę się tak wyrazić.
Szliśmy pętelką z miejscowości Chlipały (niedaleko Koninek), przez Tobołczyk, mijając boczkiem Obidowiec (uff!) do schroniska na Starych Wierchach. Na pierwszym odcinku (do wyciągu) totalne pustki, nie licząc samochodu, który nas minął.
Wyciąg krzesełkowy z Koninek, narciarskie dzieciństwo w jednym obrazku. Kiedyś nienawidziłam tego stoku, kamienie i lód - to jeszcze przed erą armatek śnieżnych. Pięć lat temu spędziłam tu Sylwestra i stok był jak z bajki. Tylko wyjazd krzesełkiem dłużył się jak kiedyś, dupa przymarzała.
Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Plus niskiej temperatury - zmusza do aktywności. Koleiny samochodowe zniknęły, ale skorzystaliśmy z wąskiej ścieżki ubitej przez skitury. Szło się bardzo komfortowo. Minęło nas kilku turystów na nartach, piechurów nie pamiętam żadnych.
W schronisku pozwoliliśmy sobie na dłuższy odpoczynek, bo mieliśmy już za sobą większość trasy (10 km). Pomimo niewielkiej ilości turystów w środku panował tłok - jakoś nie było chętnych na piknikowanie na zewnątrz :)
Do samochodu zostały tylko 3 km. Nie lubię schodzenia w górach, ale zimą jest inaczej. Kamienie i korzenie są zasypane, ścieżka się wyrównuje. Stopy zapadając się w śniegu amortyzują ciężar ciała.
Jedyne kolorowe akcenty w mono świecie.
Pierwsze koty za płoty, w styczniu kolejna wycieczka.