Świetlówka ledowa jest prosta jak budowa cepa zawiera:
Przetwornicę napięcia zazwyczaj podłej jakości z 230V na na przykład 12 V (tutaj nie wgłębiam się w szczegóły zależnie od mocy świetlówki może być 9V czy 15V zupełnie nie istotna sprawa. Ważne, że prąd nas nie popieści nawet jak dotkniemy palcem.
Aluminiowy radiator do oddawania ciepła.
Oraz kilka diod podłączonych szeregowo (jak stare lampki choinkowe) A co za tym idzie gdy świetlówka przestaje świecić, to zazwyczaj przyczyną jest przepalona któraś dioda. Jak już znamy schemat to otwieramy dekielek i oglądamy dokładnie w około 80% przypadków uszkodzona dioda będzie wypalona na czarno lub będzie posiadała czarną kropkę. Co jak nic nie widzimy? można zrobić zworkę ze spinacza i dotykać po kolei dwa końce każdej diody na podłączonej do prądu świetlówce, aż świetlówka zadziała. Tak namierzymy uszkodzoną diodę. Zrywamy całą żółtą masę aż do gołej blaszki i zwyczajnie po chamsku lutujemy kroplę cyny tak aby powstała zworka. Jeśli dobrze zlutujemy, to na 98% świetlówka ożyje. Ma to oczywiście pewne negatywne konsekwencje gdyż pozostałe diody bardziej dostają napięciem przez co skraca się ich żywotność. Jeśli chodzi o mój rekord wywalania kolejnych diod to wywaliłem około 40% zanim spaliły się wszystkie pozostałe na raz. Efekty oczywiście zależą od jakości urządzenia im produkt jest gorszej jakości tym szybciej będą się paliły kolejne czasem trwa to pół roku a czasem godzinę. Tylko w jednym przypadku jaki robiłem problemem uszkodzenia był sam transformator, a w pozostałych kilkunastu przypadkach dioda.
Myślę, że warto poeksperymentować zwłaszcza jak ktoś ma dostęp do koszów z zepsutą elektroniką, ja takiego eldorado niestety nie mam...
polutowane 8 na 18 zamontowanych
działa :)