polsko-ukraińskie w KBK prowadzone są siłą pospolitego ruszenia, bez żadnych grantów od rządu, UE czy ONZ. Nie ma więc konieczności stresowania ludzi testami, które miałyby sprawdzać jaki jest ich stan znajomości języka. Co się nauczą, to ich.
Mimo to nieraz zastanawiałem się jak wypada przyjęta przeze mnie metoda na tle standardowych kursów językowych. Częściową odpowiedź otrzymałem w środę. Otóż na zajęcia przyszła Anna, która odwiedza od jakiś trzech miesięcy. Przed przyjazdem do Polski nigdy nie miała kontaktu z polskim. W Krakowie zresztą też nie ma zbyt wielu okazji, żeby rozmawiać. Nasze
są w zasadzie dla niej jedyną opcją, z której w dodatku nie zawsze może korzystać, bo ma dziecko. Choć w zasadzie powinienem napisać "były", bo na początku roku Anna zapisała się na jakiś darmowy kurs. Oczywiście profesjonalny. Zrobili jej więc test sprawdzający znajomość języka polskiego...
Wyszło B2. Prowadząca zajęcia nie mogła uwierzyć, że Anna nie uczyła się wcześniej polskiego na żadnym kursie, tylko przez trzy miesiące przychodziła na rozmowy o fotografiach. A trzeba tu zaznaczyć, że nie pojawia się każdego tygodnia. U osób, które przychodzą od pół roku 1-2 razy w tygodniu postęp jest ogromny i zauważalny bez robienia jakichkolwiek testów. Szkoda tylko, że potencjał tej metody jest wykorzystany w "skali nano" (bo nawet nie "mikro").