Czas jednak płynie, choć przez całą wiosnę i lipiec wydawało mi się, że jest inaczej. Lata świetlne brnęłam przez melasę ostatnich tygodni na etacie. Wyjazd na urlop jawił się zaś jako mityczny raj zawieszony w próżni sennego koszmaru, w którym nogi ciążą ci jak kłody i budzisz się zlany potem, nie osiągnąwszy celu.
Gdy doczołgałam się wreszcie do upragnionej daty, nastąpiło trwające ułamek sekundy puffff i już jestem po wakacjach. Chyba ktoś sobie ze mnie robi jaja!
Ale cóż, nie będę się boksować z niepodważalnym faktem, że to co miłe, szybko przemija.
Jeszcze jestem nieco otumaniona i skołowana. Tematy odwieszone na kołek wracają ze zdwojoną siłą. Już tęsknię za ciszą, spokojem i oceanem wolnego czasu, który można "tracić" na włóczęgi, patrzenie w gwiazdy i obserwację krajobrazów za oknem samochodu.
Można rzec, że byłam w miejscach, w których nic się nie dzieje. Mało ludzi, mało cywilizacji, dużo przestrzeni. Tak właśnie lubię. W zeszłym roku zauroczyłam się Podlaskiem i również tym razem wylądowałam w tej części Polski, tylko troszkę dalej na północ - nad Biebrzą.
Pierwsze wrażenie... przez całe moje życie nie widziałam tylu bocianów, co przez te 10 dni urlopu! Były wszędzie - na polach, łąkach, wśród pasącego się bydła, na dachach, latarniach i w przydomowych gniazdach oczywiście. I chociaż oglądałam codziennie całe ich tłumy, to mi się nie znudziły. Śliczne są i takie... Polskie 💚
Muszę jednak przyznać, że pierwszego dnia po przybyciu na miejsce mój umysł miał pewne trudności z przyswojeniem tak dużej ilości wspomnianego ptactwa. Tego dnia przejeżdżałyśmy przez naszą wioskę kilkukrotnie, zauważyłam wtedy, że przy trzech domostwach pod rząd mieszkają bociany. Za każdym razem, gdy je mijaliśmy, tkwiły w tej samej konfiguracji - dwa w gnieździe, jeden na kominie - w dodatku na jednej nodze. Wydało mi się to dziwne. Trzy boćki na kominach, w tej samej pozycji? W mojej głowie powstała pewna wątpliwość, którą niestety spontanicznie wyartykułowałam.
Patrz Andzia jakie one dziwne, te bociany, jakby przyklejone do kominów. Wyglądają jak dekoracje.
Rozkminiałam temat przez chwilę, ale w końcu Andzia zaczęła się śmiać więc i ja przyznałam, że to idiotyczny pomysł. Kto i po co miałby montować sztuczne bociany na kominach? Zamilkłam, ale pozostałam podejrzliwa. Dopiero gdy następnego dnia ujrzałam nieco zmienioną konfigurację - jeden z bocianów z komina przeniósł się na latarnię - porzuciłam swe rozważania. Mleko się jednak rozlało i już do końca urlopu na moje komentarze "o, boćki!" Andzia dodawała czasem: jeden sztuczny!
Oto pierwszoplanowi bohaterowie mojego urlopu.
Mieszkańcy naszej wioski - od nich się wszystko zaczęło:
A reszta zebrana z wypadów w teren.
Trzy zmokłe kury z przejazdu przez Warmińsko-Mazurskie.
Te już podlaskie.
Tu było aż pięć w gnieździe - jednemu tylko czubek głowy wystaje, bo siedział po drugiej stronie.
Jeszcze więcej było ich na mijanych polach i łąkach.
Często pasły się razem z krówkami :)
Sie masz mały!
Dlaczego zaczynam od bocianów? Nie wiem, takie pierwsze skojarzenie. Były nieodłącznym elementem pejzażu, bardziej pospolite od psów i kotów. Jeszcze nie umiem poskładać wszystkich wrażeń w logiczną całość, a co dopiero o tym opowiedzieć. A przecież nic się nie działo...
Bo Biebrzański Park Narodowy nie należy do miejsc obleganych przez turystów - i to jest wspaniałe! Odwiedziłyśmy kilka bardziej popularnych miejsc, ale na większości ścieżek spotykałyśmy ledwie kilku wędrowców, a jeden spacer odbyłam w całkowitej samotności. Tego właśnie potrzebowałam. Łowiąc jednym uchem wiadomości z zatłoczonych Tart i bałtyckich plaż czułam wdzięczność, że jestem właśnie tu, pośrodku niczego.
Nawet kwaterę miałyśmy idealną. Mieszkałyśmy w malutkiej wiosce Wólka Piaseczna, położonej kilka kilometrów od niewielkiego, cichego miasteczka Goniądz. Przedostatni dom we wsi, w dużej odległości od pozostałych domostw, kilkadziesiąt metrów od drogi szutrowej, którą przez cały dzień może kilka razy ktoś przejechał. Najczęściej był to gospodarz, który miał swoje gospodarstwo kilkaset metrów dalej. Prawdziwa cisza za oknem - nie licząc świerszczy, ptaków i odległego ujadania psów.
Widok na dom z drogi.
I z ogrodu :)
Za zmurszałym płotkiem z zawsze otwartą furtką - łąka i las. Furtka otwarta celowo, aby duże, dzikie zwierzęta mogły bez problemu wchodzić na posesję. Gospodarz - leśnik z zawodu i zamiłowania - dba o to, by miejsce pozostawało tak dzikie, jak tylko się da.
Zapraszamy wilki i łosie ;)
Łąka i las za domem.
Widok z naszego balkonu za dnia,
tuż po zachodzie...
I chwilę po wschodzie słońca.
Szutrowa droga prowadzi do Biebrzańskiego Parku Narodowego, który zaczyna się niemal "za progiem".
Rzeka płynie kilka kilometrów dalej.
O niej jeszcze będzie. I o jej siostrze Narwi, magicznym lesie i rzeczach, na które nigdy nie jest się za starym ;)